Recenzje

Splat!FilmFest 5: COLOR OUT OF SPACE. Nicolas Cage w paszczy Lovecrafta

Krwawa, anatomicznie niepoprawna zabawa, daleka od posępności Lovecrafta, ale ze sporą dawką b-klasowej wyobraźni i energii.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Nicolas Cage w paszczy Lovecrafta

Z H.P. Lovecraftem w kinie jest tak, że mało która ekranizacja jego prozy zachowuje wierność tak fabularną, jak i stylistyczną. Przez styl mam na myśli atmosferę spotkania z nieznanym tak dalece nieludzkim, że musi ono prowadzić do paranoicznego lęku oraz kapitulacji zmysłów. Jak jednak pokazać coś, co wymyka się ludzkiemu poznaniu? Słynny pisarz potrafił ze szczegółami opisać wszelkiego rodzaju okropieństwa i bezeceństwa, jednocześnie utrzymując czytelników w przekonaniu, że gdybyśmy zobaczyli to na własne oczy, nasz umysł nie dałby rady udźwignąć tych obrazów. Nic więc dziwnego, że kino boi się Lovecrafta, a kolejne próby zmierzenia się z jego wyobraźnią kończą się na ogół porażką. Do najlepszych i najwierniejszych ekranizacji należy zdecydowanie ponury Dagon Stuarta Gordona, ale inny, wydawać by się mogło, równie dosłowny przekład, czyli Wskrzeszony Dana O’Bannona, kompletnie nie radzi sobie z materiałem źródłowym.

Są też ekranizacje mniej wierne Lovecraftowi, ale zaskakująco udane, gdyż zamiast próby przeniesienia tej samej trwogi wobec potęgi nieznanego zadowalają się makabrycznym widowiskiem z hektolitrami wylanej krwi oraz groteskowymi efektami specjalnymi. Ta przesada prowadzi do śmieszności – najlepszymi przykładami tego są Re-Animator oraz Zza światów, oba w reżyserii Gordona. Również najnowszy film Richarda Stanleya, Color Out of Space, należy zaliczyć do tych w gruncie rzeczy chlubnych wyjątków kina według Lovecrafta, które przetwarza motywy z jego twórczości, uzupełniając je o zdrową dawkę B-klasowej wyobraźni i energii.

Pięcioosobowa rodzina Gardnerów zamieszkuje posiadłość znajdującą się na leśnych terenach w okolicach Arkham. Matka ma raka, ale stara się, aby nie widać było po niej objawów choroby, nieco zdziwaczały ojciec prowadzi dom i gospodarstwo tak dobrze, jak tylko umie (czyli różnie), a trójka ich pociech zajmuje się własnymi sprawami – najstarszy Benny najczęściej chowa się przed wszystkimi, aby móc wypalić zioło, jego siostra Lavinia fascynuje się zaklęciami i magią, zaś kilkuletni Jack-Jack jest zwyczajnym, ciekawym wszystkiego dzieckiem. Pewnej nocy w okolicach domu Gardnerów ląduje emanujący różowym blaskiem meteoryt, który wkrótce wpływa na wszystkie żyjące organizmy, począwszy od roślinności, na ludziach skończywszy.

Ta ekranizacja Koloru z przestworzy (lub Koloru z innego wszechświata, posługując się nowszym tłumaczeniem) jest pierwszą fabułą Stanleya od ponad ćwierć wieku. Reżyser kultowego dreszczowca science fiction Hardware bierze się za bary z jednym z najsłynniejszych utworów Samotnika z Providence, ale intencje filmowca nie od początku są jasne. Jeszcze sam prolog, z narracją zza kadru wziętą bezpośrednio z kart literackiego oryginału, obrazami lasu emanującymi tajemnicą oraz późniejszym mignięciem okładki Wierzb Algernona Blackwooda, innego klasycznego opowiadania grozy, sugerują horror w zgodzie z duchem Lovecrafta. Dzięki zabiegowi umieszczenia rodziny Gardnerów w centrum wydarzeń (i rezygnacji z narracji osób trzecich, jak to miało miejsce w pierwowzorze) opowieść nie jest tak chłodna, obca i nastawiona na efekt szokowania kolejnymi makabrycznymi rewelacjami, ale odznacza się zaskakującą empatią. Trudno nie lubić głównych bohaterów, trudno im również nie współczuć, kiedy zaczyna ich dotykać jedna tragedia za drugą. Jednocześnie grający głowę rodziny Nicolas Cage od samego początku nadaje swojej postaci ekscentryczny rys, który wraz z rozwojem fabuły jedynie się pogłębia – nim minie półmetek projekcji, jego bohater stanie się równie szalony i nieprzewidywalny, jak i sam film.

Od momentu kiedy ukochane przez pana Gardnera alpaki ulegają mutacji, a cała okoliczna flora zamienia się w kłujący w oczy różowo-fioletowy koszmar, Color Out of Space już kompletnie zrywa z posępnością literackiego oryginału na rzecz pstrokatego horroru, który swą siłę dostrzega w mnożeniu coraz to bardziej osobliwych pomysłów. Niepokojące, a nawet szokujące obrazy służą B-klasowej zabawie, a spuszczony ze smyczy Cage jest jednym z lepszych efektów specjalnych filmu. Trochę szkoda, że Stanley od samego początku pozwolił aktorowi na szarżę, gdyż tak naprawdę trudno stwierdzić, w którym momencie jego bohater poddaje się mocy „koloru z innego wszechświata”.

Oglądany na dużym ekranie film robi piorunujące wrażenie swą stroną wizualną, zrobioną raczej za niewielkie pieniądze, które zostały umiejętnie spożytkowane. Ciemność nocy jest idealnym tłem dla tytułowego koloru, którego niszczycielska siła wydaje się nie mieć jakiegoś konkretnego celu poza zmianą wszystkiego, co wokół, na własne, szalone podobieństwo. Równocześnie cała druga połowa filmu jest obrazem szybkiego rozkładu, nie pozostawiając bohaterom zbyt dużego pola działania. To, co się ostało z Lovecrafta, to nieustępliwość całego procesu i konstatacja, że w obliczu kosmicznej grozy – niezrozumiałej i nieludzkiej – jesteśmy całkowicie bezbronni. Również forma musi ulec deformacji – przyczynowo-skutkowość zostaje zastąpiona logiką koszmarnego snu, gdzie bohaterowie podejmują głupie decyzje. Tych pod koniec jest cała masa, choć, jeśli się uprzeć, można je usprawiedliwić działaniem nieziemskiej siły.

Tripowa wręcz forma pasuje do wcześniejszych dokonań Stanleya – cyberpunkowego Hardware oraz szamańskiego Dust Devil – przy czym jego nowe dzieło jest dużo bardziej rozrywkowe od tamtych filmów. Nie boi się śmieszności ani przesady, zadziwiająco dobrze radząc sobie również w momentach, które mają nas wystraszyć lub wprawić w osłupienie. Wszystko to jest mocno B-klasowe, niemal bezwstydne, trochę za długie, a im bliżej finału, tym coraz bardziej niezborne. Ale kto lubi krwawą, anatomicznie niepoprawną zabawę w stylu Re-Animatora, ten nie pożałuje.

Ostatnio dodane