search
REKLAMA
Recenzje

BRUD. Niekończąca się rozpusta

Dawid Konieczka

29 kwietnia 2019

REKLAMA

Po ogromnym sukcesie Bohemian Rhapsody wzmożone zainteresowanie filmowców muzycznymi biografiami nie może dziwić. Już niedługo będziemy mogli zobaczyć chociażby opowieść o życiu Eltona Johna, natomiast nie tak dawno na Netfliksie pojawił się film biograficzny o szalenie popularnej w latach osiemdziesiątych glammetalowej grupie Mötley Crüe. Biopic bazujący na bestsellerowej autobiografii napisanej przez członków zespołu czekał na realizację ponad dziesięć lat, by w końcu ujrzeć światło dzienne w, jak się wydaje, najbardziej dogodnym momencie. Popularność muzycznych biografii jak dotąd nie przełożyła się jednak na ich wyraźny skok jakościowy, na co Brud jest kolejnym dowodem.

Mötley Crüe to wręcz uosobienie popularnego hasła: sex, drugs, rock & roll. Styl życia muzyków był doprowadzonym do skrajności urzeczywistnieniem opowieści o rockowej beztrosce, hedonizmie i wyuzdaniu. Było więc mnóstwo seksualnych orgii, hektolitry alkoholu, kilogramy narkotyków, konflikty z prawem — ogółem wolna amerykanka w pełnym tego wyrażenia znaczeniu. Do tego dochodziły takie elementy scenicznego wizerunku jak obcisłe kostiumy, makijaż, mało wyszukane teksty piosenek i niezwykle widowiskowe koncerty.

Opowiadając o Mötley Crüe, reżyser Jeff Tremaine, dotąd związany głównie z serią Jackass, po prostu nie mógł nakręcić filmu hagiograficznie grzecznego, zgrabnie pomijającego większe kontrowersje związane z bohaterami, jak to czyniło choćby przywołane już Bohemian Rhapsody. Seksu i narkotyków jest więc tyle, ile być powinno: panowie „zaliczają” po kilka chętnych kobiet dziennie w dowolnym miejscu i o dowolnej porze, piją na umór, wciągają wszystko, czego dusza zapragnie, i bawią się jak jeszcze nigdy w życiu. Brud, choć niektóre skandale zespołu jedynie sygnalizuje czy wręcz przemilcza, wie, o kim opowiada i bierze za to odpowiedzialność. To czwórka popaprańców, którzy za nic mają sobie przyzwoitość.

the-dirt-netflix-2019-3-daniel-webber

Każdy z tych „dżentelmenów” dostaje zresztą swoje pięć minut. Żaden z nich nie wysuwa się na pierwszy plan, a Tremaine pozwala wszystkim przemówić dzięki pojawiającej się od czasu do czasu narracji zza kadru prowadzonej przez któregoś z członków zespołu, a także łamiącym czwartą ścianę zwrotom wprost do kamery. Poznajemy w końcu historię grupy i poczucie kolektywu, który nie będzie ciągnięty przez jednego lidera, jest tu wyraźne. Podobnie jest z aktorstwem — Douglas Booth, Daniel Webber, Iwan Rheon i Colson Baker wspólnie wypadają solidnie i choć nie są to role zbyt szczegółowo napisane, to wszyscy mają wystarczającą charyzmę, by nie zostać przyćmionymi przez kolegów. Może warto jedynie odrobinę wyróżnić ostatniego z wymienionych panów, rapera znanego również jako Machine Gun Kelly, który w roli perkusisty Tommy’ego Lee zdaje się czuć szczególnie komfortowo.

Nie da się zaprzeczyć, że Mötley Crüe to zespół w wielu aspektach specyficzny, doskonały reprezentant muzyki rockowej lat osiemdziesiątych. Film o tego rodzaju grupie okazuje się jednak najzwyczajniejszy w świecie. Poznawanie się członków zespołu, tworzenie nazwy i loga, drobne wewnętrzne utarczki, droga na sam szczyt, sława i pieniądze, bolesny upadek i kłótnie, morał — wszystko na swoim miejscu. Brud jest dokładnie skrojony według schematu i chociaż nie ma żadnych szczególnych potknięć przy realizacji tegoż, to nie znajdziemy również niczego, co zapadłoby w pamięć na dłużej. Ot, kolejny biopic, tyle że odważniejszy. Dziwne jest natomiast to, że w filmie o karierze zespołu muzycznego tak mało miejsca poświęcono właśnie muzyce. Utwory Mötley Crüe pobrzmiewają co prawda w tle, jest też kilka scen koncertów, ale nieustannie ma się poczucie, że to wciąż tematyczny drugi plan. Chwilami sprawia to wrażenie niewystarczającej obecności twórczości grupy, a w tego rodzaju filmie to spore niedociągnięcie.

douglas-booth-nikki-sixx-dirt-2

Najciekawiej jest wtedy, gdy wspomniany wyżej punkt – „bolesny upadek i kłótnie” – na liście do odhaczenia zaczyna się rozwijać. Wtedy muzycy schodzą z oblepionego fankami piedestału, mierzą się ze swoimi demonami i upadają na samo dno, by później upaść jeszcze niżej, niekoniecznie z powodu własnych przewin. Chociaż jest to oczywiście znany element fabularnej drabinki będący jednocześnie jednoznaczną przestrogą, to wypada on na ekranie równie szczerze, co wcześniejsze sceny dzikich imprez. Członkowie Mötley Crüe, kontrolujący przecież proces powstawania Brudu, nie usprawiedliwiają się. Mówią: „byliśmy głupi i robiliśmy niewybaczalne rzeczy, które o mało co nas nie zniszczyły”.

Jakkolwiek ekstrawagancki był wizerunek Mötley Crüe, a ich kariera bogata w kontrowersje, tak film o nich opowiadający, Brud, właściwie nie ma do zaoferowania niczego przykuwającego uwagę. To przyzwoity film biograficzny, z kilkoma mocniejszymi punktami w postaci choćby aktorskich występów czy bezkompromisowego podejścia do pokazywania rockandrollowej rozpusty. Dla fanów twórczości amerykańskiej grupy i rocka w ogóle może okazać się względnie interesującym doświadczeniem. Innym grozi dość szybkie zapomnienie o seansie.

Dawid Konieczka

Dawid Konieczka

W kinie szuka przede wszystkim kreatywności, wieloznaczności i autentycznych emocji, oglądając praktycznie wszystko, co wpadnie mu w ręce. Darzy szczególną sympatią filmy irańskie, science fiction i te, które mówią coś więcej o człowieku. Poza filmami poświęca czas na inną, mniej docenioną sztukę gier wideo, szuka fascynujących książek, ogląda piłkę nożną, nie wyrasta z miłości do paleontologii i zastanawia się, dlaczego świat jest tak dziwny. Próbuje wprowadzać do swojego życia szczyptę ekologii, garść filozofii i jeszcze więcej psychologii.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA