Felietony - Cykle
Q: NADCHODZI BURZA. TRUMP jako symbol intelektualnego obciachu?
„Q: NADCHODZI BURZA” to prowokujący dokument, który bada wpływ teorii spiskowych oraz fenomenu Trumpa na współczesne społeczeństwo.
A może nie tylko? Więc Donald Trump jako niebezpieczna inspiracja i symbol jednej z największych i masowo oddziałujących na ludzką świadomość prawicowych teorii spiskowych na świecie? Osoba ta lub nawet cała grupa osób nazwała się „Q”. Jej pojawienie się na portalu 4chan, a potem 8chan, klasycznych internetowych śmietnikach w formie imageboardów, gdzie każdy może wszystko, dziwnym trafem zbiegło się z pewną wypowiedzią Trumpa, ale o tym zaraz. „Q”, inaczej zwany QAnonem, zapewne nie zasłużyłby sobie na dokument o poszukiwaniu własnej tożsamości, gdyby nie stał się guru dla milionów ludzi w USA popierających Trumpa i wierzących w przeróżne wyssane z palca paranaukowe teorie typu nieistnienie koronawirusa, tajny spisek Żydów czy hobby Hillary Clinton polegające na zjadaniu małych dzieci wpierw wykorzystanych seksualnie przez Toma Hanksa.
To wszystko oczywiście pod patronatem białego Jezusa. Poza tym wiara w „Q”, tożsama z traktowaniem Trumpa jako wybawiciela amerykańskiego narodu, sprowokowała wzrost ekstremistycznych reakcji w społeczeństwie białych, niedowartościowanych Amerykanów. To chyba wystarczy, żeby „Q” zasłużył sobie na film dokumentalny wyprodukowany przez HBO? Oczywiście, ten film zapewne jest spiskiem tajnego stowarzyszenia o nazwie „deep state”.
Zacznijmy jednak od początku. Dokument od HBO stara się dość krytycznie prześledzić, kim jest niejaki „Q” oraz co ideologia przez niego rozsiewana może powodować w życiu społecznym.
Co ciekawe, twórcy dokumentu wcale za wszelką cenę nie chcą udowodnić, że QAnon nie istnieje. On jest według nich jak najbardziej realny. To jedna osoba lub kilka. Raczej wąska niż szeroka grupa specjalistów znających się na socjotechnice, którzy odczuwają stricte chrześcijańską fiksację na punkcie Szatana, imperializmu USA i Donalda Trumpa. Jestem bardzo ciekawy, do czego doprowadzą poszukiwania w dokumencie HBO. Kim okaże się „Q”? O co tak naprawdę mu chodzi? A może był kimś konkretnym jedynie na samym początku, a teraz Internet przemienił go w zbiorową, spiskową świadomość? Gdyby tak było, można by to określić niesamowitym, wymagającym głębszych badań zjawiskiem stworzonym naturalną dynamiką sieci.
„Q” pojawił się po raz pierwszy na 4chanie. 4chan jest rodzajem imageboardu, tyle że mocno moderowanym. Może dlatego „Q” przeniósł się na 8chan, stronę o podobnym charakterze, jednak prawie bez moderacji. Stamtąd jednak też wyleciał, ale to długa historia wiążąca się z szyfrowaniem IP. Tablica, na której pojawił się „Q”, nosiła nazwę „Cisza przed burzą”. Stronę stworzył w 2013 roku Fredrick Brennan. Dostał nawet kiedyś wielką, niebieską literę Q, podobno od samego QAnona, co spowodowało liczne podejrzenia, że chory na wrodzoną łamliwość człowiek jest w istocie „Q”.
Twórcy dokumentu spotykają się z kilkoma administratorami tzw. tablic na różnych portalach, chcąc zbadać, kto z nich miał najbardziej realny kontakt z „Q”. Forsują, przynajmniej na samym początku, teorię, że „Q” po raz pierwszy został wspomniany nie wprost przez Donalda Trumpa na konferencji prasowej 5 października 2017 roku. Trump mówił wtedy o tajemniczej „ciszy przed burzą”. Zapytany przez jedną z dziennikarek, co miał na myśli, enigmatycznie odpowiedział – „Zobaczycie”. No i w końcu zobaczyliśmy chryję na Kapitolu, gdy Trump nie potrafił zabrać swoich zabawek i z honorem ustąpić.
Fenomen zaistnienia „Q” był możliwy tylko teraz, ponieważ bardzo duża grupa osób po prostu nie ufa źródłom mainstreamowym, a przy tym nie posiada dostatecznej wiedzy, by falsyfikować lub weryfikować dane zgodnie z zasadami logiki i naukami ścisłymi. Do nich trafia prosty przekaz – na świecie istnieje dobro i zło. Coś się szykuje. Przygotujcie się. Bądźcie gotowi. Jesteście potrzebni. Bez was nie damy rady. Zmienimy świat. Uczynimy go dla was i dzięki wam lepszym. Wszyscy winni będą siedzieć. Tego typu socjotechniczne podchody z zaimplementowanym mechanizmem społecznej odpłaty w stylu kodeksu Hammurabiego działają na wyobraźnię.
Na dodatek działa tu zasada wnikliwie opisana przez Petera Sloterdijka – powtórzenia. Każdy umysł wymaga właściwej sobie ich ilości, nim się złamie. Każdy z nas ma inaczej ten próg ustawiony. Niżej, wyżej, ale zawsze, niezależnie od inteligencji. Ludzie do tej pory niemający świadomości, że coś od nich może zależeć, prócz prozaicznego spuszczenia wody w toalecie, nagle uświadomili sobie, że jest inaczej, że ktoś w nich wierzy, pokłada nadzieje. Dla przeciętnego Amerykanina, w którego życiu owa przeciętność uczyniła go kapitalistycznie bezrozumnym elementem amerykańskiego snu, tyle że śnionego przez innych, bogatych, jest to kluczowa zmiana i może popchnąć do uwierzenia w cokolwiek, co daje możliwość przyjęcia innej, potrzebnej roli.
Irracjonalna potrzeba odczuwania przyjemności z tego, że się jest spełnionym człowiekiem, góruje nad racjonalnymi aspektami naukowymi np. w przypadku koronawirusa, HIV, spisku pedofilskiego czy pochodzenia Angeli Merkel pośrednio od lędźwi Hitlera.
To zrobił „Q” swoją grą bazującą na anonimowych wiadomościach i wrzutkach. Sprawił, że ludzie poczuli, że QAnon jest zawsze i wszędzie. Patrzy i tropi. A kiedy zobaczy kogoś, kto jest patriotą, od razu pokazuje go na forum publicznym, zapewniając mu sławę, budując jego ego, podobnie jak to zrobił Donald Trump na swoim wiecu wyborczym, kiedy wskazał jednego z widzów, bohatera dokumentu HBO. Gość ubrany w czapeczkę z napisem „Make America Great Again” był dosłownie wniebowzięty. Kiedy Trump na niego pokazywał, trzymał w rękach dużą literę „Q”. QAnon zareagował podobno po 6 minutach, robiąc wrzutkę do sieci ze zdjęciem.
O czym to świadczy? Że „Q” to Trump, jakiś jego psychopatyczny zwolennik lub członek grupy PR-owej, który do niedawna sądził, że prezydentura Trumpa spowoduje w USA prawdziwą rewolucję. Bardzo się jednak pomylił.
Co ciekawe, „Q”, ten wszechwiedzący gość, który podobno zna całą prawdę, zaczął się bawić z odbiorcami w dziwną grę, mocno osłabiając swoją wiarygodność. Skoro znał prawdę, czemu jej nie wyjawił? Jego wiadomości wyglądają jak kod, coś w rodzaju częściowego szyfru, który należy uzupełnić własną interpretacją. „Q” zawsze rysował tylko pewien kierunek, zgodny z oczekiwaniami prawicowo nastawionych osób, natomiast pozwalał im na uzupełnienie treścią swoich wiadomości.
Tak narodziła się narracja „Q” wykreowana przez tzw. Qtuberów, przeróżnej maści ludzi, których strach słuchać, kiedy człowiek stara się kierować zdrowym rozsądkiem, połączonych jednak pewnymi wspólnymi cechami prawicowej nowomowy. Istnieje spisek, w którego denuncjacje jesteśmy wszyscy potencjalnie zaangażowani. Z ciekawości postanowiłem zapoznać się z ich twórczością, jednak stopień wyabstrahowania ich teorii był tak duży, że po obejrzeniu kilku wrzutek odpuściłem. Tego nie da się słuchać, będąc przy zdrowych zmysłach. „Q” pozwolił, żeby jego teoria została zbudowana przez ludzi chcących za wszelką cenę zabłysnąć w Internecie.
Warto zauważyć, że głównie są to biali ludzie. Dokument HBO i moje własne poszukiwania informacji o „Q” tego dowodzą. Tych wszystkich interpretatorów „Q” łączy jeszcze coś – chorobliwa podejrzliwość. Trudno wyżej opisanych cech nie potraktować jak atrybutów socjopatii czy innej choroby psychicznej bazującej na efekcie manii. Twórcy produkcji HBO nie ukrywają, że są zwolennikami tej teorii, przynajmniej po dwóch opublikowanych odcinkach.
Według nich sam „Q” posiada cechy socjopaty, łaknącego uwagi jak np. seryjni mordercy, którzy na którymś etapie swojej morderczej działalności nie mogą się powstrzymać, żeby nie wchodzić w jakiś dialog z policją w formie znaków na ciałach, listów, mejli itp. Zresztą, kiedy się posłucha wypowiedzi np. Craiga Jamesa, opowiadającego o „Q” jak o kimś w rodzaju mesjasza prawdy oraz opisie drabiny jego wartości, przejawiającej się w wierze w Boga, Trumpa i posiadanie broni, łatwo zdefiniować, kim jest James i do czego może być zdolny, gdy odpowiednio pokieruje się socjotechnicznie jego czynami.
Heinrich Himmler w swoich pismach sugestywnie opisywał, kim byli i co motywowało członków Freikorpsu, nim stworzyli machinę nazizmu. Oni nie mieli pojęcia, czym może być nazizm, a jednak go wykreowali. Tak mi się tylko przypomniało.
Wychodzi na to, że ze względów bezpieczeństwa Donald Trump po prostu nie może powiedzieć, że światem rządzą satanistyczni pedofile, którzy torturują dzieci i piją ich krew. Musi walczyć z nimi skrycie, aż do momentu, gdy służby specjalne będą rzeczywiście gotowe, żeby za jednym zamachem wszystkich aresztować. Czyżby więc szturm na Kapitol był ważnym elementem Trumpowskiego planu uczynienia z Ameryki na nowo wielkiego państwa? Taka teza pada w dokumencie, zwłaszcza że Trump, co wspominałem wyżej, mówił o „burzy” i ludziach, którzy są jej siewcami. Coś chyba jednak nie wyszło, bo skończyło się, bądź co bądź, na bezprecedensowym, jednak szybko stłumionym, w sumie lokalnym wybryku grupy zdesperowanych chuliganów. Co teraz, „Q”? Sataniści znów wygrali.
Tak na marginesie ciekawy jest sposób myślenia jednej z Qtuberek. Wnioskuje ona, że skoro istnieje na tym świecie tajne sprzysiężenie pedofili jedzących dzieci, żeby się odmłodzić, to jest w stanie również uwierzyć, że Ziemia jest płaska. To chyba wystarczająco emblematyczny przykład, żeby uświadomić sobie, jak myślą zwolennicy Pizzagate, Trumpa i „Q”? Co do Pizzagate, której „Q” stał się piewcą i rozsadnikiem, z licznymi modyfikacjami, trzeba mieć szaloną wyobraźnię, żeby na podstawie kilku mejli Johna Podesty, w których często pojawiało się słowo „pizza”, wyobrazić sobie, że on wraz z Hillary Clinton w piwnicy lokalu „Comet Ping Pong” gwałcą małe dzieci.
I absolutnie nie twierdzę przy tym, że światowa siatka pedofilska i handel ludźmi, w który są zamieszani najbogatsi ludzie świata, łącznie ze źródłami w Hollywood, nie istnieją. Twierdzę tylko, że nie tak przeprowadza się wnioskowanie dowodowe, żeby owe procedery zdemaskować.
Gdzie idziemy, tam idziemy wszyscy! – motto „Q” wzięte z filmu Sztorm Ridleya Scotta. Jakże podobne do haseł wykrzykiwanych na wiecach wyborczych przez Trumpa.
Seans dokumentu Q: Nadchodzi burza uświadamia, w jakim mindfucku znalazła się amerykańska inteligencja, kiedy wybory wygrał Trump. Są tu pewne cechy wspólne z naszą, polską reakcją na wynik wyborów, pełną niezrozumienia, zdziwienia, zagubienia, niedowierzania, a wreszcie poczucia, że społeczeństwo cofa się w rozwoju. Mimo wszystko mamy szczęście w nieszczęściu, że nikogo takiego jak „Q” nie ma na naszym polskim rynku mediów. Sam zaś QAnon niezbyt się Polską interesuje, co powinno dać do myślenia naszym Amerykofilom, jak strategicznym dla USA jesteśmy partnerem.
To jednak nie oznacza, że foliarstwa u nas nie brakuje. „Q” wraz z Trumpem inspirują pewne co bardziej radykalne odłamy naszej prawej części strony politycznej, zatem warto być przygotowanym na postcovidowy wysyp teorii spiskowych, które będą rozgrzewać wynudzoną podczas pandemii wyobraźnię co poniektórych. Dekonstrukcjonista Trump oraz jego alter ego „Q” są więc nie tylko wyrazem intelektualnego obciachu. Nie docenia się tym określeniem ich podłego sprytu i siły dwulicowego oddziaływania. Q: Nadchodzi burza pokazuje, w jakie sidła wpadła Ameryka. Nasz Obajtek, Duda, Kaczyński, Sasin i reszta to lokalny pryszcz na naszym narodowym, przyzwyczajonym do zbierania cięgów zadku.
