VHS

KALIBER 45. Piękna zemsta

Ostre kino Abla Ferrary ze zjawiskową Zoë Lund.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Nie lubię filmów Abla Ferrary. Męczą mnie. Nie dlatego, że są pełne brudu, depresyjne, napakowane toksycznymi relacjami, przemocą i dragami. Chodzi o to, że nie wierzę twórcy, który pulpowym scenariuszom próbuje nadać rangę powieści Dostojewskiego. A ja, patrząc na bohaterów nurzających się w występku i rozpuście, i tak mam poczucie, że fabularnego ciężaru jest tu znacznie mniej niż chęci szokowania. Przeciągnięte, pełne pretensji i manieryczne kino. Depresyjni kilerzy lub zblazowane gwiazdy, oddające się zimnym kontaktom seksualnym i wgapiające się w dno estetycznych szklanek lub wąchające z lusterka w okularach przeciwsłonecznych. Tak widzę typowy obraz reżysera – i nawet dla Króla Nowego Jorku czy Złego porucznika mam niewiele cierpliwości, a Uzależnienie raczej szanuję, niż lubię. Dobrze wspominam tylko Kaliber 45, drugi film twórcy po dość nudnym shockerze Zabójca z wiertarką. Tutaj Ferrara pokazał się z jak najlepszej strony, tworząc mocne kino zemsty z niebanalną i wyjątkowo piękną bohaterką.

Nowy Jork. Thana – młoda, wyobcowana niemowa – pracuje w szwalni. Pewnego dnia dwukrotnie zostaje napadnięta i zgwałcona. Jednego z napastników zabija, przejmując jego pistolet. Od tej pory wszyscy mężczyźni stają się jej wrogami. Każdy, kto w jakikolwiek sposób zagraża jej lub innym kobietom, może liczyć na kulkę.

Obraz należy do niesławnego nurtu rape and revenge, obok takich tytułów jak Pluję na twój grób czy Thriller: A Cruel Picture, w którym heroiną zemsty także była niemowa. Kaliber 45 to kino eksploatacji, a celem gatunku było konfrontowanie widza z tym, co ciężkie, brutalne i odstręczające. Lub niezdrowo podniecające – gdyż wielu twórców tego typu filmów było oskarżanych o żerowanie na najniższych instynktach. Kaliber 45 – choć rozpoczęty scenami szokującymi i przygnębiającymi – okazuje się ostatecznie znacznie lżejszy, niż moglibyśmy przypuszczać, biorąc pod uwagę zarówno filmografię reżysera, jak i samą eksploatację. Co nie znaczy, że w końcu poczujemy się jak w Nowym Jorku od Woody’ego Allena…

Po pierwsze, ten film ogląda się naprawdę dobrze. Jest zwarty, solidnie nakręcony i angażujący. Reżyser postanowił pobawić się motywem zemsty, nie traktując go śmiertelnie serio, ale też nie dając widzowi zapomnieć, że bohaterka przeżyła traumę. Tym, co nadaje produkcji świeżość, witalność i siłę wyrazu – wszystko to, czego zabrakło mi w późniejszych produkcjach Ferrary – jest Zoë Lund. Aktorka (17-letnia w momencie produkcji) może rozkochiwać w sobie obie płcie i wszystkie nacje. Roztapiać lodowce. Wygląda zjawiskowo, co może budzić kontrowersje, bo z jednej strony reżyser empatyzuje ze skrzywdzoną bohaterką, a z drugiej – fetyszyzuje ją. Decydując się na „oczyszczanie” Nowego Jorku z nachalnych i agresywnych facetów, bohaterka znajduje w sobie urodzoną wojowniczkę. Przechodzi także przemianę fizyczną. Jej barwy wojenne to zmysłowe czarne stroje, wysokie błyszczące buty, czerwona szminka. Thana, wcześniej wyglądająca jak skromna pracownica biurowa, staje się wampem. Kulminacją przemiany jest jej popisowy strój z końcówki filmu. Kobieta przebiera się za zakonnicę. Czerwone usta, czerwone paznokcie, czarne podwiązki. Do tego wielkie usta i równie wielkie czarne oczy, błyszczące dziką pasją. Jeśli umrzeć, to tylko z tej ręki. Eros i Tanatos działają w końcówce szczególnie mocno i blisko siebie.

Tym, co nadaje produkcji świeżość, witalność i siłę wyrazu - wszystko to, czego zabrakło mi w późniejszych produkcjach Ferrary - jest Zoë Lund.

Lund – podobnie jak Ferrara – mocowała się w życiu z uzależnieniami oraz problemami wiary. Zmarła młodo. Więcej o tej niezwykłej postaci pisała tutaj Katarzyna Kebernik. Aktorka stanowi tu wcielenie ambiwalencji – zmysłowa, zabójcza, w jakiś sposób niewinna, a jednocześnie pogubiona w swej zemście. Łatwość, z jaką zabija mężczyzn, równa jest bowiem łatwości, z jaką oni przekraczają jej granice nietykalności. Do tego wciąż pozostaje kobietą-dzieckiem.

Nowy Jork wygląda tu jak światowa stolica chuci spuszczonej z kagańca. Śliskie spojrzenia i niedwuznaczne uwagi płyną zewsząd. Mężczyźni przypominają drapieżców na polowaniu. Działają w pojedynkę lub grupach, stosują różne metody. Jednak cel mają podobny. Eros jest u Ferrary zbrukany. Wszechobecny jak walające się wszędzie śmieci. I ciemny jak zaułki, które reżyser z lubością filmuje.

Tak, jest brudno i ciężko. Miasto przygniata; skrywa popaprańców i sadystów. Pozbawia wiary w ludzkość i uczucia wyższe. To Nowy Jork Paula Kerseya z Życzenia śmierci i Travisa Bickle’a z Taksówkarza. Zresztą dziewczyna bawi się bronią przed lustrem trochę jak ten drugi. Czuć też, że mogliby się tu mijać na ulicach. W ramach swej świętej wojny Thana – podobnie jak postać grana przez De Niro – coraz bardziej potrzebuje rozładowania w „ostatecznej konfrontacji”. Dla Travisa staje się nią końcowa strzelanina z mętami, dla niej – rozróba na przyjęciu halloweenowym. Oboje zdają się nie dbać, czy wrócą z tej „misji” żywi. Oboje są równie wyobcowani i nieszczęśliwi. Choć Travisa łatwiej jest nam zrozumieć – słyszymy jego głos z offu. Thana nie ma możliwości przemówić. Reżyser nie podpowiada nam, co się dzieje w jej wnętrzu. Wiemy tylko, ile wycierpiała niedawno, rozumiemy jej obrzydzenie ordynarnym panseksualizmem, ale na subtelniejszym poziomie pozostaje dla nas niewiadomą. W ten sposób jest raczej zmysłowym, intrygującym wcieleniem śmierci niż trójwymiarową osobą. Mamy tu kino dosłowne w obrazowaniu życia metropolii, a jednocześnie symboliczną fantazję o aniele, który będzie większy i piękniejszy niż świat, który oczyszcza.

A film, startujący z poziomu szorstkiego realizmu, wieńczy niesamowita strzelanina w slow motion. Pewna dziwnej, nieziemskiej energii. Z wystrzałami, które brzmią jak gromy. Z Thaną pełną mocy i pewności, jakby przemawiały przez nią pierwotne siły wykraczające poza jednostkową historię. Scena stanowi perełkę samą w sobie – i apogeum fetyszyzacji głównej bohaterki. Przypomina nam też, że Tanatos znaczy „śmierć”…

Lund wspominała o swojej roli w kontekście rewolucji społecznej i oddania głosu wszystkim wykluczonym. Takie tropy są w obrazie jak najbardziej obecne, a z drugiej strony przecież równie łatwo można się tu dopatrywać znamion rozrywki na podbiciu z mocnej, chwilami szokującej treści – jak to bywa w filmach eksploatacji (vide: Elza – Wilczyca SS). Tak czy siak, mamy tu jeden z mniej oczywistych tytułów nurtu. Niepoddający się łatwo jednoznacznej ocenie, daleki od gładkich hollywoodzkich standardów, ale i pozbawiony prymitywizmu co bardziej lichych eksploatacji. Z domieszką humoru, który obecny jest zarówno w obrazie sąsiadki Thany – wścibskiej staruszki – jak i podejściu reżysera do „odstrzału” mężczyzn. Jest ono lżejsze i bardziej sportowe, niż można by się spodziewać, tak jakby Ferrara bił brawo przy każdym „zdjętym” samcu, nawet jeśli dziewczynie zdarzy się trochę zapomnieć w naciskaniu spustu…

Chociaż oglądamy historię o gwałcie i opętańczym odwecie, to gdzieniegdzie w Kalibrze 45 przenika trochę światła. Choćby w końcowej scenie, sugerującej, że morderczy szał miał jednak swoje granice…

Mocne zdjęcia, adekwatna dla ponurej historii muzyka (pulsująca, szarpana, trochę w klimacie no wave – nihilistycznego nowojorskiego grania tamtej epoki), zaskakująco pewna ręka reżysera, który „błysnął” tu też rólką zamaskowanego gwałciciela, dały nam niecodzienne, nieoczywiste kino. Proste, nieprzekombinowane i mocne. Ale powtarzam: jądrem tego thrillera jest Lund. Jedna z najbardziej niesamowitych mścicielek kina. I najpiękniejsza zakonnica, jaką widziałem – z tych filmowych i nie tylko.

Ostatnio dodane