search
REKLAMA
Felietony

Dlaczego NIE WIERZĘ w nowego TERMINATORA

Jakub Piwoński

22 lipca 2019

REKLAMA

Pewne serie nie powinny być kontynuowane. Nie dlatego, że się nie da, bo pewnie się da. Wszystko się da. Ale dlatego, że niemal zawsze twórcy nie rozumieją, że miarą siły pierwowzorów jest nuta niedopowiedzenia i niedosytu, jaka pobrzmiewała w nas przez lata od seansu ostatniej części. Bo przecież nawet najlepsza przygoda musi się kiedyś skończyć właśnie po to, by ową przygodą – czymś posiadającym początek i koniec – mogła się stać.

Patrzę sobie na całą tę usilną promocję nowego Terminatora i nic mnie w tych materiałach nie zaskakuje. Ziewam, zamiast otwierać oczy z ekscytacją. Też tak macie? Sądząc po nieprzychylnych opiniach szerzących się w internecie, mniemam, że nie jestem z tym uczuciem osamotniony. Ale po kolei. Gdy dowiedziałem się, że Cameron ma zakusy na to, by ponownie opowiedzieć historię polujących na siebie blaszaków z przyszłości, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. No bo kto, jeśli nie on mógłby to zrobić dobrze? Po latach rozczarowań, jakich przysporzyła nam ta seria, po latach przekazywania jej z ręki do ręki i ponoszenia co rusz kolejnych porażek, czy to finansowych, czy to artystycznych, czy to jednych i drugich, w końcu zrodziła się nadzieja, że będzie lepiej.

Gdy Cameron wycofał się na drugi plan, zapowiadając, że będzie pełnił funkcję nie reżysera, ale producenta, zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Tim Miller niby miał argumenty, by do siebie przekonać, ale z uwagi na to, że najlepiej się sprawdził w superbohaterskiej komedii akcji (Deadpool), wciąż miałem wątpliwości. Gdy dowiedziałem się z kolei, że wrócą Hamilton i Schwarzenegger, pozostałem wstrzemięźliwy w zachwytach, bo wiedziałem, że oboje najlepsze lata kariery mają już za sobą, więc sam fakt umieszczania ich w filmie nie przemawia z miejsca za jakością.

Gdy jednak zobaczyłem pierwsze zdjęcie promocyjne, a potem pierwszy zwiastun, nie miałem i nie mam już wątpliwości. Wypada spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie otwarcie to, co ukrycie każdy myśli, ale nie każdy chce na głos powiedzieć – otóż dużymi krokami zmierza do nas kolejna głośna klapa. To się nie uda. I nic tu nie zmieni ani kategoria R, ani obecność w obsadzie Furlonga – oryginalnego Connora – którego cudem odciągnięto od narkotycznego ciągu.

Szósty Terminator nie uda się nie dlatego, że nie będzie w nim na co popatrzeć, że nie będzie efektownie. Bo będzie. Nie twierdzę też, że film pozbawiony zostanie postaci, której warto kibicować. Polubiłem na swój sposób Mackenzie Davis, czy to za sprawą występu w Blade Runner 2049, czy to w bardziej przyziemnym Tully, więc ciekawi mnie, jak wypadnie jej wersja twardej babki. Nie atakuję też scenarzystów, gdyż nie wiem, jaki dokładnie obrali pomysł na to, by niejako wrzucić do kosza dokonania kolegów po fachu i na nowo opowiedzieć o świecie po Dniu sądu. Czemu nie, może akurat jakaś wolta fabularna sprawi, że ta historia nabierze zupełnie nowego charakteru.

Problem w tym, że nic nie zapowiada przełamania złej passy. Ja tu po prostu nie widzę Terminatora. Widzę film akcji, który ma go przypominać, ale nim nie jest. Nie widzę tych znaczeń. Tej szorstkości. Tego mroku. Tego smutku. Nie czuję tego klimatu. Tej trwogi o los świata, odbitej w trwodze o los matki i jej syna. Wszystko zostało jakby zaprojektowane pod potrzeby nowego widza, lubiącego, gdy jest mocno, głośno i wyraźnie. I jasno, bardzo jasno. To nie do końca mój styl i moje tempo. To nie do końca to, czego potrzebowała w moim mniemaniu ta seria. Jeśli w ogóle potrzebowała jakiegoś kolejnego dopowiedzenia.

Pierwszy i drugi Terminator, czyli filmy, których Mroczne przeznaczenie będzie kontynuacją, pomimo sztafażu czysto cyberpunkowego, pokazywały też ujmujące, ludzkie dramaty. Młoda Sarah to przecież zagubiona kobieta, przytłoczona życiową rutyną, wzdychająca do nieistniejącego księcia z bajki. Tym okazuje się jednak przybysz z przyszłości, co czyni wątek miłosny Terminatora jednym z bardziej nietuzinkowych w historii SF. Drugi Terminator jest lepszy od pierwszego nie tylko dlatego, że jeszcze lepiej prezentuje się od strony wizualnej, ale także dlatego, że posiada jeszcze głębsze podłoże dramatyczne. Poznajemy bowiem zbuntowanego nastolatka (latorośl tamtej zagubionej kobiety), który wychowuje się bez ojca. Poczucie bezpieczeństwa i siłę odnajduje jednak w gadającej, inteligentnej maszynie, z którą nawiązuje bliską więź.

Uniwersalne historie i kulturowe mity stanowiące podbudowę Terminatorów czyniły z nich niezwykle oryginalne spoiwa dla opowieści o techno-terrorze, którego grunt w tym wypadku tworzą sami ludzie, zapominający o prawach robotyki Asimova. Co widzę w Mrocznym przeznaczeniu? Widzę babcię, którą otrzepano z kurzu i kazano wyglądać groźnie, wypowiadać równie groźne kwestie i trzymać w ręku broń. Tylko po to, by poprowadzić bezcelowy motyw polowania na maszyny. Widzę też smutnego dziadka, któremu za każdym razem wmawiano, że kolejny powrót do kultowej roli będzie tym udanym, będzie tym godnym, a który w rezultacie okazywał się tym najgorszym. I tym razem też tak będzie. Wtórność i zabawa w sentymenty – oto jedyna recepta na sukces? Naprawdę?

Terminator był wtedy, w tamtym czasie. Gdy groza przed SI była grozą przed nieznanym, bo komputery raczkowały, więc łatwiej było działać na wyobraźnię. I niech tym kultowym wspomnieniem, niezapomnianą przygodą już pozostanie.

To się nie uda, ale… chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie zależało mi na tym, bym się w tej prognozie ostatecznie pomylił.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA