search
REKLAMA
Recenzje

BŁĘKITNA STAL. Siła magnum, pomyłki serca

Tomasz Bot

26 maja 2019

REKLAMA

Jamie Lee Curtis jest ekstra. Może dlatego, że uśmiecha się naturalniej niż panie w sztywnych dybach botoksu. Może dlatego, że grała, i to kapitalnie, u Carpentera (Mgła, Halloween). A może dlatego, że jest na ekranie pozbawioną zadęcia dziewczyną z sąsiedztwa, która – bez żadnych tanich sztuczek – zawłaszcza naszą uwagę, a będąc tą pierwszą, wciąż pozostaje trójwymiarową kobietą. I chociaż w internecie ludzie piszą, że ma końską i męską urodę, są to dla mnie opinie z płaskiej ziemi. Dziś o nieoczywistym thrillerze z udziałem Curtis, zrealizowanym w 1989 roku przez Kathryn Bigelow. Jednym z tych dalekich od doskonałości obrazów, które jednak przykuwają do ekranu. Oto ówczesna żona Jamesa Camerona za kamerą i dawna królowa krzyku przed nią w dziwnie odstającym, ale pełnym napięcia kinie.

Megan, młoda policjantka, pierwszego dnia służby zabija bandytę, który napadł na sklep z bronią w ręku. Świadek zdarzenia, Eugene – na co dzień makler – zabiera ze sobą klamkę przestępcy, przez co kobieta ma poważne problemy z wydziałem zabójstw. Nowy właściciel rewolweru zabija z niego człowieka. Jego poczucie mocy wzrasta. Odtąd Eugene nie tylko umieszcza na śmiercionośnych kulach imię i nazwisko Megan, ale też, przeżywając fascynację jej osobą, dociera do kobiety i zaczyna się z nią umawiać.

Większość obrazów reżyserki wydaje się nie tylko opowiadać o facetach, ale też kręcona jest z pozycji kojarzonej z męskim punktem widzenia – co nie do końca odpowiada prawdzie, bo znajdziemy w jej produkcjach też sceny czy postaci niuansujące obraz obu płci. Jej bohaterowie szukają silnych wrażeń i zbliżają się do mroku. W nakręconym o rok wcześniej Blisko ciemności czy późniejszym Na fali  nie brakowało krwi, wrzasku i ostrego języka. Swoją drogą lubię brzmienie i znaczenie angielskich tytułów reżyserki; są mocne i nie przynudzają – jak jej kino. Do czasu Wroga numer jeden Błękitna stal była jedynym dziełem Bigelow z kobietą w roli głównej. Tutaj także – mimo czołowej kreacji Curtis – zdaje się wybrzmiewać męski pierwiastek twórczyni. Dostajemy cierpki thriller z gnatami, krwią i twardymi glinami, opowiadającymi kawały o makabrycznym fellatio. Ale to tylko przy pobieżnym spojrzeniu. Tak naprawdę na ekranie dzieją się rzeczy wykraczające poza sferę zainteresowań sztampowego kina typu policja vs. świry, a tym samym typowo “męskiego” dreszczowca.

Zaczyna się od scen makro z rewolwerem w zimnych kadrach, prezentującym się niczym zobojętniała, ale pociągająca kokainowa modelka. Obiekt przyciąga wzrok połyskliwą elegancją i budzi napięcie – a Bigelow ma naszą uwagę. Broń oznacza brutalną siłę i władzę; rzuca na tyle duży urok, że nawet część pacyfistów lubi kino akcji albo pociąganie za spust w grach komputerowych. “Zawsze chciałam strzelać do ludzi”, mówi Megan do kolegi, opowiadając o powodach zostania gliną. OK, żart – ale nie do końca. Jej partner chwilę wcześniej przyznaje, że wstąpił do policji, bo od zawsze wiedział, że mundurowym się nie podskakuje. A więc mamy tu podział: silna kasta z prawem do zabijania i słaba masa mająca pełne prawo bać się tej pierwszej. Potwierdza to scena, w której zainteresowany bohaterką facet odsuwa się lękliwie, słysząc słowo “policjantka”.

A fetysz broni, który jest widoczny u twórców filmu od pierwszych scen, nie ustępuje w niczym fascynacji psychopaty. Bigelow, w przeciwieństwie do wielu innych twórców, pozostaje świadoma – fetyszyzuje, wiedząc, że to robi. Strzały z rewolwerów brzmią tu zresztą jak strzały z armaty, kule ciskają ludźmi jak kukiełkami; sporo w tym tytule slow motion na temat tego, jak się lata czy upada, kiedy rażą nas naboje. Bigelow pozwala wybrzmieć mocy gnatów. I dość jasno wskazuje, że bohaterka – choć nie jest psychopatką – coś sobie tą bronią załatwia. Chodzi prawdopodobnie o trudną sytuację rodzinną, w ramach której pojawiała się męska przemoc. Megan – zaryzykuję taki strzał – musi kogoś rozwalić. Zyskać moc, kontrolę, wyładować złość. Przy czym swoją potrzebę skrywa pod mundurem i literą prawa, a makler zabija, bo chce być ponad masami. Nie interesują go ludzie ani skrywanie swoich potrzeb za intencją serve and protectWybrzmiewa to, kiedy zabiera on policjantkę na nocny lot helikopterem – będąc z nią nad miastem, ma poczucie, że świat należy tylko do nich, nie do małych punkcików gdzieś na ziemi. Kapitalne sceny z nerwowej giełdy (ukazanej jako męska dżungla wypełniona hałasem) wskazują jasno, że facet jest wielkomiejskim drapieżnikiem. Żyje na wysokim poziomie, ze świata bierze tylko to, co mu odpowiada. Jest sam. Kobieta także funkcjonuje na uboczu, a atrybuty władzy przy pasie też czynią ją kimś ponad.

Gdy Megan poczuje się przy mężczyźnie bezpiecznie, a on okaże się świrem, będzie to już kolejny facet, który ją zawiódł. Nic więc dziwnego, że im bliżej końcówki, tym dziwniejszy staje się film. Jakby względnie realistyczny thriller zaczął przechodzić w western, w którym musi – bez względu na literę prawa, innych ludzi, wszelkie okoliczności – dojść do pojedynku. I Bigelow każe Megan podnieść rękawicę. Zamienić się w drapieżcę i mściciela. Kobieta chce odstrzelić Eugena za swoją krzywdę i zabójstwo swej przyjaciółki. A Nowy Jork – parki, ulice – staje się areną bitwy między nią a jej skrzywionym adoratorem. Policjantka nie jest wtedy kreowana na seksownego wampa jak, powiedzmy, Pamela Anderson w Żylecie czy bohaterka Kalibru 45. Wygląda na wycieńczoną, ale zdeterminowaną, by opróżnić magazynek i zostawić jego zawartość w ciele maniaka. Reżyserka uszczupla fabułę; zostają twarze ściągnięte napięciem, ogień bijący z luf, kule, które w slow motion rozrzucają drobiny materii.

To, co męskie i żeńskie, przenika się tu. Megan – ze swoją nieco chłopięcą urodą – jest sportretowana jako wielowymiarowa kobieta, co nie wyklucza srogiego odwetu z jej strony. Makler – do pewnego momentu – uosabia troskę, ciepło i wyrozumiałość. Sprawia wrażenie samotnego romantyka. Jednak w końcu ujawnia swe szaleństwo, sugerując zresztą, że on i dziewczyna są w środku tacy sami. Czy także dlatego, że ma rację, musi zostać przez nią “zdjęty”? Kilka scen wypada tu trochę tanio, jakby kawę na ławę wykładano w naprawdę wielkiej filiżance czerwonego koloru. Kiedy Eugene z błyszczącymi oczami prosi kobietę – już w sytuacji dużego napięcia erotycznego – by potrzymała broń na jego oczach, można jednak westchnąć z pewnym politowaniem. Podobnie ryzykowne są sekwencje, w których świr smaruje swoje ciało krwią lub zaczyna rozmawiać z Bogiem, najwyraźniej przemawiającym w jego głowie. Poza tym wraz z rozwojem akcji mężczyzna coraz bardziej upodabnia się do wilkołaka – zgarbiony grasuje po parku, co jednak rozbija konwencję policyjnego thrillera (który, jak już wspomniałem, i tak zaczyna przypominać W samo południe). Kupowałem tę postać jako protoplastę Patricka Batemana z American Psycho, ale odpałowa dosłowność drugiej części seansu pogrąża tego bohatera. I chociaż na poziomie symboli całość nadal działa, to na poziomie widowiska filmowego zaczyna być po prostu dziwnie.

Curtis jest tu kapitalna. Bez jej energii i naturalności historia puściłaby w szwach. Cechy obu płci przenikają się w niej tak interesująco, że pewnie co drugą sekwencję lub ujęcie można tu podciągać pod problematykę genderową. Zarazem jednak “z wierzchu” aktorka gra zwykłą osobę, której pewnie czasami wysypią się ziemniaki z siatki w drodze z marketu do domu. Trudniej jest ocenić kreację Rona Silvera. Jest to aktor, którego role w Bycie czy Strażniku czasu wspominam całkiem dobrze, ale nie da się ukryć, że to żaden wymiatacz. Tutaj z jednej strony wnosi sporo niepokojącej energii, z drugiej – jego “świrowanie” ociera się o autoparodię. Byłoby znacznie ciekawiej, gdybyśmy nie byli pewni, co dokładnie kieruje mordercą. “Gorąca linia” z Bogiem podczas ćwiczeń fizycznych nie dodaje mu powagi. Równie nieprzekonująco wygląda jego wizyta u rodziców Megan – nie tylko nie trzyma w napięciu, ale też wygląda na zrealizowaną bezmyślnie i po macoszemu. I o ile kontrowersyjne odrealnienie końcowych partii filmu ma dla mnie sens, o tyle część sekwencji z maklerem (jak choćby scena gwałtu) razi nieudolnością. Ale może taki urok reżyserki? Pamiętam, że Dziwne dni  i Blisko ciemności kupowały mnie soczystym klimatem, ale studziły (zwłaszcza ten drugi) fabularnymi spadkami formy.  

Nie wszystkim spodoba się fakt, że kamera rozkochana tu jest w kręceniu twarzy bohaterów z bliska. Dzieje się to w filmie nagminnie i chwilami przypomina fiksację Sergia Leone na punkcie jeszcze większych najazdów na oczy czy pory skóry. Osobiście lubię przyciężkawy, mocny styl Bigelow. 

Reżyserka dobrze wie (i umie to pokazać), że im więcej strachu i napięcia dookoła, tym większy głód bliskości, ale też seksu, rozładowania. Stąd mocne fluidy najpierw pomiędzy Megan a Eugene’em, a potem między nią a Nickiem, gliniarzem, który pomaga jej rozwikłać sprawę. Te drugie doprowadzą do całkiem naturalnej, nieprzekombinowanej sceny erotycznej. Swoją drogą, Nick jest początkowo ordynarnym bucem, ale okazuje się to być tylko macho-nakładką, pewną konwencją wynikłą z faktu, że pracuje w wydziale zabójstw, a nie jako autor książek o odpuszczaniu i slow life. Kiedy uwierzy dziewczynie, będzie dla niej ryzykował życiem. To on stanie się jej prawdziwym opiekunem. Grający glinę Clancy Brown (pamiętny Kurgan z Nieśmiertelnego) to aktor na tyle charyzmatyczny i wyrazisty, że z miejsca winduje film o pół gwiazdki w górę. W roli naćpanego zbira błysnął niezawodnie niegrzeczny Tom Sizemore, tutaj bogato korzystający z doświadczeń prywatnych.

Pomimo niemałych wad jest to interesujące kino. Mroczne, porządnie wystylizowane. Reżyserka umie kręcić tak, żeby widz nawdychał się gęstego klimatu. Świetnie filmuje ulicę, która jest u niej niebezpieczna i pociągająca jednocześnie. Czuć tu ten specyficzny wielkomiejski klimat, w którego tworzeniu celowali bracia Ridley i Tony Scottowie – powietrze pełne dymu, napięcia, ze smugami światła wpadającego do pomieszczeń. Jest duszno i wiesz, że coś gdzieś zaraz… wystrzeli. Świetne zdjęcia i bardzo dobra –  metaliczna i oszczędna – muzyka Brada Fiedela (twórcy ilustracji do Terminatora; Bigelow i Cameron lubili sobie podrzucać współpracowników) czynią z Błękitnej stali mocną pozycję.

Ten wyprodukowany przez Olivera Stone’a tytuł okazał się klapą. Może był zbyt niejednoznaczny dla masowej publiki. Może zbyt nierówny. Ja jednak cenię Błękitną stal, bo to solidny kawał filmowego gnata. Nie trafia w dziesiątkę, jest trochę przyciężkawy, ale budzi we mnie jakiś dziwny szacunek. Scenariusz napisał Eric Red, mający w CV historię do Autostopowicza – także pełnego niedopowiedzeń, z nieoczywistą relacją między maniakiem a jego ofiarą. To na planie Błękitnej stali James Cameron zaczął rozmawiać z Curtis na temat projektu Prawdziwe kłamstwa.

REKLAMA