Felietony - Cykle
CO SIĘ STAŁO Z KINEM AKCJI? Reminiscencje zawiedzionego fana
CO SIĘ STAŁO Z KINEM AKCJI? to refleksja nad zmieniającą się naturą gatunku, który niegdyś błyszczał, a dziś błądzi w cieniu blockbusterów.
Na początek pragnę przeprosić wszystkich, którzy zrezygnują z lektury po pierwszych paru akapitach (albo nieco później), gdyż tekst ten naszpikowany jest tytułami i nazwiskami, bez których nie potrafię mówić o kondycji współczesnego kina akcji. Wiąże się to z licznymi nawiązaniami do okresu, kiedy gatunek ten święcił największe triumfy – stąd sporo tu donnerów, mctiernanów i innych harlinów – wskazując jednocześnie na powody, dla których dzisiejsze filmy akcji pozostają niejako na uboczu głównego nurtu kina hollywoodzkiego.
Niedawne 20. urodziny Con Air oraz Bez twarzy, 30. urodziny Zabójczej broni i Predatora, a także premiery Tożsamości zdrajcy, Baby Driver oraz Atomic Blonde stanowią dobry przyczynek do tego, aby powspominać, a przede wszystkim zastanowić się nad kondycją współczesnego kina akcji.
I mam tu na myśli konkretny gatunek, nie zaś konwencję tudzież formę, w której najlepiej odnajdują się obecnie widowiska na podstawie komiksów. Te niejako zastąpiły efektowne filmy sensacyjne skupione na strzelaninach, pościgach i mordobiciach – zamiast tego mamy superbohaterów, którzy nie potrzebują pistoletów czy szybkich samochodów, mają natomiast tyle siły w pięściach, że prędzej zniszczą jakiś wieżowiec, niż paroma ciosami pokonają swojego równie niezniszczalnego przeciwnika.

Bez twarzy (1997)
Oczywiście kino akcji nie zniknęło, jedynie ustąpiło miejsca komiksowej stylizacji w świadomości współczesnych widzów oraz box office. I tak jak w drugiej połowie lat 80. oraz w całej następnej dekadzie sensacyjne widowiska niemal bezwiednie, jedno po drugim, stawały się przebojami, tak teraz to samo dzieje się z filmami o bohaterach z supermocami – bez względu na to, czy dana produkcja jest udana czy nie, kina pękają w szwach.
Ta zmiana warty dokonała się gdzieś na przełomie wieków, pomiędzy premierą pierwszego Matrixa (1999), który kompletnie zmienił realizacyjne standardy, a tragicznymi wydarzeniami 11 września 2001 roku, kiedy przestano na kino akcji patrzeć jak na niewinną rozrywkę, a filmowe obrazy zniszczeń zaczęto utożsamiać z prawdziwym terrorem. Nagle bezwstydnie efekciarski Kod dostępu czy nieco poważniejszy Na własną rękę z Arnoldem Schwarzeneggerem stały się niewygodnymi dowodami przeciwko takiemu kinu (choć akurat przypadek tego pierwszego tytułu jest o tyle ciekawy, że film swoją premierę w USA miał w czerwcu, zaś w większości krajów europejskich już po ataku na World Trade Center – stąd amerykańscy krytycy skupili się na idiotyzmach scenariusza, zaś europejscy na tym, jak to rzeczywistość doścignęła fikcję).
Na ratunek rozrywce przyszedł Spider-Man Sama Raimiego (2002), jako pierwszy film w historii zarabiając ponad 100 milionów dolarów w premierowy weekend i wyznaczając drogę kinu, jakie znamy dziś.
15 lat później debiutuje Spider-Man: Homecoming, szósty solowy występ Człowieka-Pająka w kinie i prawdopodobnie setna ekranizacja komiksu, jaką przyszło nam zobaczyć od 2000 roku. Tymczasem kino akcji w ciągu tego czasu doczekało się bardzo popularnej serii o Bournie, zaskakującego angażu Liama Neesona do ról ludzi o umiejętnościach starego, wysportowanego bulteriera, a całkiem niedawno nowego kilera pod postacią Johna Wicka. Pozostałe sukcesy są takowymi nieco na wyrost – gwiazdą kina kopano-strzelanego stał się Jason Statham, choć solowe filmy z jego udziałem nie są takimi przebojami kasowymi jak te, które 25 lat temu stały się udziałem Jean-Claude’a Van Damme’a czy Stevena Seagala; najbardziej rentownymi niekomiksowymi filmami akcji są kolejne części Szybkich i wściekłych, którym coraz bliżej jednak do fantastycznych przygód Jamesa Bonda niż tradycyjnej sensacji.
Sam Bond też się zmienił w międzyczasie, najpierw celując w realizm bliższy Bourne’owi, a obecnie wracając do korzeni, a konkretnie ery Rogera Moore’a. Nieśmiertelny Tom Cruise został Jackiem Reacherem, niestety nie dorównując popularnością swojemu bardziej kasowemu wcieleniu, agentowi Ethanowi Huntowi z Mission Impossible, zaś Sylvester Stallone przypomniał o sobie światu jako Rocky i Rambo, jednocześnie starając się wskrzesić mit bohatera kina akcji serią Niezniszczalni. Nie bez powodzenia, choć więcej tu pastiszu na granicy parodii oraz sentymentu za dawnymi czasami niż solidnej sensacji – jakościowo stoi to dwie półki niżej niż najlepsze dokonania Slya.

Kod dostępu (2001)
Czy widzowie przestali oglądać kino akcji, bo to im się znudziło? Bo efektownością przestało dorównywać opowieściom o superbohaterach? Być może nasze niepewne czasy niechętnie nastrajają nas do oglądania realistycznej (a raczej niekomiksowej) przemocy na ekranie? A może chodzi o zwyczajne wyczerpanie formuły oraz, co ważniejsze, brak ludzi, który tchnęliby w ten gatunek nowe życie? Reżyser obu części Johna Wicka, Chad Stahelski, wydaje się mieć własny koncept na tworzenie ekranowej akcji, będąc kimś więcej niż kopistą Johna Woo i Michaela Manna, do których porównywano go po pierwszym filmie.
Antoine Fuqua próbuje uczynić z Denzela Washingtona i Gerarda Butlera niezniszczalnych herosów (Bez litości, Olimp w ogniu), ale reżyser ten lepiej sprawdza się w dramatach policyjnych (Dzień próby, Gliniarze z Brooklynu). Jest i Jaume Collet-Serra, mający na swoim koncie trzy (a wkrótce cztery) filmy z Neesonem, m.in. podniebne Non-Stop; u hiszpańskiego twórcy efektowność kadru idzie w parze z umiejętnością budowania napięcia, a to bierze się jeśli nie z realistycznego, to chociaż z przyziemnego podejścia do opowiadanej historii, czegoś, w czym przodowali reżyserzy kina akcji dwie dekady temu.
Są to jednak zaledwie trzy nazwiska, które dziś chyba najlepiej kojarzone są z sensacją. Swego czasu Luc Besson starał się wypromować swoich rodaków, ale zarówno Pierre Morel (Uprowadzona, Gunman: Odkupienie), Louis Leterrier (Transporter 2, Starcie tytanów) oraz Olivier Megaton (Colombiana, Uprowadzona 2, 3) zawiedli pokładane w nich nadzieje.
Kompletnym nieporozumieniem jest ciągłe dawanie szans Johnowi Moore’owi, człowiekowi, który do spółki z najgorszym scenarzystą kina sensacyjnego Skipem Woodsem podpisał nieudolną Szklaną pułapkę 5. Rzucam tymi wszystkimi nazwiskami i tytułami, aby pokazać, że film akcji nie umarł jak western, lecz raczej uległ przykrej degradacji przez twórców przeciętnych bądź w najlepszym wypadku wyrobników bez polotu. Co ciekawe, tych, którzy wykazali się w tego typu kinie, jak Doug Liman (Tożsamość Bourne’a, Pan i pani Smith), Paul Greengrass (Krucjata Bourne’a, Green Zone) czy Marc Forster (Quantum of Solace), interesują też inne tematy, przez co trudno utożsamiać ich tylko z sensacją. Ich ambicje wykraczają daleko poza kino akcji. Czy dlatego, że uważają ten gatunek za gorszy?

John Wick (2014)
Być może w tym właśnie należy dopatrywać się największej bolączki współczesnego kina akcji. Niechęć do gatunku, a właściwie bycia kojarzonym tylko z nim, sprawia, że albo staje się on domeną pozbawionych wyobraźni i ambicji rzemieślników, albo jest jedno-dwurazową przygodą dla autentycznie utalentowanych twórców. Gdy ćwierć wieku temu film akcji święcił największe triumfy, ani Richard Donner, ani John McTiernan, ani Renny Harlin czy Tony Scott nie wstydzili się swoich dokonań, a wręcz byli z nich dumni. Mieli z czego – przyspieszyli akcję, zdynamizowali obraz, czyniąc z przemocy atrakcję, uderzając w nihilistyczne tony, lecz nigdy nie rezygnując z ludzkiego oblicza nawet najbardziej krwawych historii.
Donner nakręcił wszystkie cztery części Zabójczej broni, niedocenionych Zabójców oraz Teorię spisku, McTiernan to autor pierwszej i trzeciej Szklanej pułapki, Predatora oraz Polowania na Czerwony Październik, Harlin podpisał Szklaną pułapkę 2, Na krawędzi i Długi pocałunek na dobranoc, zaś Scott dał się poznać jako twórca Top Gun, Ostatniego skauta i Wroga publicznego.
Niech mi ktoś powie, że taki line-up nie robi wrażenia. Każdy z nich starał się przebić dokonania swoich kolegów, dzięki czemu począwszy od premiery pierwszej Zabójczej broni aż po wspomnianego Matrixa, nie było chwili wytchnienia dla fanów ich kina. Każdego roku widzowie otrzymywali po kilka filmów akcji, które dziś uznawane są za klasykę gatunku albo chociaż solidną rozrywkę wytrzymującą próbę czasu.

Zabójcy (1995)
W międzyczasie wypłynęli Jan de Bont (reżyser Speed, wcześniej operator m.in. Szklanej pułapki i Czarnego deszczu), Michael Bay (Bad Boys, Twierdza), Simon West (Con Air), wcale nie naśladując swoich poprzedników, lecz idąc w bardziej bombastyczne rejony widowiskowości. Wkrótce dołączyła Azja, a konkretnie zaproszeni z Hong-Kongu John Woo (Nieuchwytny cel, Bez twarzy), Tsui Hark (Ryzykanci) oraz Ringo Lam (Maksimum ryzyka), i choć ich amerykańskie produkcje często pozostawiały wiele do życzenia (prawie zawsze scenariuszowo, niemal nigdy realizacyjnie), nie bez powodu właśnie wtedy Hollywood się po nich upomniało.
Starzy wyjadacze pokroju Waltera Hilla (Wstęp wzbroniony, Ostatni sprawiedliwy), Johna Badhama (Strefa zrzutu), Johna Frankenheimera (Ronin) czy Petera Hyamsa (Strażnik czasu, Nagła śmierć) również nie dali o sobie zapomnieć. Był to czas niekończącej się pogoni za widzem, kiedy można było śmiać się z terroryzmu, Schwarzenegger w swych wcieleniach uchodził za rodowitego Amerykanina, filmy z Seagalem dostawały świetne noty od Rogera Eberta, a największą gwiazdą kina akcji był zdobywca Oscara Nicolas Cage. Dziś jest to nie do pomyślenia.
Właśnie w tej chwili można obejrzeć w kinach Tożsamość zdrajcy, a już wkrótce Baby Driver i Atomic Blonde. Pierwszy z tych filmów jest rzetelną, ale pozbawioną pazura i zabawy opowieścią o szpiegach urzędujących w Londynie; nie tak widowiskowy jak Salt z Angeliną Jolie, próbujący natomiast być „na czasie”, stąd skojarzenia z telewizyjnym Homeland.
Na czas trwania seansu rzecz całkowicie bezbolesna, nawet zajmująca, ale o której zapomina się zaraz po wyjściu z kina. Co jest trochę zatrważające, bo film podpisał Michael Apted, twórca jednego z Bondów z Brosnanem (Świat to za mało), a zwłaszcza niesamowitych Goryli we mgle. Ale to było prawie 30 lat temu. Baby Driver, który miałem już okazję obejrzeć, jest niesamowicie dynamicznym i przesympatycznym hołdem Edgara Wrighta dla kina Waltera Hilla, a zwłaszcza Kierowcy i Ulic w ogniu – z tego pierwszego bierze postać wybitnie uzdolnionego kierowcy do wynajęcia, z drugiego karkołomny pomysł, aby pożenić sensację z filmem muzycznym.
Efekt jest niezwykle udany, choć osobiście czułem niedosyt samą akcją. Jak na film o pościgach i samochodowych ekscesach, emocji oraz napięcia tu niewiele. Pozostaje czekać na Atomic Blonde. Po zwiastunach wygląda na to, że Charlize Theron wyśle na tamten świat masę ludzi, ale trudno nie zauważyć podobieństw w sposobie ukazania walk do Johna Wicka, którego współtwórca, David Leitch, jest również reżyserem „atomowej blondi”. Do tego dochodzi umiejscowienie akcji filmu podczas zimnej wojny, co już wymusza pewną stylizację. I jak na ironię, jest to ekranizacja komiksu.

Atomic Blonde (2017)
Moje utyskiwania na kondycję współczesnego kina akcji mogą się wydać męczącą i irytującą próbą udowodnienia, że obecne stulecie niewiele zaproponowało w rozwoju gatunku oraz że to, co dawne, zawsze będzie lepsze od nowego. Najłatwiej sprawić, aby tamci twórcy wrócili w glorii chwały. Piękne, ale w paru przypadkach niemożliwe marzenie. Richard Donner od ponad dekady jest na zasłużonej emeryturze (w tym roku obchodził swoje 87. urodziny!), Tony Scott kilka lat temu popełnił samobójstwo, zaś John McTiernan po skazaniu go na rok więzienia za okłamanie FBI wciąż czeka na swój wielki comeback.
Renny Harlin pozostaje aktywnym zawodowo reżyserem, choć czasy jego największych sukcesów już dawno minęły. Ostatnim nakręconym przez niego filmem jest zeszłoroczny Skiptrace, chińska (!) komedia sensacyjna z Jackiem Chanem i Johnnym Knoxvillem, a w przyszłym roku zobaczymy kolejną jego azjatycką produkcję, Legend of the Ancient Sword. Michael Bay już dawno temu zaprzedał duszę Transformerom, Jan de Bont nie zrobił zupełnie nic od czasów strasznego Tomb Raidera: Kolebki życia z 2003 roku, zaś Simon West miota się od jednego nieciekawego projektu do drugiego.
Nie czekam na cud związany z nagłym powrotem do formy (lub kamery) tych panów. Chcę, aby znaleźli się ich godni następcy, twórcy, którzy swoje powołanie odnajdą w kinie akcji i będą starali się je ożywić brawurą, talentem i wyobraźnią w kreowaniu sensacji na ekranie.
Być może ratunkiem jest właśnie Azja, gdzie swój drugi (a właściwie trzeci) dom znalazł pochodzący z Finlandii Harlin. Walijczyk Gareth Evans w Indonezji nakręcił niezwykle żywiołowe, pełnokrwiste widowisko Raid (2011) oraz jego ambitniejszą, choć słabszą kontynuację, zaś kilka dni temu pojawił się zwiastun nowego filmu Martina Campbella, brytyjsko-chińskiej koprodukcji.
W The Foreigner Jackie Chan będzie mścił się za śmierć córki, utrudniając przy tym życie Pierce’owi Brosnanowi – oklepany temat, ale dwuminutowy trailer zapowiada realizacyjnie więcej niż rzetelną robotę, dając chińskiej megagwieździe kina kopanego zaskakująco poważną rolę. Campbell zaś jest idealnym kandydatem na człowieka, który może zdziałać jeszcze niejedno w tym gatunku, a wręcz ożywić go. To on przecież dał nam pierwszego post-zimnowojennego Jamesa Bonda (GoldenEye), to on uczynił z Antonio Banderasa słynnego meksykańskiego bohatera (Maska Zorro), i to on w końcu całkowicie zmodernizował agenta 007, zabierając mu gadżety, za to obdarowując człowieczeństwem (Casino Royale).
Ale nie zapominajmy, że to również Campbell podpisał komiksową Zieloną Latarnię, po której nie wrócił do kina aż do teraz. Być może z porażki tamtego filmu wyniknie więcej dobra, niż można było początkowo się spodziewać.
korekta: Kornelia Farynowska
