Connect with us

Recenzje

GRAN TORINO

W filmie GRAN TORINO Clint Eastwood z precyzją buduje emocje, oferując poruszającą opowieść o przebaczeniu i odkupieniu w pełnym humoru stylu.

Published

on

GRAN TORINO

OSZUKAĆ PRZEBACZENIE

Advertisement

(UWAGA: drobne spojlery)

Elementy składowe fabuły są tak przemyślane i spójne, że w scenariusz nie dałoby się wcisnąć nawet szpilki. I na odwrót – nawet szpilki nie wolno z tego scenariusza wyjąć, bo konstrukcja runie. To film, w którym z aptekarską precyzją odmierzono proporcje.

Advertisement

Gran Torino to film najwyższej próby Elementy składowe fabuły są tak przemyślane i spójne, że w scenariusz nie dałoby się wcisnąć nawet szpilki. I na odwrót – nawet szpilki nie wolno z tego scenariusza wyjąć, bo konstrukcja runie. To film, w którym z aptekarską precyzją odmierzono proporcje. Jest akurat humoru, akurat dramatu, sentymentalizmu, przemocy, wreszcie dialogu – tego mądrego i tego nafaszerowanego przekleństwami. Scenariusz, podobnie jak jakość tortur w Chinach, stoi na olimpijskim poziomie. Wciąga, zachwyca, wzrusza, poucza i moralizuje. I – jakby to ujął cyniczny bohater Eastwooda, mistrz ciętej riposty i wdzięcznego przeklinania – nie truje przy tym dupy.

Akcja filmu spięta jest klamrą, wszystko rozpoczyna się i kończy w tym samym miejscu, w kościele, z którym Walt Kowalski (Eastwood) ma zdecydowanie nie po drodze. Nie po drodze ma też z Chińczykami, w których dzielnicy mieszka. Nie cierpi „Żółtków”, w Korei zabijał „Żółtków”, a teraz „Żółtki” go otaczają. Jeden z nich, nieopierzony młodzieniec o imieniu Thao, sąsiad Kowalskiego, za „namową” kuzyna stojącego na czele gangu wyrostków wyposażonych w karabinki UZI, próbuje ukraść ukochane auto sąsiada, tytułowe Gran Torino. Niestety, na jego drodze wyrasta uzbrojony w strzelbę Walt… W takich okolicznościach rozpoczyna się trudna i wyboista droga do wielkiej przyjaźni.

Advertisement

Brzmi nieco banalnie? Owszem. Na pierwszy rzut oka to kolejna opowiastka o trudach docierania się skrajnie różnych bohaterów i szlifowania charakterów. Ale banalnie nie jest. Ani szablonowo, bo Gran Torino jest filmem wielopoziomowym. Pod płaszczykiem prostej opowieści o zabytkowym samochodzie przemyca wiele prawd życiowych i społecznych obserwacji. To historia przyjaźni dwóch ludzi pochodzących z zupełnie różnych światów i traktat o współczesnej młodzieży pozbawionej zasad i kręgosłupa moralnego. To opowieść o końcu epoki „starych wiarusów”, twardych, doświadczonych, znających życie od podszewki, gardzących pozbawioną zasad gówniażerią, której nie mają zamiaru schodzić z drogi.

Najważniejszym jednak wątkiem w Gran Torino jest potrzeba odkupienia win głównego bohatera, jakkolwiek on sam zdaje się takową potrzebę negować. Walt Kowalski jest zgorzkniały, samotny i pogardliwy wobec obcych, szczególnie tych „żółtych”. Nie lubi już nawet swojego syna, bo ten jeździ japońskim autem – Toyotą. Walt nie dopuszcza do siebie nikogo i do nikogo nie chce się wpraszać. Przez przypadek (albo i nie) popełnia jednak dobry uczynek – ratuje żółty tyłek Thao przed łomotem ze strony jego rodaków, członków wspomnianego wcześniej gangu. Oczywiście Walt twierdzi, że nikomu nie chciał pomagać, a jedynie (przy pomocy spluwy) przegonił „Żółtków”, bo gnietli mu trawnik.

Advertisement

Nieważne, co kierowało Kowalskim. Ważne, że od tej pory wdzięczni żółci sąsiedzi z uporem maniaka przynoszą mu pod drzwi prezenty, zapraszają do siebie i przyprowadzają Thao, żeby ten, pomagając Kowalskiemu w pracach domowych, zapracował sobie na jego przebaczenie za próbę kradzieży auta i odwdzięczył się za uratowanie życia. Niestety, gang nie zapomina i nie przebacza, a pozornie niegroźne przepychanki znajdą swoje tragiczne rozwiązanie w finale dość, że tak powiem, zaskakującym, który pozostawi każdego – zarówno widzów, jak i bohaterów – w głębokim szoku i z masą materiału do przemyślenia.

Gran Torino to pożegnanie Clinta Eastwooda z aktorstwem. Pożegnanie, jakiego można życzyć każdemu artyście odchodzącemu na emeryturę. Pożegnanie jakże inne od nieporadnych wysiłków Harrisona Forda, który w wieku 66. lat, za pomocą kaskaderów, CGI i linek udaje bohatera kina akcji. Clint Eastwood ma głęboko w poważaniu kult wiecznej młodości i próby tuszowania starości. Przemija z klasą. Równie gdzieś ma poprawność polityczną – „żółtki” lecą z jego ust z prędkością karabinu maszynowego, mimo tego posądzenie go o rasistowskie zapędy byłoby ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby mi na myśl podczas seansu Gran Torino.

Advertisement

Walt Kowalski to kwintesencja tego, co eastwoodowskie. Jest twardy, nieustępliwy, inteligentny i cechuje go czarne poczucie humoru. Choć wie, że umiera, nie użala się nad sobą. Ma cięty język, błysk w oku, bagaż życiowych doświadczeń i mroczne wspomnienia, czyli wszystkie składniki definiujące klasycznego antybohatera, którego widz pokocha od pierwszego wejrzenia i bez żadnych zastrzeżeń. Clint Eastwood jest w swojej roli wiarygodny i naturalny, jakby sztukę aktorską miał w małym palcu – bo i bez wątpienia ma. Dokonuje nie lada wyczynu kreując bohatera, który próbuje wszystkich do siebie zniechęcić, a do którego i tak wszyscy lgną, i nie wyczuwa się w tym nuty fałszu.

Wierzymy Chińczykom, że lubią Walta, bo sami go lubimy, choć w obejściu jest szorstki i oporny jak gruboziarnisty papier ścierny. Stworzenie takiego zgryźliwego antybohatera, którego widzowie kochają „pomimo” a nie „za”, udało się chyba jeszcze tylko Takeshiemu Kitano w Kikujiro. Podobnie jak Eastwood, konsekwentnie ocieplał kolejne sceny filmu, choć robił wszystko, by je oziębić.

Advertisement

Walt Kowalski Eastwooda jest zabawny. Jego zabawność wynika z uporu i zawziętości przyozdobionej permanentnym grymasem złości i nerwowym „warczeniem”. Dzięki takiemu zestawowi cech głównego bohatera w Gran Torino znalazło się kilka scen-perełek. Jak ta, w której Eastwood, patrząc na starą Chinkę, spluwa na trawnik. Bezcenny jest wyraz jego twarzy, gdy w odpowiedzi na niekulturalny gest sąsiada wiekowa Chinka spluwa na trawnik taką ilością śliny, jakby właśnie przeżuła wiadro tytoniu. W pamięć zapada też znakomita scena, w której Walt idzie z Thao do znajomego fryzjera, by nauczyć młodzieńca, jak należy rozmawiać po męsku, koniecznie klnąc jak szewc.

Nieokrzesany młokos wszystkie wskazówki bierze nazbyt serio i wchodzi do salonu ze słowami: „Przepraszam, proszę pana, potrzebuję się ostrzyc. Jeśli nie jest pan zbyt zajęty… ty włoski, skurwysyński, uliczny fryzjerze”. Nie będę zdradzał, jaka była reakcja fryzjera. W każdym razie banan na twarzy murowany. Należy w tym miejscu wspomnieć, że cała stawka aktorska wywiązuje się ze swoich zadań równie dobrze, jak Clint…, który i tak kradnie cały film dla siebie. Równie przekonujący jak w scenach humorystycznych i dialogowych jest bowiem w scenach „akcji”. Gdy celuje do członków gangu przy pomocy dłoni ułożonej w kształt pistoletu, bierzemy za pewnik, że z tym gościem nie ma żartów. Zimnokrwistość ma wymalowaną na twarzy. Lepiej nie pomylić go z kimś, kto celuje z palca dlatego, że ma starczą demencję i nie wie, co robi.

Advertisement

Eastwood reżyseruje, gra główną rolę, skomponował też wzruszającą piosenkę „Gran Torino”, idealny przykład na „nut kilka a cudów pełno”, którą słyszymy w trakcie napisów końcowych. Prawdziwy człowiek orkiestra. W tym miejscu wtrącę małą dygresję. Na pewno każdy pamięta, jak na ceremonii rozdania Oscarów w 2004 roku, kiedy to Brudny Harry nominowany był za reżyserię Rzeki tajemnic, Billy Crystal śpiewał mu: „Clint, w twoim wieku wszyscy już nie żyją albo właśnie umierają, a ty wciąż kręcisz filmy!” – wówczas Eastwood nie obruszył się, bo po pierwsze ma do siebie i do swojego wieku cholernie zdrowy dystans – co widać również (a może przede wszystkim) w Gran Torino, po drugie, uśmiechał się, jakby chciał wówczas powiedzieć: „Dopiero się rozkręcam!”.

Potwierdzają to kolejne lata, które przyniosły mu nominacje i Oscary dla Million Dollar Baby i Letters from Iwo Jima. W tym roku jego przejmujący Changeling miał trzy oscarowe szanse, choć dla samego Clinta nominacji za reżyserię zabrakło. Niestety, Gran Torino, który w sposób lekki i pozytywny mówi o sprawach bolesnych, tragicznych i wreszcie ostatecznych, został przez Akademię przemilczany. Na szczęście wzruszające dzieło Clinta szaleje w pierwszej setce najlepszych filmów na liście TOP 250 na IMDb (miejsce 79 – stan na dzień 27 marca 2009), bo to uniwersalna historia ku pokrzepieniu serc, wpadająca do serducha wprost z ekranu i zostająca tam na długo, w naturalny sposób. ..,

Advertisement

…nienachalnie, lekko, bez trudu, szczerze, bez nadęcia, puszenia i napraszania się. Z pasją i bez kombinowania w stylu: „Co tu, kurczę, wymyślić, żeby Akademia to kupiła i dała nominacje?”.

Na koniec szybki quiz!
Weźcie ostatni akapit i wypiszcie przeciwieństwa wymienionych w nim określeń…
Co Wam wyszło? Bo mnie Ciekawy przypadek Benjamina Buttona.

Advertisement

Tekst z archiwum film.org.pl (27.03.2009).

#s3gt_translate_tooltip_mini { display: none !important; }

Advertisement

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *