search
REKLAMA
Archiwum

EVAN WSZECHMOGĄCY. Fajne kino familijne ze szczyptą moralizatorstwa

Piotr Żymełka

22 sierpnia 2019

full1 13 e1605552726129
REKLAMA

Strona techniczna filmu przedstawia się całkiem nieźle. Zdjęcia stoją na odpowiednim poziomie i budują właściwą atmosferę. Trzeba również napisać parę słów o efektach specjalnych. Do stworzenia większości z nich zaprzęgnięto komputery. I o ile część cyfrowych elementów nie przeszkadza i stapia się całkiem nieźle z prawdziwym otoczeniem, o tyle sceny z płynącą Arką nie robią już tak dobrego wrażenia. Po prostu widać sztuczność i sterylność wygenerowanej komputerowo łodzi. Można jednak przymknąć oko na tę drobną niedogodność i po prostu się tym nie przejmować. Bardzo ciekawie prezentuje się za to soundtrack – znajdziemy na nim zarówno muzykę ilustracyjną (skomponowaną przez Johna Debneya), jak i piosenki świetnie współgrające z obrazem. Pomimo wszystko jednak zupełnie nie widać włożonych w produkcję 175 milionów dolarów (taki budżet uczynił Evana wszechmogącego najdroższą komedią w historii kina). Nie ma tu bowiem spektakularnych scen (poza finałowym potopem) czy epickich bitew. W efekcie twórcy mogą się pożegnać z sukcesem kasowym, w USA film nawet nie zwrócił kosztów.

Kolejna sprawa, na którą pragnę zwrócić uwagę, to związek Evana z poprzednikiem. Wielu widzów spodziewa się klasycznego sequela i ci wyjdą z kina rozczarowani, bowiem obie produkcje łączy tylko bohater Steve’a Carella i postać Boga. Poza tym filmy różnią się w każdym aspekcie, należą nawet do innych gatunków – Bruce wszechmogący to komedia z silnym akcentem romantycznym, natomiast opisywany tytuł to obraz familijny z elementami fantastyki i humoru. Nie uświadczymy tu również błazenady w rodzaju tej, z której słynie Jim Carrey, ponieważ Carell prezentuje zupełnie inny styl komizmu. Dodatkowo, i to przy okazji największa zaleta Evana wszechmogącego , scenarzyści wycisnęli z historii całkiem sporo, czego nie dało się powiedzieć o pierwowzorze, gdzie (poza kilkoma gagami i scenami z Morganem Freemanem) autorzy skryptu rozmieniali się na drobne, wplatając w fabułę wątki romantyczne. Takowych na szczęście w kontynuacji nie znajdziemy. Dlatego też, mimo iż w pierwszej części znalazło się więcej żartów, druga odsłona cyklu wypada lepiej i nie pozostawia poczucia niedosytu – ale tylko wtedy, gdy nie spodziewasz się, Czytelniku, tradycyjnego sequela.

Reasumując, Evan wszechmogący to dobra familijna produkcja z zabawnymi żartami i ciekawym (a co najważniejsze wykorzystanym) pomysłem. Pomimo kilku niedogodności, nielicznych mielizn scenariuszowych i momentami słabych efektów specjalnych, obraz ogląda się całkiem przyjemnie, a nawet niektóre sceny pozostają w pamięci na dłużej. Film Toma Shadyaca nie stanowi może konkurencji dla innych letnich superprodukcji w tym sezonie (a trzeba przyznać, że obrodziło wyjątkowo licznie potencjalnymi hitami; inna sprawa, iż mało który spełnił oczekiwania), ale pozostawia bardzo miłe wrażenia po seansie i pozwala na chwilę oderwać się od trosk dnia codziennego, a miejscami potrafi rozbawić. W zasadzie nie znajdziemy tu momentów nużących, warto więc zastanowić się nad wyprawą do kina. Jeśli tylko nie oczekujesz, Czytelniku, po filmie błazenady i żartów w stylu Jima Carreya, to raczej nie powinieneś się zawieść.

Tekst z archiwum film.org.pl (27.08.2007).

REKLAMA