search
REKLAMA
Recenzje

CZŁOWIEK Z ZACHODU

Mariusz Czernic

1 października 2018

REKLAMA

Po zrealizowaniu pięciu westernów z Jamesem Stewartem (m.in. Winchester ’73, Naga ostroga) Anthony Mann był już uznawany za mistrza gatunku i stawiano go w jednym rzędzie z Johnem Fordem i Raoulem Walshem. Mógł zająć się innym gatunkiem, ale najwidoczniej w realiach Dzikiego Zachodu czuł się tak dobrze, że postanowił tam jeszcze kilkakrotnie wrócić. O skali talentu Manna świadczy fakt, że spod jego ręki wyszły zróżnicowane westerny. Widać to na przykładzie filmów z lat 1957–58. Nakręcona w czerni i bieli Gwiazda szeryfa (1957) z Henrym Fondą i Anthonym Perkinsem to kameralny, dojrzały film z dużym naciskiem na psychologię. Opowieść o dwóch stróżach prawa, którzy łączą siły, by zaprowadzić porządek w miasteczku. Człowiek z Zachodu (1958) jest fabularnie bardziej skomplikowany, a niektóre sceny przyprawiają o ciarki, bo w filmie z lat 50. nikt się ich nie spodziewa.

Link Jones (Gary Cooper) wiele już w życiu przeszedł, ale na stacji kolejowej zachowuje się, jakby pierwszy raz zobaczył pociąg. Dla niego dymiąca lokomotywa to paskudna bestia, jednak w jej wnętrzu zamierza dotrzeć do celu. Powód ma ku temu szlachetny – w jego miasteczku budowana jest szkoła i poszukuje nauczycielki. Mieszkańcy powierzyli mu swoje oszczędności, co sugeruje, że jest osobą godną zaufania, szanowaną w swoim mieście. Szczęście jednak mu nie sprzyja – pociąg, którym jedzie, upatrzyła sobie banda rabusiów. W wyniku napadu Link wraz dwójką nowych znajomych zostaje sam na pustkowiu, a przewrotny los kieruje go prosto w stronę kryjówki przestępców. Okazuje się, że nasz szlachetny i godny zaufania bohater nie tylko dobrze zna szefa bandy Docka Tobina (Lee J. Cobb), ale sam był kiedyś złodziejem i mordercą.

To, co ukryte poza kadrem, przestaje mieć znaczenie. Dlatego Link Jones pozostaje dla widza pozytywną postacią. Jego przeszłość nie ma znaczenia, skoro poświęcił wiele lat pracy, by odciąć się od niej całkowicie. Dowiadujemy się, że ma żonę i dzieci, a więc znalazł już swoje miejsce. W związku z tym jego relacja z poznaną w pociągu piosenkarką Billie Ellis (Julie London) daleka jest od klasycznego romansu. Czeka ich przygoda, po której będą musieli się rozstać. Ciekawa jest relacja między Linkiem i wujem Dockiem, która przypomina więź ojca z synem. Ostro zarysowuje się konflikt pomiędzy protagonistą i jego kuzynami, w szczególności nieobliczalnym Coaleyem (Jack Lord). Stare porzekadło głosi: „Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one”, dlatego główny bohater musi stać się częścią bandy, co pociąga za sobą pewne ryzyko, ale jednocześnie daje szansę na przetrwanie.

Scenariusz Reginalda Rose’a, autora Dwunastu gniewnych ludzi (1954, 1957), powstał według książki Willa C. Browna The Border Jumpers. Dla Anthony’ego Manna było to doskonałe pożegnanie z gatunkiem, mimo iż nakręcił potem jeszcze Cimarrona (1960), epickie i piękne wizualnie widowisko, lecz z perspektywy czasu nieco drętwe i mało angażujące. Człowiek z Zachodu zestarzał się godnie i uważany jest za zapowiedź brutalniejszych filmów z następnej dekady, w szczególności dzieł Sama Peckinpaha. Nad wyraz mocna jest scena pojedynku między Garym Cooperem i Jackiem Lordem (znanym z roli Felixa Leitera w Doktorze No). Po zakończeniu walki jeden z bohaterów kwituje ją słowami „W życiu nie widziałem czegoś takiego. Aż się we mnie krew zagotowała”. Pod koniec lat 50. takie słowa mogli wypowiedzieć widzowie wychodzący z kina po seansie omawianej produkcji.

Mocną stroną jest obsada drugoplanowych postaci: Arthur O’Connell w roli tchórzliwego hazardzisty, Jack Lord wcielający się w postać porywczego kuzyna i Lee J. Cobb jako starzejący się szef gangu, który nie zatracił jeszcze głodu krwi. Zaskakuje metamorfoza, jaką Cobb przeszedł w krótkim czasie od neurotycznego sędziego w Dwunastu gniewnych ludziach do starego złoczyńcy w Człowieku z Zachodu. Jego relacja z Lincolnem Jonesem jest złożona – mają do siebie szacunek, ale mają też żal o wydarzenia z przeszłości. Ich charaktery znacznie się różnią, obaj potrafią jednak stanowczo postawić na swoim, więc konflikt jest nieunikniony. Dopiero po latach mogą go zakończyć, ale zwycięstwo będzie gorzkie jak w greckiej tragedii.

Niestety muszę przyznać, że najsłabszym ogniwem produkcji jest Gary Cooper. Po pierwsze, został źle obsadzony – był dziesięć lat starszy od Lee J. Cobba, który zagrał jego wuja i zarazem przybranego ojca. Po drugie, nie ukazał przekonująco mrocznej natury swojego bohatera ani wątpliwości nim targających. Wspomniana scena pojedynku dobitnie ukazuje mroczną naturę tej postaci, ale to zasługa inscenizacji, a nie aktora. Po trzecie, Cooper był już schorowany i zmęczony, więc nie był w stanie mocno wejść w rolę, a trzy lata po nakręceniu filmu zmarł na raka prostaty.

Zanim Anthony Mann stał się mistrzem westernu, zrealizował szereg czarnych kryminałów (m.in. T-Men, Raw Deal, Side Street). Wśród jego filmów o Dzikim Zachodzie to właśnie Człowiek z Zachodu jest najbliższy poetyce noir. Operator Ernest Haller (Oscar za Przeminęło z wiatrem) sfilmował sceny we wnętrzu wiejskiej chaty w taki sposób, by podkreślić klaustrofobię tego miejsca i tragizm sytuacji. Każdy z bohaterów wpadł w pułapkę. Każdy musi szybko wymyślić plan, by z tej sytuacji wyjść bez szwanku. Pełne niepokoju i napięcia są również sekwencje plenerowe, szczególnie akcja w mieście duchów oraz finałowa rozgrywka wśród formacji skalnych. Na koniec można wspomnieć, że Gary Cooper zagrał w dwóch filmach znanych pod polskim tytułem Człowiek z Zachodu. Drugi to The Westerner (1940) Williama Wylera. Oba warto obejrzeć, ale to film Manna robi większe wrażenie – jak na 60-latka trzyma się naprawdę świetnie.

Mariusz Czernic

Mariusz Czernic

Z wykształcenia inżynier po Politechnice Lubelskiej. Założyciel bloga Panorama Kina (panorama-kina.blogspot.com), gdzie stara się popularyzować stare, zapomniane kino. Miłośnik czarnych kryminałów, westernów, dramatów historycznych i samurajskich, gotyckich horrorów oraz włoskiego i francuskiego kina gatunkowego. Od 2016 „poławiacz filmowych pereł” dla film.org.pl, współpracuje z autorami bloga TBTS (theblogthatscreamed.pl), dawniej pisał dla magazynów internetowych Magivanga (magivanga.com) i Kinomisja (pulpzine.pl). Współtworzył fundamenty pod Westernową Bazę Danych (westerny.herokuapp.com),

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA