Connect with us

Felietony - Cykle

KOSMICZNY MECZ nie był idealny i NIE PRZETRWAŁ próby czasu. O co się więc kłócić?

KOSMICZNY MECZ to nostalgiczna podróż do dzieciństwa, która w nowej wersji nie zdołała przetrwać próby czasu. Dlaczego warto o tym porozmawiać?

Published

on

KOSMICZNY MECZ nie był idealny i NIE PRZETRWAŁ próby czasu. O co się więc kłócić?

Często nowe wersje ulubionych produkcji z dzieciństwa psują nasze dziecięce wspomnienia. Ogromna w tym zasługa współczesnych twórców, którzy kierują się zupełnie innymi założeniami niż te obowiązujące 30 i 40 lat temu. Ale nie możemy ich obwiniać za to, że czas biegnie. Powinniśmy raczej uświadomić sobie, że wrażenia i emocje w odbiorze każdego rodzaju sztuki, kształtowane w wieku dziecięcym, będą wyglądać zupełnie inaczej niż te same wrażenia tworzone w dorosłości. Podobnie jest ze smakiem potraw. Stąd niektóre remaki nigdy nie przypadną nam do gustu i nie będzie to wina „indolentnych” współczesnych twórców, którzy „nie są tacy jak kiedyś” – to jeden z najgorszych argumentów, jakie można przytoczyć.
Advertisement

Kosmiczny mecz należy do tych produkcji, które w sensie technicznym próby czasu nie przetrwały. Remake jest potrzebny, chociażby po to, żeby nasze dzieci, nawykłe do zupełnie innego stylu prezentacji wizualnej, mogły nacieszyć się tą historią i nie wyrzucać nam, że namawiamy je do oglądania jakiegoś obciachowego boomerstwa. Czy jednak Warner Bros. nie robi sobie jaj z widzów, podejmując takie, a nie inne decyzje i wypuszczając je w medialny świat jeszcze przed premierą nowej wersji Kosmicznego meczu?

Najpierw głośno było o Loli, potem dostało się Pepe Le Swądowi, całkiem zresztą zasadnie, bo okazał się niezłym burakiem i zboczeńcem, tyle że swoje równościowe decyzje Warner podsumował ekwilibrystycznym kopniakiem we własne przyrodzenie, wstawiając postaci z Mechanicznej pomarańczy na widowni w Kosmicznym meczu: Nowej erze. Czar więc prysł. Nikt chyba już nie wierzy, że Warnerowi faktycznie zależy na edukacyjnym i uświadamiającym podejściu do wychowania dzieci. Kiedy pompował biodra i piersi Loli będącej tak naprawdę zwierzęciem, także o tym nie myślał. Wręcz przeciwnie. Najprostszym zabiegiem marketingowym była seksualizacja kobiecej bohaterki, bo to takie śmieszne, po męsku-troglodycku śmieszne, że nawet w króliku faceci będą widzieć obiekt, który najchętniej by wykorzystali, zrobili na pamiątkę zdjęcie, a potem umieścili je w swoim skrytym, zaszyfrowanym przed żonami fap folderku.

A przecież paradoksalnie Kosmiczny mecz nie jest filmem dla dorosłych, lecz dla dzieci. Skoro one nie zwróciłyby uwagi na wielkość piersi Loli, to po co tak akcentować kobiece atrybuty postaci? Żeby przerośnięci od siedzenia przed telewizorami z piwem w ręku tatusiowie się niezdrowo podniecali? No i proszę, czy ten opisany tutaj przeze mnie stereotyp obleśnego ojca, skłonnego do kierowania swoich seksualnych afektów nie tam, gdzie powinien, nie jest krzywdzący dla wszystkich mężczyzn? Zapewne jest.

Advertisement

No więc szanowni krytycy nowej wersji Kosmicznego meczu, pomyślcie o królicy Loli, która musi odgrywać pewien stereotyp kobiety jako obiektu seksualnego i to w filmie dla dzieci. Czy to nie jest stereotypowe (w wąskim kawałku ludzkiej kultury) i krzywdzące dla kobiet jako takich, a na dodatek dla dzieci?

Może jednak nie byłoby owych kłótni, gdyby pierwsza wersja filmu z Michaelem Jordanem nie obrosła taką kultowością. Krytyka filmów kultowych, z założenia funkcjonujących w świadomości widzów jako twory konstytuujące ich personalną wartość, jest równoznaczna z atakiem na nich, i to takim, który podaje w wątpliwość ich samoocenę. Inaczej taką postawę można niekiedy nazwać uleganiem kompleksom, ale wspominanie o kompleksach wywołuje równie żywiołowe reakcje, co mówienie o czyichś upodobaniach artystycznych. Zdarza się, że są to naczynia połączone. Często rykoszetem więc za krytykę dostają ci, którzy np.

Advertisement

ją stworzyli, nieważne przy tym, że pisali o filmie – skoro stał się on kultowy, to krytykując go, dawali w pysk miłośnikom danego tytułu. Takie reakcje w przypadku remake’u Kosmicznego meczu dodatkowo podsyciły krytykę zmian wizerunku Loli i całej reszty, niezależnie od wychowawczej i humanistycznej wymowy owych decyzji.

W przecenieniu nakręconego w latach 90. Kosmicznego meczu miał również niemały udział Michael Jordan oraz liga NBA jako taka. Film wykorzystał sławę zawodnika i widzowską miłość do kosza, dodatkowo wywindowaną na szczyt przez ciągle żywe wspomnienie występu Dream Teamu na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Pamiętam, że oglądałem mecze z wypiekami na twarzy, chociaż w rzeczywistości byłem pewien, że reprezentacja USA wygra bez trudu.

Advertisement

To otwarcie się na świat ligi NBA zaprocentowało rozsławieniem koszykówki na całym świecie. ZSRR nie zdołało Amerykanów powstrzymać, chociaż bardzo się starali, m.in. oprotestowując udział profesjonalnych zawodników w igrzyskach olimpijskich.

W tamtym czasie zatrudnienie Michaela Jordana było więc gwarancją sukcesu, niezależnie od tego, że pod kątem aktorskim Jordan wypadł słabo. Może nie byłoby to tak widoczne, gdyby nie zestawiono jego postaci z rzeczywistością kreskówkową. Profesjonalni aktorzy mają problemy, żeby odnaleźć się na planie, gdzie widać jedynie zielone tła i oplecionych czujnikami ludzi, co dopiero gracz NBA. Jordan musiał po prostu przetrwać, a przed ostateczną aktorską klęską ochroniła go legenda. I tak dotarliśmy do tego, co w Kosmicznym meczu najgorzej zniosło próbę czasu – do wizualnej jakości.

Advertisement

Jednym z wyznaczników dopracowania technicznego gier komputerowych, a także współczesnych bajek jest pewien szczegół, na który wielu nie zwraca uwagi – kontakt postaci z podłożem, picie z butelki, dotykanie przedmiotów itp. Generalnie chodzi o wchodzenie w interakcje ze światem przedstawionym. Postać nie może wyglądać, jakby była doklejona do tła. Picie z butelki nie może być tylko unoszeniem chyboczącego się kubka w dłoni i wychylaniem go w pobliżu ust, chociaż nie leci z niego żaden płyn.

Trawa pod wpływem kroków musi się uginać. We Władcy Pierścieni np. Gollum miał czasem z tym problem. Miotał się po szutrowym podłożu, a żaden kurz ani kamyk nie wzbijały się w powietrze. W mniej więcej 70–80 procentach gier komputerowych, w które grałem, ten element był zawsze w mniejszym lub większym stopniu niedopracowany, ale niektóre tytuły faktycznie wykazywały dbałość twórców o ten rodzaj realizmu, chociaż było i jest to wciąż ogromnie trudne.

Advertisement

Kosmiczny mecz pod tym względem prezentuje się raczej koszmarnie niż nawet poprawnie. Rysowane tła są właściwie nieruchome. Do nich przyklejono postaci, bez specjalnie dopracowanego cieniowania. Kamera pracuje bardzo statycznie, by naraz przyspieszyć zupełnie nieintuicyjnie. Ujęcia są szybkie, zaprojektowane bez polotu, a szybkość animacji niekiedy tak zwalnia, że odnosi się wrażenie, że jednak kilku rysunków zabrakło. Niechlubnym wyjątkiem jest w tym całym animacyjnym ambarasie Lola.

Kiedy się pojawia, świat zwalnia. To wszystko jeszcze dałoby się znieść, zwalić na konwencję itd., gdyby sekwencje animowane nie stanowiły trzonu filmu fabularnego z rzeczywistymi aktorami. A tak tę techniczną indolencję widać szczególnie, kiedy w interakcję z animkami wchodzi Michael Jordan lub np. Bill Murray. Dlatego pokładam wielkie nadzieje po obejrzeniu samego trailera w zestawieniu LeBrona Jamesa z postaciami zaprojektowanymi i zanimowanymi z wykorzystaniem CGI. W „starym” Kosmicznym meczu finałowa rozgrywka między zmutowanymi kosmitami a drużyną prowadzoną przez Jordana wygląda niekiedy śmiesznie, a oceniana z dzisiejszego punktu widzenia odbiorcy przywykłego już do pewnych standardów w relacji bytów CGI z realnymi aktorami prezentuje się ułomnie.

Advertisement

Michael Jordan zrobił, co najlepiej potrafił, natomiast otaczające go animowane postaci wywoływały jedynie chaos na boisku, i to nie chaos w sensie elementu pożądanego w fabule, ale chaos w odbiorze u widza i zrozumieniu, co się na boisku dzieje. Jordan wyglądał sztucznie, gdy próbował wchodzić w interakcje z animkami, co u LeBrona Jamesa prezentuje się już diametralnie inaczej. Oczywiście widziałem jedynie trailer, lecz trudno mi nie odnieść wrażenia, że Kosmiczny mecz w wersji Joe Pytki powstał za wcześnie w stosunku do możliwości wizualnej realizacji założeń scenariusza. Dopiero dzisiaj jest możliwe zrealizowanie tego pomysłu w miarę zadowalająco.

Mimo tych wad legenda NBA zadziałała. Kosmiczny mecz stał się kultowy dla pokolenia chowanego w latach 90., a może i przełomu lat 80. i 90., czyli w sumie dla mnie również, chociaż żeby odpowiednio się w tym filmie zakochać, powinienem go obejrzeć chyba z pięć lat wcześniej. Załóżmy więc, że Kosmiczny mecz jest filmem najbardziej ukochanym dla widzów, którzy mają teraz między 35 a maksymalnie 40 lat.

Advertisement

Jeśli chodzi o zmianę Loli i sprawę Skunksa, protestują jednak również znacznie młodsi. Nawet jeśli obejrzeli oni starą wersję, to jako małe dzieci nie mieli prawa zauważyć wszelkich ideologicznych wtrętów, które teraz podnosi się jako argumenty w obronie piersiastej Loli i skłonnego do gwałtu Pepe Le Swąda. Natomiast mają rację, przynajmniej niektórzy z nich, że wytykają Warnerowi dwulicowość. Skoro z takim zapamiętaniem broni się nowej wersji wyglądu Loli, usuwa Pepego, a jednocześnie wstawia kibicujące postaci gwałcicieli i morderców z Mechanicznej pomarańczy, to coś jest poważnie nie tak z etyczną motywacją twórców remake’u Kosmicznego meczu. Tym jednym posunięciem została zniszczona cała praca wychowawcza, a może jej nie było. Pojawiła się nawet teoria, że w przypadku skunksa, gdyby nie sugestie dziennikarza „New York Timesa” Charlesa M. Blowa o tym, że Pepe swoim zachowaniem normalizuje gwałt, decydenci z Warnera nigdy nie zdecydowaliby się go usunąć sami z siebie.

Działania z przymusu medialnego, a nie wynikające ze spontanicznej autorefleksji, są pustymi gestami, o ile faktycznie w przypadku Pepego tak było. Warner tłumaczył w swojej obronie, że skunksa usunięto znacznie wcześniej, niż pojawiła się opinia Blowa. Piszę o tym wszystkim dlatego, że cały czas zastanawiam się, jaki sens ma ta medialna kłótnia wokół Kosmicznego meczu. Kuriozalne wydaje mi się, że dorośli ludzie bronią dużych piersi Loli, jakby zapomnieli, że produkt kierowany jest nie do nich, ale do ich dzieci.

Advertisement

Pomyślałem więc sobie, że może problem seksualności Loli w oczach obrońców jej wenusjańskich atrybutów, a co ciekawe, w wielu przypadkach generalnie ludzi, którzy są ideologicznymi konserwami, jest jedynie nakładką na znacznie głębszy sprzeciw. Wywołała go sama zmiana postaci w nowej wersji filmu. Wcześniej postaci te przejęły w świadomości ich miłośników rolę nienaruszalnych archetypów. No bo przecież nie sądzę, żeby aż tak wielu rozkrzyczanych w komentarzach facetów będących obrońcami piersi Loli podniecało się jej zwierzęcą naturą? Bądź co bądź, zoofilia jest rzadko występującym zboczeniem.

Stawiam więc na krytykę nienaruszalnych, idolatryzowanych archetypów. A takie postaci z bajek Warnera nie są. Stary Kosmiczny mecz nie jest produkcją idealną. Ma ciekawy scenariusz, co trzeba podkreślić, lecz wizualnie przypomina rozsypującą się mumię. Świat filmowej techniki zostawił go w tyle tak bardzo, że podczas dwóch ostatnich seansów w ciągu jednego miesiąca poczułem żal, że teraźniejszy mój odbiór filmu w ogóle nie przypomina tego sprzed lat. A przecież ważne dla mojego dzieciństwa produkcje, kiedy je dzisiaj oglądam, wciąż wywołują te same bezcenne wrażenia.

Advertisement

Jaki jest więc sens kłócić się o wielkość piersi Loli, skoro to wcale nie jest ważne? Liczy się to, jak w nowej wersji będzie wyglądać fabuła, jak odświeżona i urealniona zostanie sztuczna z natury relacja między postaciami kreskówkowymi a aktorami. Tylko z pozoru technika ułatwia twórcom podejście do tematu. Trzeba będzie im zmierzyć się z sentymentem do wersji z lat 90., bardzo irracjonalnym i idealizującym film. Pamiętajmy również, że LeBron James nie jest już taką legendą na świecie, jaką był w latach 90.

Michael Jordan więc nie obroni ewentualnych niedoróbek filmu swoją uświęconą aurą genialnego koszykarza. Poczekajmy, może okaże się, że wielkość piersi Loli ewoluowała do gigantycznych rozmiarów jedynie w umysłach niektórych spragnionych wrażeń dorosłych widzów, a tak naprawdę w ramach samego dzieła filmowego nie widać istotnej różnicy.

Advertisement

Każde słowo staje się piękne w obrębie swojego znaczenia – lub ohydne, np. PIERSI Loli.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *