search
REKLAMA
Felietony

KOSMICZNY MECZ nie był idealny i NIE PRZETRWAŁ próby czasu. O co się więc kłócić?

Odys Korczyński

11 kwietnia 2021

REKLAMA
Często nowe wersje ulubionych produkcji z dzieciństwa psują nasze dziecięce wspomnienia. Ogromna w tym zasługa współczesnych twórców, którzy kierują się zupełnie innymi założeniami niż te obowiązujące 30 i 40 lat temu. Ale nie możemy ich obwiniać za to, że czas biegnie. Powinniśmy raczej uświadomić sobie, że wrażenia i emocje w odbiorze każdego rodzaju sztuki, kształtowane w wieku dziecięcym, będą wyglądać zupełnie inaczej niż te same wrażenia tworzone w dorosłości. Podobnie jest ze smakiem potraw. Stąd niektóre remaki nigdy nie przypadną nam do gustu i nie będzie to wina „indolentnych” współczesnych twórców, którzy „nie są tacy jak kiedyś” – to jeden z najgorszych argumentów, jakie można przytoczyć. Kosmiczny mecz należy do tych produkcji, które w sensie technicznym próby czasu nie przetrwały. Remake jest potrzebny, chociażby po to, żeby nasze dzieci, nawykłe do zupełnie innego stylu prezentacji wizualnej, mogły nacieszyć się tą historią i nie wyrzucać nam, że namawiamy je do oglądania jakiegoś obciachowego boomerstwa. Czy jednak Warner Bros. nie robi sobie jaj z widzów, podejmując takie, a nie inne decyzje i wypuszczając je w medialny świat jeszcze przed premierą nowej wersji Kosmicznego meczu?

Najpierw głośno było o Loli, potem dostało się Pepe Le Swądowi, całkiem zresztą zasadnie, bo okazał się niezłym burakiem i zboczeńcem, tyle że swoje równościowe decyzje Warner podsumował ekwilibrystycznym kopniakiem we własne przyrodzenie, wstawiając postaci z Mechanicznej pomarańczy na widowni w Kosmicznym meczu: Nowej erze. Czar więc prysł. Nikt chyba już nie wierzy, że Warnerowi faktycznie zależy na edukacyjnym i uświadamiającym podejściu do wychowania dzieci. Kiedy pompował biodra i piersi Loli będącej tak naprawdę zwierzęciem, także o tym nie myślał. Wręcz przeciwnie. Najprostszym zabiegiem marketingowym była seksualizacja kobiecej bohaterki, bo to takie śmieszne, po męsku-troglodycku śmieszne, że nawet w króliku faceci będą widzieć obiekt, który najchętniej by wykorzystali, zrobili na pamiątkę zdjęcie, a potem umieścili je w swoim skrytym, zaszyfrowanym przed żonami fap folderku.

A przecież paradoksalnie Kosmiczny mecz nie jest filmem dla dorosłych, lecz dla dzieci. Skoro one nie zwróciłyby uwagi na wielkość piersi Loli, to po co tak akcentować kobiece atrybuty postaci? Żeby przerośnięci od siedzenia przed telewizorami z piwem w ręku tatusiowie się niezdrowo podniecali? No i proszę, czy ten opisany tutaj przeze mnie stereotyp obleśnego ojca, skłonnego do kierowania swoich seksualnych afektów nie tam, gdzie powinien, nie jest krzywdzący dla wszystkich mężczyzn? Zapewne jest. No więc szanowni krytycy nowej wersji Kosmicznego meczu, pomyślcie o królicy Loli, która musi odgrywać pewien stereotyp kobiety jako obiektu seksualnego i to w filmie dla dzieci. Czy to nie jest stereotypowe (w wąskim kawałku ludzkiej kultury) i krzywdzące dla kobiet jako takich, a na dodatek dla dzieci?

Może jednak nie byłoby owych kłótni, gdyby pierwsza wersja filmu z Michaelem Jordanem nie obrosła taką kultowością. Krytyka filmów kultowych, z założenia funkcjonujących w świadomości widzów jako twory konstytuujące ich personalną wartość, jest równoznaczna z atakiem na nich, i to takim, który podaje w wątpliwość ich samoocenę. Inaczej taką postawę można niekiedy nazwać uleganiem kompleksom, ale wspominanie o kompleksach wywołuje równie żywiołowe reakcje, co mówienie o czyichś upodobaniach artystycznych. Zdarza się, że są to naczynia połączone. Często rykoszetem więc za krytykę dostają ci, którzy np. ją stworzyli, nieważne przy tym, że pisali o filmie – skoro stał się on kultowy, to krytykując go, dawali w pysk miłośnikom danego tytułu. Takie reakcje w przypadku remake’u Kosmicznego meczu dodatkowo podsyciły krytykę zmian wizerunku Loli i całej reszty, niezależnie od wychowawczej i humanistycznej wymowy owych decyzji.

W przecenieniu nakręconego w latach 90. Kosmicznego meczu miał również niemały udział Michael Jordan oraz liga NBA jako taka. Film wykorzystał sławę zawodnika i widzowską miłość do kosza, dodatkowo wywindowaną na szczyt przez ciągle żywe wspomnienie występu Dream Teamu na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Pamiętam, że oglądałem mecze z wypiekami na twarzy, chociaż w rzeczywistości byłem pewien, że reprezentacja USA wygra bez trudu. To otwarcie się na świat ligi NBA zaprocentowało rozsławieniem koszykówki na całym świecie. ZSRR nie zdołało Amerykanów powstrzymać, chociaż bardzo się starali, m.in. oprotestowując udział profesjonalnych zawodników w igrzyskach olimpijskich.

W tamtym czasie zatrudnienie Michaela Jordana było więc gwarancją sukcesu, niezależnie od tego, że pod kątem aktorskim Jordan wypadł słabo. Może nie byłoby to tak widoczne, gdyby nie zestawiono jego postaci z rzeczywistością kreskówkową. Profesjonalni aktorzy mają problemy, żeby odnaleźć się na planie, gdzie widać jedynie zielone tła i oplecionych czujnikami ludzi, co dopiero gracz NBA. Jordan musiał po prostu przetrwać, a przed ostateczną aktorską klęską ochroniła go legenda. I tak dotarliśmy do tego, co w Kosmicznym meczu najgorzej zniosło próbę czasu – do wizualnej jakości.

Jednym z wyznaczników dopracowania technicznego gier komputerowych, a także współczesnych bajek jest pewien szczegół, na który wielu nie zwraca uwagi – kontakt postaci z podłożem, picie z butelki, dotykanie przedmiotów itp. Generalnie chodzi o wchodzenie w interakcje ze światem przedstawionym. Postać nie może wyglądać, jakby była doklejona do tła. Picie z butelki nie może być tylko unoszeniem chyboczącego się kubka w dłoni i wychylaniem go w pobliżu ust, chociaż nie leci z niego żaden płyn. Trawa pod wpływem kroków musi się uginać. We Władcy Pierścieni np. Gollum miał czasem z tym problem. Miotał się po szutrowym podłożu, a żaden kurz ani kamyk nie wzbijały się w powietrze. W mniej więcej 70–80 procentach gier komputerowych, w które grałem, ten element był zawsze w mniejszym lub większym stopniu niedopracowany, ale niektóre tytuły faktycznie wykazywały dbałość twórców o ten rodzaj realizmu, chociaż było i jest to wciąż ogromnie trudne.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA