Publicystyka filmowa
Komedie, które w ogóle NIE SĄ ŚMIESZNE
KOMEDIE, KTÓRE W OGÓLE NIE SĄ ŚMIESZNE to nieudane próby humorystyczne, które zamiast śmiechu przynoszą zdziwienie i zażenowanie.
Tekst z archiwum Film.org.pl (17.11.2020)
Jedną z immanentnych cech komedii jest komizm, czyli kategoria, z którą gatunek ten ma nawet wspólną etymologię. Zarówno komedia, jak i komizm mają swój źródłosłów w greckim komos oznaczającym hulankę tudzież zabawę, a także wesoły pochód podczas uroczystości. W komedię wpisany jest zatem element dobrej zabawy i humoru, a te z kolei objawiają się śmiechem. Od tysiącleci autorzy komedii nie ustają w trudach, by doprowadzić publiczność do niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Nie brak opinii (by posłużyć się popularnym frazesem), że komedia jest trudniejsza w tworzeniu od tragedii – ludzie mają bowiem naturalną tendencję do przejmowania się nawet prostymi, wymuszonymi problemami, a doprowadzić kogoś do autentycznego śmiechu to prawdziwa sztuka. Wiedzą o tym twórcy przedstawionych niżej komedii, w których nie znajdziemy ani jednego śmiesznego momentu.
Straszny film 2
Pierwsza część Strasznego filmu była pozbawioną dobrego smaku parodią popularnych horrorów – zwłaszcza będących wtedy u szczytu popularności Krzyku i Blair Witch Project – jednak nie brakowało tam naprawdę zabawnych momentów. Całość trzymała się dzięki atmosferze luzu i dystansu oraz nawiązaniom do pojedynczych scen, a także do całych motywów, oklepanych klisz i schematów znanych z horroru. Film zapoczątkował całą serię i przywrócił modę na komediowe parodie, która zdawała się nieco wygasać pod koniec ubiegłego stulecia.
Druga część Strasznego filmu nie utrzymała żadnego z pozytywów jedynki. Począwszy od doboru postaci, poprzez wymuszone żarty (które jeszcze bardziej zyskały w kategorii obrzydliwości, a straciły cały ładunek humoru), skończywszy na ogólnym tonie całości. Straszny film 2 jest całkowitym zaprzepaszczeniem okazji, jaka stała przed twórcami. Seans pozbawiony humoru, bez ani jednej okazji do uśmiechu.
Movie 43
Wielu widzów nie dobrnęło do końca tej antologicznej komediowej produkcji, odpadając gdzieś między obrazem jąder na podbródku Hugh Jackmana a dialogiem Anny Faris i Chrisa Pratta. Co ciekawe, za Movie 43 stoi niesamowita ekipa szalenie utalentowanych filmowców i komediantów, ale producenckie fory i brak ograniczeń w tym wypadku nie okazały się działać na ich korzyść. Dlaczego Movie 43 jest tak trudnym do oglądania filmem i tak nieśmieszną komedią? W mojej opinii na niekorzyść filmu działa sama jego koncepcja, czyli brak jakiegokolwiek związku między poszczególnymi scenami.
Bohaterów poznajemy na krótko i w ogóle nas nie obchodzą. Scenki istnieją tylko po to, by przedstawić jakąś żenującą sytuację, nie mają żadnej puenty i celu. Nie ma tu też żadnego punktu odniesienia lub głębszego sensu. Humor działa, kiedy uwypukla kontrasty lub absurdy codziennego życia. Fekalne, waginalne, oralne i analne żarty w Movie 43 nie służą niczemu, poza byciem fekalnymi, waginalnymi, oralnymi i analnymi żartami. Bez wyczucia, smaku i humoru.
Evan wszechmogący
Steve Carell jest nie tylko moim ulubionym komikiem – uważam go za jednego z najlepszych aktorów amerykańskich. Nieczęsto ma okazję grywać poważne, dramatyczne role, ale kiedy już to robi, efekty są niesamowite (Mała miss, Foxcatcher). W komedii za to jest po prostu absolutnym przejawem geniuszu – pokochałem go z miejsca po jego przełomowej roli w Brusie Wszechmogącym, gdzie zjadł Jima Carreya na śniadanie, a to, co zrobił w Biurze, to dla mnie absolutny szczyt komedii. Ma też na koncie kilka oczywistych wpadek, do których muszę zaliczyć sequel Bruce’a, czyli Evana Wszechmogącego. Mimo sympatycznej atmosfery bijącej od tego filmu, mądrego przesłania i doborowej obsady produkcja cierpi na scenariuszowe malizny, a Carell nie dostał nawet jednej sceny, w której mógłby błyszczeć swoim talentem. Cały film to raczej strata czasu, nawet dla największych fanów Carella, i jedna z najmniej śmiesznych komedii ostatnich lat.
Złoty środek
Zamiana ciał jest jednym z najpopularniejszych komediowych motywów, a filmów na ten temat były już tuziny – lepszych i gorszych. Do dziś powstają tego typu produkcje, mimo że ostatnia sensowna pojawiła się prawdopodobnie w okolicach początku stulecia (bodaj Zakręcony piątek – przy czym nadal nie jest to arcydzieło). Jeszcze do niedawna polscy twórcy lubili podpatrywać amerykańskie wzorce – często te najgorsze. Owocowało to wysypem żenujących komedii bazujących na popularnych pomysłach. Jednym z takich dzieł był Złoty środek, pod którym podpisał się Olaf Lubaszenko, twórca zupełnie przecież udanych Sztosu czy Chłopaki nie płaczą. Niestety, Lubaszenko im starszy, tym gorszy jako reżyser. Nawet jeśli w Złotym środku było coś zabawnego, to widz mógł to przeoczyć, nie mogąc oderwać wzroku od żenującej charakteryzacji Anny Przybylskiej, która udawała mężczyznę. Serio, wybaczam filmom nawet najgorsze efekty specjalne, najgorsze cięcia montażowe, najgorzej zaaranżowane kadry – gdy tylko mają do powiedzenia coś ciekawego, nietypowego, oryginalnego. Przy całym szacunku do Anny Przybylskiej, aktorką była nijaką, a sztuczna bródka i bujny wąs – paradoksalnie, komiczne – skutecznie pozbawiły ten film jakiejkolwiek wiarygodności. Złoty środek: omijać szerokim łukiem.
Kac Vegas 3
Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Oglądanie tej trylogii na raz jest jak jedzenie dużego popcornu. Najpierw świeżutkie, chrupiutkie kąski, potem coraz więcej twardych ziaren plus uczucie znużenia, a na dnie pudła – same nieotwarte ziarna włażące między zęby. W dodatku pod koniec kończy się cola, usta ma się całe w soli i pozostaje wyjść z kina z uczuciem mdłości. Jak z błyskotliwej, świeżej i zabawnej komedii można w tak spektakularny sposób zrobić nużący, ciężki, drętwy gniot, który nawet nie podpada pod gatunek komedii, ale oddala się w stronę czegoś na skraju sensacji i kina absurdalnego? Zapytajcie Todda Philipsa i jego ekipę – oni wam powiedzą. Kac Vegas 3 dowozi swój tytuł w stu procentach. Jeśli najlepszym żartem w filmie jest pozbawienie głowy żyrafy, to chyba nie mamy o czym rozmawiać.
Job, czyli ostatnia szara komórka
Wiem, że są fani tego filmu. Znam wielu ludzi, których bardzo cenię, z którymi się przyjaźnię, którzy mają niezły gust filmowy, a którzy lubią ten film. Wiem, że na trwale zapisał się w świadomości dużej części Polaków. Uważam jednak, że jeden „Darek, otwórz” nie jest aż tak wielkim tekstem, by cytować go bez przerwy. W dodatku nawet jeśli było w tej produkcji coś zabawnego, to tylko dlatego, że Konrad Niewolski bezczelnie wykorzystał stare dowcipy i krążące po internecie teksty i wrzucił je do scenariusza bez żadnego związku przyczynowo-skutkowego.
Job jest w istocie niczym więcej niż luźną zbieraniną kawałów, które nie śmieszą, jeśli już się je kiedyś słyszało. Ani to zabawne, ani odprężające. Za tak bezczelny chwyt powinno się wykluczać z zawodu.
