search
REKLAMA
Recenzje

FULLTIME KILLER. Nie oderwiecie oczu od scen akcji

Co zrobić, gdy zawodowi zabójcy są postaciami pozytywnymi, lecz wcale naszej sympatii nie wzbudzają?

Krzysztof Walecki

28 listopada 2023

REKLAMA

Oglądając takie filmy jak Leon zawodowiec, Zabijanie na śniadanie czy też The Killer, zdawać by się mogło, że zawód płatnego mordercy jest nie tylko opłacalny, ale i szalenie łatwy. Dostajesz zlecenie, kupę kasy, a jedyne, czego klient od ciebie wymaga, to aby robota była wykonana. Przygotowania, wybór broni, miejsca i sposobu – to już twoja działka. Czym się zatem martwić? Dodam coś jeszcze – oglądając wyżej wymienione pozycje, można dojść do wniosku, że “killer” to miły, honorowy i normalny (sic!) gość. Jest również ta druga kategoria – zabójcy do wynajęcia, dla których reguły się nie liczą, ważna jest tylko kasa, a czasem nawet i nie ona, tylko ten dreszczyk i emocje podczas wykonywania kolejnych zleceń. Odczucia co do pierwszych i drugich są oczywiste: dobrych dopingujemy i podziwiamy, złych potępiamy i życzymy, aby ich śmierć była głośna i efektowna. Co jednak zrobić, gdy zawodowi zabójcy są postaciami pozytywnymi, lecz wcale naszej sympatii nie wzbudzają? Jak wtedy reagować na takich bohaterów i ich poczynania? Te pytania nasuwały mi się podczas seansu Fulltime Killer.

Film jest opowieścią o rywalizacji dwóch zawodowych morderców, których więcej dzieli niż łączy. ‘O’ jest chłodnym profesjonalistą, który wykonuje swoją robotę bez emocji; jeśli ma kogoś zabić, to ta osoba na 100% zginie, jeśli jest ktoś, kto mógłby go rozpoznać – zemrze także. Takie są reguły gry i ‘O’ jest akceptuje. Morderca znany jako Tok jest zupełnie inny: to wariat, który uwielbia ze zleceń robić istne widowiska, wzorowane na słynnych filmach (na początku filmu jest scena, w której Tok demoluje komisariat policji, a znajdujących się tam gliniarzy wykańcza za pomocą ukrytego w kwiatach shotguna – łatwo można się domyślić, na jakich filmach się wzorował), których zresztą jest fanem. Chce być numerem 1, musi zatem pozbyć się ‘O’. Rywalizacja ta przypomina bardzo tę z filmu Zabójcy Richarda Donnera, nawet jest kobieta, która w końcu stanie pomiędzy dwoma bohaterami. To jednak, co różni oba filmy to właśnie ta moralna niejednoznaczność: w obrazie Donnera Stallone był dobry, a Banderas zły. Tu zaś zarówno Tok, jak i ‘O’ nie są łatwi do sklasyfikowania; niby jesteśmy za ‘O’, lecz gdy zabija swojego szkolnego kolegę, uświadamiamy sobie, że tak naprawdę nie ma on żadnych skrupułów. Tok jest podobny – postać wyjątkowo okrutna (jeśli musi, zabije i kobietę) i szurnięta, jednak również zdolna do głębszych uczuć oraz na swój sposób… zabawna. Czerń i biel się mieszają, ale to, co uzyskamy, wcale nie będzie szare.

Fulltime Killer to nie tylko pogłębienie (a może tylko urozmaicenie) psychologicznych wizerunków dwóch morderców. To również genialnie zainscenizowane sceny strzelanin, lepsze widziałem chyba tylko w filmach Johna Woo. Są one znakomicie wyreżyserowane i zmontowane, a puszczone w zwolnionym tempie ukazują precyzję, z jaką zostały zrealizowane. Są tutaj dwie wspaniałe sceny: pierwsza, w której Tok, który ma na sobie czerwoną, skórzaną kurtkę, a na głowię maskę przypominającą głowę jednego z amerykańskich prezydentów (wyraźne odniesienie do Na fali) i w niej właśnie dokonuje za pomocą shotguna egzekucji, jest nakręcona w zwolnionym tempie i z muzyką operową w tle – jak dla mnie prawdziwy majstersztyk. Druga zaś, której fragmenty również są spowolnione, rozgrywa się podczas zasadzki na ‘O’, podczas której ucieka on wraz z dziewczyną – kule świstają, bohaterowie skaczą z piętra na piętro, zaś policjanci, zanim będą mogli ich zatrzymać, muszą najpierw poradzić sobie z “tańczącymi” wężami przeciwpożarowymi – perełka!

Sceny scenami, a pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi. Czy zatem film mi się podobał pomimo takich pierwszoplanowych i raczej negatywnych (i chwilami odpychających) postaci? Chyba tak. Przyzwyczailiśmy się, że zawodowy morderca jest albo bardzo zły, albo taki “leonowaty” – spoko facet, nawet pomoże, gdy trzeba, o rodzinę zadba, a kumpli ani nie wsypie, ani nie zabije. Tu jest inaczej – główni antagoniści jeśli muszą, zabiją każdego, czasem nawet z uśmiechem na ustach. Nie musi się to podobać i faktycznie były momenty, gdy miałem nadzieję, że obu powinie się noga. Całość jednak ratują świetne dialogi i spora dawka humoru, no i, jak już wspomniałem, sceny akcji, od których wprost nie można oderwać oczu. A to, że krew leje się strumieniami, a główni bohaterowie nie są aniołami? Cóż, nikt nie powiedział, że zawodowy morderca musi mieć skrzydła…

Tekst z archiwum film.org.pl.

REKLAMA