Recenzje
CHIŃSKA SZKATUŁKA. Ostatni Werter mieszka w Hongkongu
W CHIŃSKIEJ SZKATUŁCE John Spencer odkrywa duszę Hongkongu, w atmosferze ulotnych chwil i emocji przed historycznym zwrotem.
„Z całego życia dajesz mi zaledwie moment.
Wyrwany z przeszłości i odarty z przyszłości.
I kochasz mnie w tej chwilce naszego życia.”
Warto obejrzeć film, który na chwilę wyrywa z codzienności, zatrzymuje. Nie zajmuje ściśle zaplanowaną akcją, nie śpieszy się do końca opowiadanej historii. Zwraca uwagę na szczegóły, nastrój długo pozostaje w pamięci. Takim filmem jest dla mnie Chinese Box.
Dziennikarz John Spencer jest korespondentem dla brytyjskiej prasy z Hongkongu. Od 15 lat próbuje zrozumieć tajemnicę tego miasta. Nadszedł moment przełomowy – rok 1997. Jesteśmy świadkami wydarzeń ostatnich sześciu miesięcy przed historycznym pierwszym lipca 1997. Co zmienia się w życiu dziennikarza, jakie nastroje panują wśród mieszkańców miasta i robiących tutaj wielkie interesy? Dla Hongkongu to koniec dzierżawy przez Wielką Brytanię i powrót pod wpływy Chin. John określa to krótko: „Hongkong to uczciwa dziwka, ciekawe, jak poradzi sobie z nowym alfonsem„. W wielkim mieście pełnym śpieszących się ludzi opowieść tworzy jeden bohater, spacerując z kieszonkową kamerą, próbuje uchwycić sens tego ciągłego ruchu.
Nie mam zamiaru rozpisywać się o kolejnych wydarzeniach Chińskiej szkatułki, bo nie o nie w tej historii chodzi. Banalne określenie, ale najważniejszy w filmie jest klimat.
To właśnie przemijanie i ulotność nas charakteryzuje, jako ludzie nie mamy nic poza tym. To, co nas spotyka bliższe jest tytułowej chińskiej szkatułce, aniżeli uporządkowanemu katalogowi spraw.
John wydaje się nieco znużony swoją aktualną sytuacją, zrezygnowany. Jak śpiewa jego przyjaciel, nawiązując do jego pobytu w Hongkongu: „więcej tracisz, niż chciałeś znaleźć tam. Dekadencki nastrój bohatera podkreśla niezbędny rekwizyt, obecny niemal w każdej scenie – alkohol. Często stosowany w filmie znak nadwrażliwości i pragnienia zapomnienia o rzeczywistości. Nie bez powodu nasz Franc z Psów powiedział, że pije: „bo świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia”. John u kresu swej drogi (dowiaduje się, że jest chory na białaczkę i choroba bardzo szybko postępuje) wraca do postawy niemal sokratejskiej.
Przyznaje, choć nie jest to łatwe, że nadal nic nie rozumie w otaczającym go świecie. Za to śmietanka towarzysko-medialna zgromadzona w Hongkongu przeciwnie, oni przekonani są o nieomylności wydawanych sądów. On mimo napisania zapewne kilkudziesięciu artykułów i paru książek o mieście, które tak go fascynuje, nie uważa, że udało mu się je poznać. Hongkong wymyka się jakimkolwiek opisom. Za podobnie nieudaną można uznać z „praktycznego” punktu widzenia miłość Johna do Chinki – Vivian. Ta para nie będzie ze sobą dłużej niż kilka dni przed śmiercią redaktora, przez „krótką chwilkę ich życia.” Powinno prowadzić to do pesymistycznych wniosków – oto prawdziwa miłość, na którą nie ma miejsca we współczesności.
Jednak nasuwa się zupełnie inna refleksja (optymistyczna?), że to właśnie przemijanie i ulotność nas charakteryzuje, jako ludzie nie mamy nic poza tym. To, co nas spotyka bliższe jest tytułowej chińskiej szkatułce, aniżeli uporządkowanemu katalogowi spraw. Doskonale odzwierciedla to przypadkowo zauważona przez Johna dziewczyna – Jean. On usiłuje tradycyjnymi metodami reportera poznać ją, zrozumieć jej oryginalność przez wywiad. Ale nawet na poziomie tej znajomości realność miesza się z fikcją. Czy to, co Jean wyznaje przed kamerą jest prawdą? Dlaczego tak trudno zaakceptować nam, że czegoś wiedzieć nie jesteśmy w stanie? Jean nie opowiada Johnowi, skąd wzięła się duża blizna na jej twarzy, nie mówi także o miłości, jaką przeżyła w latach młodzieńczych (mimo że dziennikarz spełnia jej oczekiwania finansowe za wywiad). Wayne Wong jeszcze raz powtarza, że człowiek zawsze pozostanie tajemnicą.
John Spencer dokonuje podsumowania lat spędzonych w Hongkongu, wspomina. Można powiedzieć, że jest jednym z miliona zagubionych, a jednak obcym wśród nich. Zasymilował się, ale nigdy nie przestanie być kimś obok, chłodno oceniającym z dystansu „wysłannikiem” innej kultury. John jest obcy wobec odmienności kulturowej – jak Bob Harris w Tokio w filmie Między słowami. Kategoria obcego okazuje się być dla filmu Chinese Box fundamentalna, począwszy od przedstawianych historii miłosnych: Johna i Vivian, Jean i Williama (przedstawiciele świata wschodu i zachodu).
John jest wewnątrz Hongkongu, ponieważ tutaj żyje od dłuższego czasu, jednocześnie tożsamość i pochodzenie pozwala mu na bycie „poza. To, co inne od nas ułatwia zdystansowanie, ale również wyostrza spojrzenie, fascynuje nas to, co dla tej kultury wydaje się oczywiste.
Tak jak każdy włożyłby inne „skarby” do swojej chińskiej szkatułki, tak w filmie Wayne’a Wanga najistotniejsza jest subiektywność przeżywania.
Styl filmu Wayne’a Wanga, który stara się wrócić do swojego rodzinnego miasta, przypomina mi Spragnionych miłości albo Chunking Express Wong Kar-Waia. Obrazy miasta, tak jak widzi je dziennikarz, bliskie są ujęciu autora tych filmów. Zatłoczone uliczki, małe pomieszczenia i zaułki, towarzystwo charakterystycznego podkładu muzycznego w przedstawieniu miasta.
Ośmieliłabym się nawet powiedzieć, że łączy ich nie tylko to, ale przede wszystkim podobne rozumienie miłości łączącej kobietę i mężczyznę. Miłości ulotnej, bliższej wspomnieniom niż rzeczywistości, niespełnionej we wspólnym życiu. Prosta opowieść o samotniku na nowo definiuje pojęcie samotności i indywidualności każdej osoby. Tak jak każdy włożyłby inne „skarby” do swojej chińskiej szkatułki, tak w filmie Wayne’a Wanga najistotniejsza jest subiektywność przeżywania. Na najniższym poziomie związana z oceną roli Hongkongu, krótko mówiąc – rozbieżność interesów różnych grup społecznych. Najciekawsze jednak to, co dalej: subiektywność w definiowaniu miłości i w pielęgnowanych wspomnieniach.
Inaczej rozumie słowo „kocham” John, który bądź co bądź zostawił rodzinę w Wielkiej Brytanii. Żyje tutaj osobno (czasami słyszymy tylko nagraną wiadomość od żony na automatycznej sekretarce) i małżeństwo nie przeszkadza mu uważać Vivian za kobietę swojego życia. Dla Vivian miłość to całkowita akceptacja osoby kochanej. Ona jest nieszczęśliwie zakochana w Changu. W filmie jest zawarta sugestia, że Chang zdobył tak dobrą pozycję biznesmena dzięki znajomościom Vivian. Jest z nią, ale nigdy nie pozwoli sobie złamać tradycji i wziąć za żonę byłej prostytutki. Dla Vivian dowody jego oddania, a nawet zmistyfikowania zdjęć ich ślubu dla jej matki, to tylko kolejne upokorzenia.
Gdy Chang w obronie Vivian wyrzuca z baru klienta, John jako narrator komentuje: ”Chang jeszcze nigdy tak się nie wstawił za Vivian. Poznała już granicę jego oddania. Ale to było dla niej za mało„. W tym szczególnym trójkącie: Vivian, John i Chang, nikt nie jest szczęśliwy, bo każdy co innego nazywa miłością. Dlatego postać Johna wykreowana przez Wanga jest dla mnie bardzo bliska przedstawieniom bohaterów romantycznych. Nieszczęśliwym kochankom, dla których życie i miłość to źródło egzystencjalnych cierpień i melancholii. Jeremy Irons zachowuje się w Chinese Box jak Werter Goethego.
W świecie ciągłego załatwiania interesów i rozmów o finansach on jawi się jako „ostatni sprawiedliwy. Poświęcający czas rozmyślaniom, obserwacji codziennego życia innych. John cierpi z powodu miłości do kobiety, która nie odwzajemnia jego uczuć. Trudno określić, czy on sam bardziej nie kocha żarliwości własnych odczuć niż rzeczywistej Vivian. Oczywiście różnice między nim a Werterem są ogromne. Przede wszystkim powodem jego śmierci jest białaczka, nie samobójstwo. Jednak sposób ukazania śmierci dziennikarza: ze skierowaną na siebie kamerą, w środku budzącego się miasta, jest niezwykle romantyczne i wyidealizowane.
Subiektywność akcentowana w filmie, o której wcześniej wspominałam, to również potraktowanie tematu wspomnień. Historia miłości Jean, która z taką żarliwością opowiada o pierwszej nieszczęśliwej miłości do Williama, udowadnia, jak różnie możemy postrzegać te same, wydawałoby się, wydarzenia. Jean ułożyła sobie w głowie piękny, idealny obraz związku, który brutalnie przerwał ojciec chłopaka. Spotkanie po latach pokazuje, że dla niego to nie miało zupełnie znaczenia. Chłopak zapomniał o Jean. Ona kwituje: „to nie był William. I ma rację, ponieważ to nie była ta osoba, o której wspomnienia zatrzymała w sobie. To nie był ten William, w którym była zakochana i na którego chciała czekać. Trudna okazuje się konfrontacja wyobrażeń z realnym życiem.
Nie pojmuję czasem, jak ktoś inny może ją kochać, śmie ją kochać, gdy ja kocham ją tak wyłącznie, tak gorąco, tak pełnym uczuciem; nic innego nie znam ani wiem, ani mam – prócz niej. To słowa Wertera, pod którymi na pewno mógłby się podpisać samotny John…
Tekst z archiwum film.org.pl (20.08.2009).
