search
REKLAMA
Recenzje

GANGI LONDYNU. Krwawe porachunki od twórcy THE RAID

Z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach.

Marcin Kempisty

30 kwietnia 2021

REKLAMA

W serialu Gangi Londynu po raz kolejny znajduje odzwierciedlenie powiedzenie, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach. Zawsze bowiem pojawi się pretekst w postaci prywatnych ambicji lub pieniędzy, by miłość i oddanie ustąpiły wzajemnej rywalizacji.

Wieczór, londyńskie blokowisko. Pod budynek zamieszkały zapewne przez biedniejszą część społeczeństwa podjeżdża drogi samochód. Kierowca pozostaje w środku, z tylnego siedzenia zaś wychodzi dobrze ubrany, starszy mężczyzna. Jest uśmiechnięty, z napięciem oczekuje nadchodzącego spotkania, w końcu, jak się później okaże, umówił się na kolejne rendez-vous z ciężarną kochanką, z którą zamierza uciec z kraju i wieść spokojne życie. Podchodzi do drzwi mieszkania, aż tu nagle kula przeszywa jego ciało. Pada na ziemię, umiera. Dźwięk wystrzału z pistoletu zwiastuje kres gangsterskiego imperium założonego przez Finna Wallace’a. Przestępca pozostawia po sobie trudną do udźwignięcia schedę, o której przejęcie będą walczyli nie tylko członkowie opuszczonej rodziny, ale także inne mafie zainteresowane przejęciem intratnych biznesów.

Gangi Londynu

Serialowy Londyn jest miastem podzielonym między gangsterskie przedsiębiorstwa, które zrobiły sobie z metropolii miejsce do robienia interesów wartych miliardy funtów. Jedni zajmują się przerzucaniem narkotyków z Bliskiego Wschodu na zachód Europy, drudzy odpowiadają za dystrybucję, Wallace’owie zaś wraz z zaprzyjaźnioną rodziną Dumanich są spoiwem odpowiedzialnym za utrzymanie wszystkich na przeznaczonych im pozycjach, a także mózgiem operacji, w ramach której dokonuje się prania brudnych pieniędzy poprzez różnego rodzaju inwestycje, na przykład budowanie szklanych wieżowców w centrum miasta. 

Jednakże gdy dochodzi do śmierci najstarszego Wallace’a, rozpoczyna się krwawa jatka. Kto zna filmografię Garetha Evansa, twórcy serialu i reżysera kilku odcinków, ten doskonale wie, z czym będzie mieć do czynienia. Autor The Raid z odcinka na odcinek rozkręca coraz większą rzeźnię, gdy śledzi poszukiwania morderców ojca poczynione przez jednego z jego synów – Seana (Joe Cole). Młody mężczyzna nie rozumie, że nie jest jeszcze gotowy, nie zna jeszcze wszystkich mechanizmów, nie rozumie pewnych niepisanych reguł związanych z prowadzeniem tak skomplikowanego biznesu. Spada na niego brzemię dziedzictwa, które stara się unieść, przy okazji starając się za wszelką cenę wymierzyć sprawiedliwość. Jest gotowy na wszystko – podpala jednego ze świadków, morduje wszystkich mieszkańców romskiego obozowiska, gdzie podobno może znaleźć sprawcę. Sean nie reaguje na ostrzeżenia Dumanich, za nic ma możliwe konsekwencje, liczy się dla niego li tylko zemsta. Obok tych wydarzeń toczy się również istotny wątek związany z policyjną wtyką penetrującą szeregi gangsterów. Oto Elliot (Sope Dirisu) wdziera się z impetem do zdegenerowanego świata, wielokrotnie udowadniając lojalność wobec mocodawców, a tak naprawdę poszukuje dowodów na ich niecne działania. Jak to bywa w tego typu historiach, praca pracą, a serce sercem, toteż przy okazji zaczyna romansować z Shannon Dumani (Pippa Bennett-Warner), przez co wikła się w jeszcze gorsze tarapaty.

Długie ujęcia ukazujące rozbryzgującą się krew po tym, jak kule przeszywają ciała, trzask łamanych kończyn, wrzask ofiar przecinanych maczetami – Evans i spółka dostarczają mnóstwo perwersyjnych uciech widowni, na wszelkie sposoby uatrakcyjniając sceny walki. Nie ma widoku, którego twórcy baliby się pokazać, czego przykładem jest scena, w której jedna z postrzelonych postaci wyciąga ze swojej rany wielkiego, żółtego robaka. Wydaje się jednak, że nie zawsze w brytyjskim serialu chodzi o wykorzystanie przemocy niczym klucza do ukazania zepsutego świata przedstawionego. Czasami liczy się sama frajda czerpana z kręcenia widowiskowych choreografii, bijatyk i strzelanin na śmierć i życie. Scenarzyści cały czas podbijają stawkę, szokując również odwagą, z jaką pozbywają się kolejnych bohaterów. Gdy wydaje się, że jeden czy drugi gangster będzie pociągać za sznurki i odpowiadać za dalszy rozwój biznesu, nagle dochodzi do zaskakującego zwrotu akcji. Jak w Grze o tron, nie ma świętych krów, każdego prędzej czy później czeka śmierć, bo taki jest ten świat.

Gangi Londynu

Gangi Londynu znakomicie działają jako niezobowiązująca, z pulpowym sznytem poprowadzona opowieść o nieposkromionych ambicjach, żądzy krwi i granicach, jakie człowiek ciągle przekracza w imię rodziny. To także ciekawie ukazany konflikt pokoleń, w ramach którego młodzi nie zgadzają się na rzeczywistość dziedziczoną z rąk ojców. Gorzej, gdy Evans próbuje nadać dodatkowej głębi niektórym postaciom. Tak się dzieje zwłaszcza przy okazji konfliktu między Lale (Narges Rashidi) a Asifem (Asif Raza Mir), gdzie pojawiają się odniesienia do napięć politycznych w Kurdystanie, niemniej jednak ma to niewielkie znaczenie, jako że ci bohaterowie znajdują się przez znaczną część fabuły na dalekim planie. To samo zresztą dzieje się z synem Asifa ubiegającym się o fotel burmistrza Londynu – niby chodzi o przedstawienie, jak głęboko gangsterzy zinfiltrowali struktury państwowe, niemniej jednak jest to tylko ornament, a nie istotny element fabuły, który daje odbiorcy dodatkowe informacje. Pewne ambicje Evansa są tu niepotrzebne, jako że Gangi Londynu nie są tego typu serialem. Bazują na wyraźnie zarysowanych, często jednowymiarowych postaciach – i bardzo dobrze. To jest ten rodzaj sztuki, który ma dostarczać rozrywkę, nic więcej.

Ostatnimi czasy brakowało w telewizji takich krwawych akcyjniaków. Scenarzyści Gangów Londynu wypełniają tę pustkę, oferując banalną fabułę z zemstą jako motorem napędowym akcji, ale przedstawiają to w tak widowiskowy sposób, że każdy z dziewięciu godzinnych odcinków ogląda się z zaciekawieniem, co jeszcze takiego brutalnego wymyśli Gareth Evans, czego jeszcze nie oglądaliśmy w serialach.

Marcin Kempisty

Marcin Kempisty

Serialoholik poszukujący prawdy w kulturze. Ceni odwagę, bezkompromisowość, ale także otwartość na poglądy innych ludzi. Gdyby nie filmy Michelangelo Antonioniego, nie byłoby go tutaj.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA