Publicystyka filmowa
ZŁE SCENY W DOBRYCH FILMACH (i jedna dobra w złym)
ZŁE SCENY W DOBRYCH FILMACH to przegląd nieudanych momentów w kultowych produkcjach, które mogą przyćmić ich jakość.
Długi metraż nie rozpieszcza filmowców. Aby film działał, wszystko musi się w nim dodawać, a każda scena nie tylko powinna uzupełniać się z pozostałymi, ale też mieć swoje uzasadnienie. Nie zawsze się to udaje. Stąd w wielu dobrych filmach zdarzają się sceny budzące wątpliwości – czasem czysto estetyczne, innym razem natury moralnej. Bywa, że jedynie się na nich lekko zniesmaczymy, ale też potrafią położyć się cieniem na całym odbiorze produkcji. Poniżej skromny wybór kilku takich niewypałów twórczych, dla równowagi uzupełniony przykładem zaskakująco dobrej sekwencji ze słabego filmu. Oczywiście czekamy również na dalsze przykłady w komentarzach.
Bad Boys
Kanapka story
W pewnym momencie tego – było nie było kultowego – akcyjniaka następuje wyciszenie, w trakcie którego policjant i jedyny świadek krwawych wydarzeń przeglądają pliki. Poczciwy Marcus jest głodny, więc zajada kanapeczkę. A będąca pod jego protekcją Julie zaczyna mu to wypominać, przywołując historyjkę o biednej krówce, która kiedyś hasała sobie po łączce. Cała ta wymiana zdań nie ma najmniejszego sensu, a i humoru w niej jak na lekarstwo. I tak na chwilę film akcji zamienia się w maszynkę do promowania wegetarianizmu. Bo przecież tego właśnie każdy widz oczekuje w przerwie pomiędzy strzelaninami i pościgami. NOT!
Butch Cassidy i Sundance Kid
Piosenka i Oscar
W 1970 roku na ten sympatyczny western spłynął deszcz nagród z czterema nagrodami Amerykańskiej Akademii łącznie. Jeden Złoty Rycerz powędrował do twórców za piosenkę Raindrops Keep Fallin’ on My Head, która zyskała ogromną popularność i szybko weszła do klasyki. Nie ma się co dziwić, bo to fajna, chwytliwa nuta. Cały sęk w tym, że do reszty filmu pasuje jak pięść do nosa – pojawia się bowiem nie w czołówce lub na napisach początkowych, jak nakazywałaby logika. Lecz we wrzuconej od czapy w sam środek Dzikiego Zachodu scenie rodem z musicalu, gdzie jeden z tytułowych bohaterów popisuje się przed kobitą swoim talentem wokalno-kaskaderskim. Mało tego! Rzeczony hit Paul Newman wykonuje, jadąc na… rowerze. To się nazywa kompletne zabicie jakiegokolwiek klimatu i stylistyczny dysonans!
Przebudzenie Mocy
Ucieczka potwora
Co prawda siódmy epizod Gwiezdnych wojen wzbudził mieszane uczucia, ale to solidne kino rozrywkowe. Najwyraźniej jednak reżyser J.J. Abrams nie byłby sobą, gdyby do tej sagi nie wrzucił jednego ze swoich znaków rozpoznawczych. I nie, nie chodzi o nachalną grę światłami, tylko o wymyślne, rzucające się na wszystkie strony monstra – w tym wypadku zapewne jakiś odrzucony projekt z konkurencyjnego Star Treka. Ni stąd, ni zowąd dostajemy więc całą sekwencję z brzydalem o nazwie rathtar, który demoluje oraz zjada wszystko i wszystkich wokół. Podstarzały Harrison Ford i spółka próbują przed nim uciekać, a na koniec dosłownie rozbryzgują delikwenta na szybie Sokoła Millennium. Całość jest fabularnie ni przypiął, ni wypiął i ogląda się ją równie żenująco, jak opisuje. I pomyśleć, że zamiast niej, można było po prostu wkleić do filmu jakieś cycki. O, na przykład takie:
Labirynt
Taniec Fireysów
A oto idealna ilustracja mierzenia sił na zamiary. W tej generalnie robiącej do dziś wrażenie oldskulowej przygodówce, której siła opiera się na efektach praktycznych i kukiełkach, mamy dość kuriozalnie wyglądającą po latach, zdecydowanie za długą i w sumie nudną scenę, w której główna bohaterka natrafia na kolorowe dziwadła. Stwory zaczynają lecieć z nią w kulki, a następnie śpiewać i tańczyć, przerzucając się własnymi częściami ciała. Jak wieść niesie, była to jedna z najbardziej żmudnych i skomplikowanych technicznie sekwencji, niemało również kosztująca. Efekt finalny mocno odstaje jednak od reszty produkcji, z czego zresztą filmowcy szybko zdali sobie sprawę. Niemniej postanowili zostawić ją w gotowym dziele, choć to właśnie ona jako jedyna mogłaby zostać wycięta bez straty dla fabuły. I oczu widza. Koszmar.
Blade Runner 2049
W piekle sztuczności
Nie jestem wielkim fanem tego sequela i w sumie mój największy zarzut do niego to fakt, że jest właśnie sequelem, a nie odrębną opowieścią. Ale to i tak film zaskakująco udany. Lecz nie wolny od wpadek. Denis Villeneuve często stawia w nim na przesadną widowiskowość, potrafiąc zachłysnąć się możliwościami CGI. Najlepszym tego dowodem nie tylko wykorzystanie generalnie zbędnej dla intrygi, sztucznej Rachel, ale też cała akcja w Las Vegas. Już sam pojedynek pomiędzy Deckardem i K uważam za dość kuriozalny, bezsensowny, nudny i kiepsko zrealizowany (w czym znowu nie pomaga zaawansowany wiek Harrisona Forda).
Prawdziwym przerostem formy nad treścią jest w nim przy tym wrzucenie jako tła wygibasów cyfrowego Elvisa Presleya, do którego za parę minut dołącza również miniaturowy Frank Sinatra w futurystycznej szafie grającej. Obaj potrzebni są temu filmowi jak uchodźcy Europie i w dodatku pewnie równie mocno nadszarpnęli budżet całej produkcji. Cóż, jak dowodzi oryginał, czasem mniej znaczy lepiej.
Matrix
Superman
Dzieło (wtedy jeszcze braci) Wachowskich to kult, przełom, novum i jeden z tych tytułów, które zmieniły oblicze kina. I zarazem idealne potwierdzenie tego, że nieważne, jak się zaczyna, ale jak kończy. W tym aspekcie twórcy nieco się zapędzili, a mowa o dosłownie ostatnich sekundach filmu. Oto Neo – już oświecony swoimi doświadczeniami – wypowiada do maszyn cały monolog o tym, jak to odłoży zaraz słuchawkę telefonu i (w dużym skrócie) pokaże ludziom prawdę. No i odkłada tę słuchawkę, wychodzi z budki i… tu historia powinna się skończyć klimatycznym zawieszeniem.
Ale nie! Zamiast tego widzimy po chwili, jak Neo… fruwa nad miastem. Z perspektywy późniejszych sequeli są to oczywiste podwaliny (inna sprawa, że nikt wtedy o nich nawet nie śnił). A i względem wypowiedzianych wcześniej słów o braku reguł i granic ma to jakiś sens. Ale mimo to niesmak i konsternacja pozostają…
Bonus: ta dobra
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości
Jam Batman!
Tak jak sam film zebrał głównie ostre baty – w większości jak najbardziej zasłużone – tak jedna sekwencja z pewnością się w nim wybija. I to na tyle mocno, że z miejsca zaliczona została do najlepszych kiedykolwiek sfilmowanych poczynań Mrocznego Rycerza. Chodzi, rzecz jasna, o odbicie matki Supermana przez Gacka (już sam ten opis moczy gacie nerdom). Rzecz to tak dobra, że przez tych kilka chwil poczułem się, jakbym dostał pierwszy cukierek od mojego dziadka. I tak bardzo odbiegająca swoją jakością od reszty filmu, że aż zmusza do refleksji na temat tego, co u licha stało się na planie, że pozostały seans to droga przez mękę?!
