search
REKLAMA
Archiwum

DOA: ŻYWY LUB MARTWY. Kiczowate, plastikowe kino

Marek Klimczak

8 września 2020

REKLAMA

Dawno, dawno temu, w epoce, kiedy w Polsce jeszcze nie było ustawy o prawach autorskich, a w domach kinomanów królował sprzęt zwany magnetowidem (potocznie “wideło”), natknąłem się na zapomniany już dziś, a wtedy budzący wiele emocji film Bez odwrotu, znany również jako Karate Tiger. Film obok minusów, wtedy dla mnie niedostrzegalnych, miał w sobie kilka elementów, które go wyróżniały z powodzi kina kopanego zalewającego nasz czarny rynek – choreografię walk, ducha Bruce’a Lee, który uczył głównego bohatera Jeet Kun Do, oraz początkującego w branży filmowej Jeana Clauda Van-Damme’a. Co ten film ma wspólnego z Dead Or Alive? Ano to, że reżyserem obu jest Corey Yuen – aktor, reżyser, scenarzysta i choreograf (a niegdyś dubler samego Bruce’a Lee) w jednej osobie. Przed obejrzeniem Dead Or Alive postanowiłem po latach obejrzeć Bez odwrotu, żeby zobaczyć, jak dość kiepski (mimo sentymentu) film sprzed 20 lat wygląda w porównaniu z nowoczesnym obrazem tego samego reżysera. I trudno mi w to uwierzyć, ale nisko budżetowy Karate Tiger ogląda się o wiele lepiej niż napakowany po brzegi efektami specjalnymi i pojedynkami fajerwerk, jakim jest Dead Or Alive – minusy są podobne, plusów znacznie mniej i jest to niestety kolejny dowód na to, że przed przystąpieniem do realizacji filmu należy popracować przede wszystkim nad scenariuszem. Nie wiedzieć czemu, wielu twórców zdaje się wyznawać pogląd, że kino czysto rozrywkowe musi być jednocześnie głupie i sztampowe…

Dead Or Alive łączy w sobie przynajmniej dwa schematy – z jednej strony jest to ekranizacja gry komputerowej (z którą, przyznaję, nie miałem do czynienia), które coraz częściej pojawiają się w kinach. Z drugiej zaś mamy do czynienia z formułą turnieju sztuk walki, co nie zaskakuje w przypadku filmu na podstawie “bijatyki”. Kino jak dotąd nie zyskało zbyt wiele, sięgając po gry. Niestety, działa tu pewna prawidłowość – jeśli ktoś sięga po grę komputerową z chęcią przerobienia jej na film, powodem nie jest zwykle coś wyjątkowego, co warte jest pokazania, lecz po prostu popularność gry, jej głośny tytuł, który gwarantuje, że przynajmniej gracze przyjdą film zobaczyć. A że jak dotąd gry komputerowe rzadko mogą pochwalić się oryginalną fabułą, toteż ten element w ich ekranizacjach najbardziej kuleje, dochodzi nawet do takich dziwacznych sytuacji, jak Tomb Raider – ekranizacja gry, która powstała na podstawie filmu (Indiana Jones), z czego nie mogło raczej wyniknąć nic dobrego. Chlubnym wyjątkiem jest Silent Hill, bodaj pierwszy film powstały w oparciu o grę, który umiejętnie korzysta z pierwowzoru, tworząc nową, interesującą jakość wśród powodzi horrorów, dzięki czemu nie daje się nijak wcisnąć w szufladkę z napisem “film na podstawie gry”, w której Dead Or Alive znajduje bardzo wygodne miejsce.

Grupa najlepszych wojowników na świecie dostaje zaproszenie na elitarny turniej, organizowany nie do końca legalnie, który odbywać się będzie gdzieś na końcu świata, w miejscu niedostępnym dla przeciętnego zjadacza razowca. Brzmi znajomo? W ten sposób można opisać fabułę między innymi Wejścia Smoka, Krwawego Sportu, Mortal Kombat, Questa… oraz Dead Or Alive. I prawdopodobnie wielu, wielu innych filmów, których z racji powtarzalności nie pamiętam. Najpierw poznajemy bohaterów, następnie otrzymują oni zaproszenie, dostają się na miejsce (zwykle wyspę), potem toczą ze sobą boje, a na koniec mamy wielki finał, w którym główny(a) bohater(ka) zmierzyć się musi albo z organizatorem turnieju, albo ze złym faworytem zawodów ze skutkiem, na który wszyscy oczywiście czekają z zapartym tchem. W przypadku DOA jest to organizator, który wszczepia uczestnikom nanoroboty pozwalające stworzyć bazę danych o stylu walki poszczególnych zawodników. Resztę fabuły pominę, bo naprawdę nie ma o czym pisać. Motywacje poszczególnych bohaterów są do bólu sztampowe, co jest cechą wspólną bijatyk konsolowych – wszak nie o fabułę w nich chodzi. I to jest niestety pułapka, w jaką wpadają twórcy filmów inspirowanych grami, bo na bazie sztampowych relacji, jakie łączą postacie z gry, trzeba napisać scenariusz, który zwykle powiela te same schematy. Ale film ma być rozrywkowy, więc dziury, niekonsekwencje scenariusza i drętwe dialogi można mu wybaczyć, jeśli oferuje coś w zamian – tym w miarę bronił się Mortal Kombat, który posiadał przynajmniej ciekawy klimat, świetną muzykę, nowatorskie efekty i galerię wyjątkowych postaci (Sub-Zero, Scorpion). A co oferuje film Yuena?

Nowości w stosunku do poprzedników Dead Or Alive wnosi wiele, szkoda, że w większości chybione – zamiast angażować aktorów, którzy co prawda Hamleta by nie zagrali, ale chociaż znają się na kopaniu – zaangażowano aktorów, którzy obok kiepskiej gry na kopaniu nie znają się niemal zupełnie, co jest pomysłem o tyle interesującym, że nie wiadomo, czemu ma służyć. Owszem, w Matriksie czy Kill Billu brak doświadczenia aktorów w sztukach walki nie przeszkadzał, tutaj natomiast wszystkim pojedynkom towarzyszą duże zbliżenia i szybki montaż, co ma zamaskować braki w umiejętnościach aktorów i doskonale obniża atrakcyjność filmu. Pod względem choreografii i efektywności walk każdy film z Jackie Chanem czy Jetem Li kładzie DOA na łopaty. Zrozumiałbym, gdyby były tu jakieś znane twarze, ale skoro większość obsady i tak jest mało rozpoznawalna, dlaczego nie zatrudnić ludzi, którzy coś potrafią? Aktorsko film by na tym nie ucierpiał.

Innym oryginalnym pomysłem jest maksymalne zbliżenie filmu do gry; czasem zastanawiałem się, dlaczego twórcy nie poszli na całość i nie wkleili u góry ekranu pasków energii, które wskazywałyby, ile razy mała Azjatka musi jeszcze kopnąć w kostkę 150-kilowego anabola, by ten padł bez tchu na ziemię. Niesamowitych emocji zapewne dostarczy też scena gry uczestniczek turnieju w siatkówkę. Widać twórcy chcieli złożyć hołd Słonecznemu Patrolowi, bo innego sensu umieszczenia jej w filmie nie widzę, chyba żeby uwierzyć, iż mecz ten miał odwrócić uwagę od szpiega, który w tym czasie, nie zwracając zupełnie na siebie uwagi, pokonywał kolejne zastępy ochroniarzy broniących wstępu do tajnego laboratorium, którego położenie odczytał chyba z fusów. Kolejną nowością było połączenie poetyki filmów z gatunku wuxia z Aniołkami Charliego, co okazuje się równie sensowne, jak wysłanie Karguli i Pawlaków w kosmos i kręcenie bojów międzyrodzinnych o przeorany pas asteroidów przy użyciu sierpów i kos postawionych na sztorc. Pewnych światów nie powinno się łączyć, jeśli nie ma się pomysłu, jak to zrobić. Owszem, udało się to Tarantino, który w Kill Billu znakomicie połączył stylistykę spaghetti westernu, kina kopanego made in Hong Kong klasy B oraz anime, ale wszystko to podporządkował własnemu, oryginalnemu stylowi i przede wszystkim nie przeginał.

Corey Yuen tego wyczucia nie ma, serwuje nam sceny przypominające Hero czy Dom latających sztyletów, bez skrępowania łącząc je z futurystycznym światem, zapominając, że oprócz przepaści czasowej jest jeszcze różnica konwencji. Jedynym dość oryginalnym pomysłem było wyposażenie finałowego “bossa” w urządzenie pozwalające przewidywać ruchy przeciwnika, choć kto widział Zatoichi Kitano stwierdzi, że po raz kolejny poetyka i subtelność wschodu zostały bezlitośnie zmielone na potrzeby kiczowatego, plastikowego produktu, jakim jest DOA, w którym z większą dbałością o szczegóły pokazuje się skąpo ubrane ciała bohaterek, niż sceny akcji, a to chyba nie tędy droga. Dead Or Alive to kolorowy i dynamiczny teledysk, który nieudolnie powiela schematy fabularne klasyków kina kopanego, oferując przy tym atrakcyjne, opalone, skąpo ubrane ciała kosztem choreografii walk i charyzmy postaci, a chyba nie tego oczekiwali zarówno miłośnicy kina akcji, jak i gracze. Pozostaje czekać na “Tekkena” – premiera już za rok.

Tekst z archiwum film.org.pl (30.09.2006).

REKLAMA