Neapol jest wspaniały, kobiety są magiczne, a młodość i piękno – ulotne.
Jeżeli przedziwna sytuacja wokół „Emilii Pérez” czegoś dowodzi, to tylko jednego: wpływu szerszej recepcji na indywidualny odbiór tekstów kultury.
Film Petera Browngardta bije na głowę wszystkie wcześniejsze próby wprowadzenia „Zwariowanych melodii” na duże ekrany, z kultowym „Kosmicznym meczem” włącznie.
Bohaterki „Love Story” i „Sztuki pięknego życia” umierają bardzo dzielnie, pokornie i estetycznie.
Tak jak „Król Lew” czerpał pełnymi garściami z „Hamleta”, tak narracyjnych korzeni „Mufasy” upatrywać należy przede wszystkim w opowieści o Mojżeszu.
Niedoskonałe, ale skuteczne antidotum na apatię, w jakiej pozostawiło fanów Eastwooda kilka z jego poprzednich projektów.
Nieobecność ludzkiej mowy wprowadza do „Flow” element kontemplacyjny, niemalże mistyczny.
Uderzając w „pretensjonalnych krytyków”, Stanowski sam dzieli widzów na lepszych i gorszych.
Rytm filmu wyznacza nieskrępowana wyobraźnia jego twórców.
Wciąż jest zabawnie i emocjonalnie, wygenerowany komputerowo miś jest słodki, a towarzyszący mu aktorzy pierwszorzędni.