search
REKLAMA
Zestawienie

Więzienne KINO AKCJI. Trzy ŚWIETNE filmy z charyzmy, pięści i krwi

Rafał Donica

2 stycznia 2021

REKLAMA

Brutalne akcyjniaki z charakterem, jak za starych dobrych czasów, to dziś gatunek na wymarciu. Jeśli już się pojawiają, bywają często i niezasłużenie pomijane w mainstreamowym tłumie, przelatując bez rozgłosu przez kina niczym woda przez sito. Mimo to nie zatrzymują się w pół kroku, idąc konsekwentnie własną, usłaną trupami i adrenaliną ścieżką. Istniejąc jakby w alternatywnej rzeczywistości, w której główny bohater, olawszy dzisiejszą poprawność polityczną, wciąż może kląć jak szewc, prać kogo i jak chce, a w zakazanej gębie trzymać papierosa. Te filmy, świadome tego, czym są, nie proszą nikogo o atencję, jakby wiedziały, że kto szuka takiego ostrego jak brzytwa, bezkompromisowego kina, znajdzie je bez wszędobylskich trailerów czy billboardowej akcji promocyjnej. I choć nie figurują w box office’ach, a często trzeba je wygrzebywać niemal z kinowego podziemia, wciąż powstają i mają nie tylko swoją widownię, ale są też wysoko oceniane przez krytyków.

Poniżej chciałbym Was zapoznać z trzema takimi znakomitymi tytułami perełkami, filmami z krwi i kości powstałymi w ostatnich latach. Filmami, które pokazują, że współczesne kino akcji nie tylko trykociarzami stoi i że nie straciło cohones ani błysku w oku. Wspólnym mianownikiem jest w nich fantastycznie zagrana centralna postać niepoddająca się łatwym osądom, a także motyw krwawej zemsty oraz fakt, że gros akcji dzieje się za więziennymi kratami. Bluzgi sypią się z ekranu równie często jak ciosy, krew leje się proporcjonalnie do ilości złamanych kości, a drapieżna fabuła nie bierze zakładników.

Krwawa zemsta (2019), reż. Jesse V. Johnson

Główny bohater, Cain Burgess, na plakacie pozuje z dwururką i ogniem w tle, co nadzwyczaj mylnie zapowiada taśmowy film klasy B. Bo choć momenty kategorii B w Krwawej zemście istotnie występują, to film jest czymś znacznie lepszym, obfitującym w mnóstwo elementów z wyższej półki, przykuwających do ekranu na równiutkie 90 minut. Gdy poznajemy Caina, stanowi on wypisz, wymaluj skrzyżowanie Marva z Sin City i potwora Roberta De Niro z Frankensteina Kennetha Branagha. Scott Adkins wypada w tej roli fenomenalnie, porażająco przerażająco (w tym miejscu również wielkie brawa dla charakteryzatorów). Spotkać kogoś takiego byłoby słabym doświadczeniem nie tylko w ciemnej uliczce, ale i w jasno oświetlonym supermarkecie na dziale z pluszakami. W trakcie filmu stopniowo dowiadujemy się, dlaczego bohater Adkinsa wygląda tak pięknie inaczej i zachowuje się niczym żądny krwi maniakalny zabójca… bez zlecenia.

Struktura tego mrocznego actionera z 2019 roku podzielona jest na dwie płaszczyzny czasowe i tyleż aren wydarzeń. Tu i teraz srebrnozęby Cain, niczym samotny król na szachownicy, stoi sam przeciw wszystkim pionkom, z dwururką w dłoni, w zamkniętej na trzy spusty knajpie, czekając na pojawienie się kluczowych figur i króla (seans Gambitu królowej wszedł mi chyba zdecydowanie za mocno). Po wykorzystaniu jednego strzału, mając w lufie drugi (każdorazowo ostatni) nabój, musi co i rusz od nowa doładować dwururkę, a pozostali przy życiu przeciwnicy tylko czekają na jakiś jego błąd lub zagapienie. Dzięki takiemu zabiegowi oraz temu, że nie do końca wiemy, kim jest ten drab o wyglądzie zawodnika MMA, któremu ciężarówka przejechała po twarzy, film trzyma w napięciu jak klema akumulatora zapięta na jajach i wciąga jak ruchome piaski.

W retrospekcjach przenosimy się do więzienia, gdzie nasz bohater, jeszcze ładny, walczy o życie, bijąc się na więziennych korytarzach z „kolegami”, którzy chcą go ukatrupić pięściami, nożami, czasem deską jakąś i czym tylko popadnie. W scenach walk dominuje układ sam vs wszyscy, gdzie każdy przeciwnik grzecznie czeka na swoją kolej, żeby przypadkiem ktoś nie dostał wpierdolu dwa razy. Przez to wdziera się do filmu pewna umowność, ale bądźmy szczerzy, ta metodologia walki znana jest od zarania kina kopanego, wszak nawet Bruce’a Lee w Chińskim łączniku atakowano grzecznie, według numerka w kolejce. Scott Adkins prezentuje się w scenach walk co najmniej spektakularnie, widać, że wie, jak się bić; zna wushu, taekwondo, kick-boxing, judo, ju-jitsu (i pewnie jeszcze kilka innych słów po japońsku). Kości są łamane jedna za drugą, niczym u Seagala z czasów, gdy było go o kilka kilogramów obywatela mniej. Choreograficznie dopieszczone walki kręcone są na długich, podkreślających realizm, brutalność i dynamikę ujęciach, dzięki czemu widać jak na dłoni, że tu nikt nie udaje, oczywiście poza panem ze zdjęcia poniżej, który pluje prawdopodobnie jakimś sokiem z malin.

Szkoda, że o pochodzącym z Wielkiej Brytanii zabijace nie jest głośniej, bo aktorsko stoi kilka klas wyżej od np. Jeana-Claude’a Van Damme’a, prezentując jednocześnie podobny poziom widowiskowości i finezji w poruszaniu się i sposobie walki. Szczerze powiedziawszy, dowiedziałem się o istnieniu Scotta Adkinsa dosłownie kilka dni temu, gdy natrafiłem właśnie na Krwawą zemstę. Obserwując go w scenach dialogowych z początku filmu, byłem pod tak dużym wrażeniem kreowanej przezeń niepokojąco wyglądającej postaci, że zdziwiłem się, widząc go później w normalnym wydaniu (w sensie urody) i jako prawdziwego badassa w scenach walk.

Od razu po seansie Krwawej zemsty sięgnąłem po inne wysoko oceniane filmy z tym aktorem, jak Pan Wypadek (ależ kawał fajnego actionera!) czy Champion 2, 3 i 4 (także świetne kino kopano-więzienne). I mam wrażenie, że powoli rodzi się nowa ikona kina akcji, mogąca dziś wskoczyć w miejsce takich legend jak wspomniany już Rosjanin z nadwagą czy Van Damme z najlepszych lat. Jednocześnie jestem świadom, i trochę tego szkoda, że epoka ekranowych mięśniaków-zabijaków umiejących w sztuki walki jest już dawno za nami i dziś ciężko przebić się nowym twarzom do zbiorowej wyobraźni widzów. Jednakowoż Scott Adkins na pewno na popularność i docenienie zasługuje, bo naprawdę fajnie się na niego patrzy.

Krwawa zemsta to cholernie dobry kawał męskiego, wysokooktanowego kina, z ostrymi dialogami, kapitalnym soundtrackiem (!), opowiedzianego z werwą, wciągająco i bez sekundy nudy. Do tego reżyser umiejętnie czerpie ze stylu Guya Ritchiego, zarówno pod względem montażu, jak i dialogów (brytyjski akcent Adkinsa i reszty obsady robi robotę), czarnego humoru czy kreowania galerii barwnych postaci z przestępczego półświatka. Film, który na RottenTomatoes otrzymał 86% od krytyków (!), wyreżyserował Jesse V. Johnson, uznany w Hollywood kaskader (m.in. Pamięć absolutna, Żołnierze kosmosu, M:I 3), który reżyseruje rzadko i jeśli już, to na pokładzie niemal zawsze ma Scotta Adkinsa, obsadzonego przeważnie w roli głównej.

Avatar

Rafał Donica

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA