Recenzje
FANDANGO. 35 lat od premiery
FANDANGO. 35 lat od premiery to film o dorastaniu i szalonych imprezach, łączący humor z refleksją. Odkryj niebanalne dzieło Kevina Reynoldsa!
Wedle słownikowej definicji fandango to:
a) hiszpański taniec ludowy, w którym partnerzy, nie obejmując się, oddalają się od siebie i przybliżają w swobodnych ruchach;
b) błahostka, rzecz nie warta wspomnienia, głupotka.
I rzeczywiście, obie te rzeczy odnajdziemy w pełnometrażowym debiucie Kevina Reynoldsa, z pnącym się ku sławie Kevinem Costnerem w swojej pierwszej dużej roli. Dzieło, które rozpoczęło współpracę obu panów, dalekie jest jednak od banału. I chociaż wydaje się dziś już nieco zapomniane w kontekście ich późniejszych dokonań, to trudno zbyć je lekką ręką, mimo iż de facto o takim machaniu na przeszłość prawi. A jego forma jest na tyle frywolna, że wręcz niezobowiązująca do poważnych rozkmin życiowych. Ale czy na pewno?
Poniekąd jest to rzecz o dorastaniu. Bohaterów poznajemy podczas szalonej imprezy w akademiku – niby jednej z wielu, jakie odbywają się w tych przybytkach. Ale wyjątkowej, bo wyprawionej z okazji ceremonii ukończenia studiów, wyznaczającej umowną granicę między latami beztroski a nadchodzącą dorosłością. Zanim jednak towarzysze szkolnej niedoli rozejdą się na dobre, trafiając do pracy, przymusowej służby wojskowej związanej z wylotem do Wietnamu (akcja dzieje się w latach 70.) czy na ślubny kobierzec, postanawiają odbyć ostatnią wspólną przygodę. Wsiadają więc w auto z zamiarem odpowiedniego namaszczenia kumpla do rzeczonej wojaczki oraz urządzenia niezapomnianego wesela. Póki jeszcze mogą, póki młodość pozwala na impulsywne decyzje, zwariowane działania i bohaterskie wyczyny. Póki jest czas…
Poniekąd jest to zatem też i film drogi w stylu five men, one car (oraz dziewczyna). Zwiewna, acz pewna reżyseria Reynoldsa i jego pochodzący z 1971 roku scenariusz doskonale wpisują się w landszaft amerykańskiej kinematografii lat 80. Ducha tak zwanego kina Nowej Przygody czuć tu nie tylko w logu wytwórni Amblin i obecności nadzorującego całość Stevena Spielberga czy też w znakomitej ilustracji Alana Silvestriego, będącego tuż przed sukcesem Powrotu do przyszłości. Przede wszystkim objawia się on w doskonałym połączeniu słodkiej naiwności z dramatycznymi, bardziej przyziemnymi momentami oraz w zgrabnej symbiozie filmowej magii i szalonych wydarzeń z życiowymi dylematami. A biorąc pod uwagę, że znacząca część fabuły toczy się tutaj w… powietrzu, to taki miks bujania w obłokach i uderzenia głową o beton rzeczywistości można traktować dosłownie.
Poniekąd jest to więc i kino awiacyjne. A w zasadzie pełnometrażowy remake takowego. Pięć lat wcześniej, jeszcze na studiach, Reynolds nakręcił krótki film dyplomowy Proof (ang. dowód). Oparty na faktach i w całości składający się z sekwencji skoku spadochronowego, zwrócił na siebie uwagę Spielberga, który wraz ze studiem Warnera wyłożył kasę na jego pełnoprawne kinowe rozwinięcie. Tak powstało Fandango. Główną rolę otrzymał Costner – pierwotnie uczestniczący w przesłuchaniach do Proof, a charakterystyczny Marvin J. McIntyre powtórzył swoją kreację ekscentrycznego pilota z krótkometrażowego pierwowzoru.
Do pozostałych postaci trafnie dopasowano buntowniczego Judda Nelsona, który w tym samym roku zagrał podobną postać w mającym swoją premierę parę miesięcy później Klubie winowajców, syna Jasona Robardsa, Sama, i debiutującą w kinie Suzy Amis, którzy potem naprawdę się pobrali (i rozwiedli, obecnie aktorka jest żoną… Jamesa Camerona), oraz wypatrzonego przez reżysera w sklepie naturszczyka Chucka Busha (Dorman). Skromny epizod zaliczyła też nieodżałowana Glenne Headly, a symboliczny, lecz poniekąd kradnący dla siebie występ dostał Brian Cesak, który przez większość czasu ekranowego pozostaje. .. nieprzytomny. Mała rzecz, a cieszy.
A takimi małymi perełkami Fandango jest wypełnione niemal w każdym kadrze, co w dużej mierze buduje urok całego filmu. Filmu krótkiego, bo trwającego zaledwie półtorej godziny; skromnego, prostego tak w formie, jak i wykonaniu oraz na tyle taniego, że wręcz mogącego spokojnie zostać uznanym za powstałe pod skrzydłami Hollywood niezależne dzieło. Szczerość, emocje, prawdziwość i namacalność nawet najbardziej kuriozalnych wydarzeń oraz jego bohaterów, jak i duże serducho tego projektu nadrabiają jednakże wszelkie braki. Choć tych ostatnich właściwie próżno tutaj szukać, bo – wbrew niezadowoleniu producentów – Fandango jest dokładnie takim filmem, jakim chce być i jakim miało być.
Nie ma tu zbędnych, na siłę przedłużonych sekwencji, pustych dialogów o niczym, bzdurnych ekspozycji czy efektownych, ale niemających swojego uzasadnienia operatorskich sztuczek (za zdjęcia plenerów Teksasu i Oklahomy odpowiadał weteran Thomas Del Ruth, czyli jeden z tych niepozornych mistrzów kamery, którzy kręcą filmy „po bożemu”).
Pod wieloma względami to kino wręcz ascetyczne i czyste, bo oferujące widzowi jedynie „młodych gniewnych” wrzuconych w wir szybkich, nieprzewidzianych wydarzeń, które sami napędzają swoimi wyborami. Nawet płynąca z seansu oczywista refleksja, której towarzyszy radość z samego obcowania z nimi – a po latach także melancholia oraz nostalgia za ulotnością chwili – wynika tu z obserwacji, nie twórczego komentarza i górnolotnych monologów. Bo nawet jeśli słów jest tu pozornie dużo, to niemal wszystkie rzucane są w eter w ramach ubarwienia relacji lub spuentowania danej sytuacji, a nie głoszenia jakichkolwiek morałów.
Poza tym Costner i spółka to chodzący obrazek samej istoty życia na krawędzi odpowiedzialności oraz jakże trafne uchwycenie obiektywem przywileju młodości. A ta, jak wszystko inne, zdarza się w tymże życiu tylko raz.
Fandango jest dla niej i wszystkiego, co z nią związane, pięknym hołdem. Pożegnaniem z okresem dojrzewania nieświadomych swej przyszłości ludzi, którzy w danym momencie mogą wszystko i jednocześnie tak niewiele. I wiedzą tyle samo, czyli gówno. Ale tu i teraz to ich gówno, warte wyrwania jeszcze choćby sekundy satysfakcji uczestnictwa w tym nabożnym święcie wkraczania w pustkę dojrzałości i przywitania z bronią. Warte toastu na szczycie kanionu. W końcu warte też rezygnacji z pewnych podobnie ponadczasowych rzeczy – jak miłość…
Trochę szkoda, że tej miłości zabrakło wspomnianemu Spielbergowi, który rozczarowany gotowym dziełem wycofał swoje nazwisko z napisów i poskąpił filmowi odpowiedniej promocji oraz niezbędnego wsparcia ekipie. Gdy więc Fandango weszło do kin pod koniec stycznia 1985 roku, dosłownie przeminęło z wiatrem, zarabiając tak śmieszne pieniądze, że wydanie na jego produkcję czterech milionów dolarów okazało się prawdziwą katastrofą. Co prawda, obaj Kevini jakoś odbili się od tego dna (choć ich kolejne projekty również okazały się klapami), ale trudno nie pozbyć się wrażenia, że zostali zwyczajnie zdradzeni, a ich małe arcydzieło potraktowane niesprawiedliwie względem jego faktycznej wartości, której nie traci nawet po tylu latach od premiery. Tak, Fandango zasługiwało na więcej.
Zresztą najlepszym podsumowaniem tej produkcji niech będzie cytat z Quentina Tarantino, dla którego, podobnie jak dla mnie, film Reynoldsa jest jednym z ulubionych:
„Fandango to jeden z najlepszych debiutów reżyserskich w historii.
Widziałem ten film pięć razy w kinie, a grano go tylko przez pieprzony tydzień.”
