Zestawienie

Najlepsze KOMEDIE science fiction

Autor: Odys Korczyński
opublikowano
Współczesne kino fantastycznonaukowe coraz częściej obciąża nas mieszanką rozrywki i poważnej tematyki filozoficznej. Wyraźnie gatunek science fiction dąży do zmiany jego czysto rozrywkowego postrzegania. Reżyserzy fantastyki chcą być docenieni jako wybitnie humanistyczni artyści snujący pozaziemskie historie na równi z twórcami dramatów psychologicznych i filmów obyczajowych. Ich rozważania polegają na transhumanistycznych interpretacjach istoty człowieczeństwa, praw robotów do stanowienia o sobie, a nawet ksenogatunkowych związków erotycznych. A wszystko to w takiej atmosferze, jakby zaraz miał się skończyć ludzki świat. Czy to jednak konieczne?

A przecież wszystkie te problemy da się również przedstawić za pomocą żartu, obśmiać, nawet surrealistycznie. Dlatego tak tęsknię za komediami science fiction, których produkuje się niewiele. Nawet patrząc na całą historię kina SF, czysto komediowych (i jednocześnie zapisanych w historii gatunku) filmów nie jest wiele. Wybrałem te, które najlepiej spełniają rolę nośników bezkompromisowej rozrywki oraz jednocześnie nie uciekają od poważnych rozważań humanistycznych. Całkiem niedawno pisałem o dwóch takich idealnie wyważonych komediach – Faceci w czerni i Strażnicy Galaktyki. Większość zebranych w zestawieniu produkcji jest jednak znacznie starsza, tak jakby współczesna fantastyka zapomniała, jak to jest się śmiać.

Kosmiczne jaja (1987), reż. Mel Brooks

A kosmojajeczny statek płynie, płynie i płynie. Pośmiać się można więc już na samym początku. Potem zjawia się lord Hełmofon, a Dot Matrix boi się, że ktoś zaglądnie jej w puszkę. Oglądając produkcję Brooksa, czasem żałuję, że oryginalne Gwiezdne Wojny nie miały chociaż minimalnej dawki podobnie irracjonalnego humoru. Oczywiście nie żebym chciał zmienić gatunek sagi George’a Lucasa. W pewnych momentach jednak brakowało jej luzu, a dzisiaj jest on już jedynie wspomnieniem, bo poczucie humoru Disneya jest podobne do zdolności latania u żółwi. Za co kochamy Kosmiczne jaja? Za niesamowicie sprytne wykorzystanie zakodowanych w popkulturze symboli do stworzenia kultowej farsy. Nie jakiejś niezależnej wersji, sequela czy innego typu „-quela”, ale pełnoprawnej fabuły, która śmieszy, którą się pamięta, a w nawiązaniach do przeróżnych książek, filmów, kodów kulturowych i naszych przywar można dosłownie przebierać – o ile się je oczywiście zna.

Pogromcy duchów (1984), reż. Ivan Reitman

Branża duchowa, ale nie ta religijna, tylko ta bardziej naukowa i niedoinwestowana z pieniędzy podatników, idealnie łączy to, co jest science, z tym, co większość ma za fiction. Co ciekawe, sytuacja tu powinna być komplementarna z tą religijną, a jednak tak nie jest. W duchy mało kto wierzy, a jeszcze mniej ufa w próby naukowych wyjaśnień np. eksterioryzacji czy innych typów istnień pozafizycznych czy zjawisk paranormalnych. Niezależne duchy mają po prostu gorszy marketing, a kampania prowadzona jest o bez mała 1950 lat za krótko. Poczekajmy. Niewątpliwie jednak takie filmy jak Pogromcy duchów powodują gdzieś u widzów takie delikatne jątrzenie na granicy zdrowego rozsądku. Czy aby na pewno świat fizyczny jest jedyny? A może ciągle ktoś na nas patrzy i śmieje się z naszych intymnych poczynań? Ale byłaby heca. Produkcja Ivana Reitmana zręcznie oswaja nasz dziecięcy lęk przed tym, czego nie widzimy. Niby w filmie to jest złe, demoniczne, a jednak przy odrobinie zdrowego, naukowego i tym samym racjonalnego podejścia człowiek potrafi dać sobie z tym radę. A przy tym się dobrze pośmiać.

Alf (1986–1990), twórcy: Paul Fusco, Tom Patchett

Z tego, co pamiętam, były to niedzielne popołudnia. Jeśli pomyliłem z sobotnimi, to mnie poprawcie. Oglądałem Alfa, będąc częściowo myślami na poniedziałkowych lekcjach. Serial ten był więc ostatnim miłym akcentem kończącego się weekendu – taka trochę radość przez łzy. Dzisiaj nie żyją już zarówno Max Wright (Willie Tanner), jak i Michu Meszaros noszący kostium Alfa. Nie ma także wśród nas Johna LaMotty (Trevor Ochmonek), nie mówiąc już o kocie Szczęściarzu. Pozostało także pytanie: co się stało z Alfem? Oczywiście po nagłym zakończeniu serialu po kilku latach zrealizowano film pełnometrażowy Projekt Alf (1996), ale nie miał już za grosz klimatu. Samo zaś wyjaśnienie dalszych losów kosmity z planety Melmac nie zadziałało na wyobraźnię tak, jak mogło, gdyby został nakręcony piąty sezon serialu. Urwano go niestety na czwartym, a widzów pozostawiono z niewyjaśnionym losem Alfa. Podobno serial nie przynosił takich zysków, jakich oczekiwała stacja NBC. Trudno w to dzisiaj uwierzyć.

Ostatnio dodane