search
REKLAMA
Recenzje

CWANIAKI Z HOLLYWOOD. Kino łączy, a nie dzieli

Nikt nie gra tutaj przełomowej roli, nikt nie jest niesamowity – na wszystkich patrzy się jednak, z perspektywy wieloletniego kinomana, z trudną do ukrycia przyjemnością.

Jan Brzozowski

18 lipca 2021

REKLAMA

Autotematyzm pod postacią filmów o powstawaniu filmów ma w kinie bardzo wdzięczną, bogatą tradycję. Swoich sił próbowali w tej materii tacy mistrzowie jak Fellini, Godard, Truffaut czy, by sięgnąć po kogoś bardziej współczesnego, bracia Coen i Tarantino – czasem podchodząc do sprawy śmiertelnie poważnie, a czasem bardziej rozrywkowo. Niektórych, jak Stanleya Donena (Deszczowa piosenka), interesowały przede wszystkim przemiany związane z medium i branżą; innych, jak chociażby Vincente Minnellego (Piękny i zły) – bohaterowie, kinowi magnaci (ten specyficzny wytwór związany z komercyjnym aspektem dziesiątej muzy), funkcjonujący tak, jak gdyby rzeczywiście byli „więksi niż życie”. Z autotematyzmem postanowił zmierzyć się również George Gallo, realizując Cwaniaków z Hollywood.

W jaki sposób autotematyzm potraktował scenarzysta pamiętnego Zdążyć przed północą? Jak nietrudno się domyślić (polski tytuł sugeruje to aż nadto) – raczej rozrywkowo. Akcja osadzona została w Hollywood lat 70. – tym niezwykłym okresie, w którym do głosu zaczęło dochodzić młode pokolenie reżyserów-autorów. Na ekranach amerykańskich kin królowały wówczas wczesne dzieła Martina Scorsese, Briana De Palmy, Stevena Spielberga i George’a Lucasa. Rozpoczął się nowy okres w historii Hollywood, nazywany dziś, jakże pomysłowo, „Nowym Hollywood”.

Tego wszystkiego jednak w filmie Gallo nie uświadczymy. Bohaterami nie są bowiem twórcy przez duże T, ale drobni, ledwo wiążący koniec z końcem producenci – podstarzały, żyjący marzeniami o zdobyciu Oscara Max (Robert De Niro) i jego nieco fajtłapowaty i naiwny bratanek Walter (Zach Braff). Poznajemy ich w sytuacji podbramkowej. Poprzedni film wyprodukowany przez ich studio, kino eksploatacji z krwiożerczymi zakonnicami w rolach głównych, okazał się potworną klapą finansową – nie sprzedał się ani jeden bilet. Zapożyczony u lokalnego gangstera-kinofila (w tej roli Morgan Freeman, sypiący tytułami klasycznych amerykańskich filmów jak z rękawa) Max ma 72 godziny, aby zorganizować 350 tysięcy dolarów i spłacić swój dług. Dość skomplikowany ciąg wydarzeń sprawia, że mężczyzna wpada na „genialny” pomysł – postanawia imitować realizację kolejnego filmu, uśmiercić głównego gwiazdora i zainkasować gigantyczne ubezpieczenie.

Największą satysfakcję sprawiają w Cwaniakach z Hollywood aktorzy. Robert De Niro może być już starym zgredem, mającym poważne problemy z dobieraniem ról (za chwilę zobaczymy go na polskich ekran w Wojnie z dziadkiem) – niemniej oglądanie go w akcji to wciąż wielka przyjemność. Zwłaszcza że w filmie Gallo otrzymał on całkiem spore pole do popisu, odgrywając postać maksymalnie przerysowaną, przypominającą groteskowego Capitano, żołnierza-samochwałę, z komedii dell’arte. Uzbrojonego nie w teatralną maskę i szpadę, lecz stylowe okulary przeciwsłoneczne i kaszkiet. Widać, że De Niro dobrze się tutaj bawi, zwłaszcza podczas długich monologów, jednoznacznie kojarzących się – choć oczywiście jakościowo to zupełnie inna liga – z tymi, którymi niegdyś miotał na planach filmów Martina Scorsese. Podobnie rzecz ma się z Morganem Freemanem i Tommym Lee Jonesem, który wciela się w Duke’a Montanę, przebrzmiałego gwiazdora westernów z potężną depresją na karku (jego wątek dodaje Cwaniakom z Hollywood nieco animuszu). Nikt nie gra tutaj przełomowej roli, nikt nie jest niesamowity – na wszystkich patrzy się jednak, z perspektywy wieloletniego kinomana, z trudną do ukrycia przyjemnością.

W każdym innym aspekcie film Gallo, niestety, zawodzi. Pomysł na interesujący rozwój fabuły kończy się wraz z kolejnymi, niezbyt wymyślnymi próbami zamordowania Duke’a Montany. Widz zawsze znajduje się krok przed twórcami – za każdym razem dobrze wiemy, że wszystko spełznie na niczym, a zgadywanie, w jaki sposób do tego dojdzie, mija się z celem. Gallo nie robi nic, aby chociaż spróbować wyprowadzić nas w pole, czymkolwiek zaskoczyć. Fabuła dąży jak po sznurku do szczęśliwego, wyjątkowo naiwnego (pachnącego najgorszym rodzajem kina familijnego) finału – wszyscy padają sobie w objęcia, dochodzi do symbolicznego pojednania (przed wielkim ekranem) pomiędzy gangsterem, producentem i aktorem. Kino łączy, a nie dzieli: co za piękne przesłanie.

Cwaniakom z Hollywood nie pomagają również dziwne, niekontrolowane zmiany tonacji. W jednym momencie to bezpretensjonalna komedia kryminalna, w drugim satyra na Hollywood, w trzecim zaś sentymentalny film o tym, że sława i pieniądze wcale nie prowadzą do szczęścia (wątek Duke’a). Gallo zwyczajnie zabrakło reżyserskiej finezji, która pozwoliłaby stworzyć tak eklektyczne, wszechstronnie spełnione dzieło. Zamiast tego powstały Cwaniaki z Hollywood – bardzo przeciętne kino wypełnione aktorami, którzy sprawiają, że seans uznać można za przyjemny.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Student trzeciego roku na poznańskim filmoznawstwie. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA