Zestawienie

5 filmów w stylu STEAMPUNK do obejrzenia zamiast ZABÓJCZYCH MASZYN

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Steampunk to chyba najmniej znana odmiana science fiction, często nawet traktowana jak osobny gatunek lub samodzielny nurt stylistyczny. Biorący go na warsztat producenci sporo ryzykują. Nie każdy widz odnajduje się bowiem w futurystycznym świecie, który pod względem zaprezentowanej technologii pozostaje wyjątkowo archaiczny. Jeśli jednak lubisz SF w stylu retro, znajdziesz w tym tekście coś dla siebie.

Film Zabójcze maszyny, który dopiero co wszedł do kin, skąpany jest właśnie w tym sosie gatunkowym. Tak się składa, że obraz Christiana Riversa już widziałem i potwierdzam to, o czym donoszą pierwsze recenzje – że film jest bardzo nierówny, gdyż tak jak intryguje pomysłem wyjściowym, tak też odstrasza licznymi uproszczeniami, wynikającymi z młodzieżowego charakteru widowiska. Warto jednak spojrzeć na niego szerzej, właśnie przez pryzmat podgatunku, jaki realizuje. Może to zachęcić do dalszych poszukiwań. Jak się okazuje, co najmniej kilka filmowych wizji tego typu jest godnych polecenia.

Steampunk to fantastyka, która ukazując czasy przeszłe lub przyszłe, stawia na rozwój technologii mechanicznej. Często zatem historie te nawiązują do epoki wiktoriańskiej – czasu maszyn parowych (ang. steam to para) i rewolucji przemysłowej, wynosząc jednak ówczesny rozwój na znacznie wyższy poziom. Jest to czytelna kontra dla popularniejszego cyberpunku, który kręci się wokół elektroniki. Często steampunk łączy się z fantasy i, pokazując alternatywną rzeczywistość, ubogaca ją na równi maszynami i magią.

Steampunk obecny jest w powieściach (najczęściej u ojców SF: Juliusza Verne’a, Herberta G. Wellsa), grach komputerowych (Dishonored, Syberia, Bioshock) i komiksach. Z uwagi na możliwość tworzenia atrakcyjnej oprawy wizualnej podgatunek polubił się także z kinem. Oto pięć moim zdaniem najciekawszych przykładów filmów skąpanych w tej stylistyce. Co dołożylibyście do tej listy?

20 000 mil podmorskiej żeglugi (1954)

Mechanika Nautilusa zdecydowanie wyprzedziła epokę, w której rozgrywa się akcja powieści i filmu.

Niejednokrotnie miałem już okazję wspominać na łamach portalu o wielkim dziele Richarda Fleishera i zrobię to jeszcze nieraz, jeśli będzie taka potrzeba. Ze wszech miar uwielbiam bowiem zarówno literacką podstawę Juliusza Verne’a, jak i to, w jaki sposób ożyła ona na potrzeby kina w jedynej właściwej i godnej adaptacji. Nonkonformistyczna postawa kapitana Nemo ma dać nam do zrozumienia, że świat, w którym żyjemy, jest bardzo nieprzyjemnym miejscem. Z punktu widzenia podgatunku, jaki film realizuje, istotne jest jednak, co stało się środkiem do uzyskania celu bohatera. Mechanika Nautilusa zdecydowanie wyprzedziła epokę, w której rozgrywa się akcja powieści i filmu. Dość powiedzieć, że Simon Lake, dwudziestowieczny twórca łodzi podwodnych dla armii amerykańskiej, przyznał później, że to właśnie Nautilus był jego inspiracją. W przypadku 20 000 mil… mamy zatem do czynienia ze steampunkiem bardzo realnym i na swój sposób także kuszącym. Któż z nas nie ma czasem ochoty, by zostawić wszystko za sobą i udać się w podwodną podróż z kapitanem Nemo?

Przygody barona Munchausena (1988)

Terry Gilliam to artystyczny wariat, którego nie sposób nie lubić. Jego filmy są tak szalone, tak dziwaczne, tak surrealistyczne, tak fantazyjne, że same w sobie mogą z powodzeniem stanowić osobną gałąź sztuki. Nie inaczej jest z Przygodami barona Munchausena. Gilliam ponownie zaprasza nas do świata swoich marzeń, na odbycie jedynej w swoim rodzaju przygody, funkcjonującej na granicy jawy i snu. Film nie tyle osadza się w podgatunku steampunku, ile raczej nawiązuje do niego poszczególnymi elementami stylistyki. Wystarczy jeden rzut oka na fantastyczny statek powietrzny głównego bohatera, by nie mieć wątpliwości, iż swą funkcjonalnością nie pasuje do czasów, w których rozgrywa się fabuła. Zresztą trudno tu mówić o jakimkolwiek trzymaniu się rzeczywistości, bo filmowi bliżej jest do jej alternatywy. Wizja Gilliama nie jest podbudowana nauką, ale raczej wiarą w nieograniczone możliwości wyobraźni, pozwalającej nam przespacerować się po Księżycu lub zakochać się w bogini Wenus.

Miasto zaginionych dzieci (1995)

Jean-Pierre Jeunet to jeden z tych europejskich reżyserów, którego filmy już z daleka wołają o moją uwagę. Zarówno w Delicatessen, jak i w Mieście zaginionych dzieci twórca wykorzystał fantastykę do tego, by zaprezentować wizje skąpane w jedynej w swoim rodzaju plastyce. To zwykle ma swoje przełożenie na klimat jego filmów, w których to, co reżyser mówi, liczy się mniej od tego, jak to robi. Miasto zaginionych dzieci to film pamiętany właśnie dzięki zręcznemu wykorzystaniu stylistyki steampunk, w tym wypadku wzbogaconej groteską. Technologia szalonego naukowca budzi bowiem tak podziw, jak i żywy śmiech. Choć fabuła kręci się wokół technologii umożliwiającej kradzież snów, stanowiących marzenie szalonego naukowca, to jednak dla mnie kwintesencją tej osobliwej wizji jest ożywiony i trzymany w akwarium mózg, z którym można się bez trudu porozumiewać. Jeunet to wizjoner przez duże W.

Planeta skarbów (2002)

Swego czasu pisałem o tym filmie jako jednym z ciekawszych przykładów filmu pirackiego. W jego postrzeganiu kluczowe jest jednak wzięcie pod uwagę technologii, która umożliwiła bohaterom sięgnięcie gwiazd. To nieco zapomniane już widowisko wytwórni Walta Disneya jest bowiem kapitalnym przykładem zastosowania steampunku jako narzędzia służącego do odświeżenia nieco zastygłych schematów fabularnych. Nowa wersja klasycznej powieści Roberta Louisa Stevenssona miała szansę zadziałać w świadomości widzów za sprawą niezwykle bogatej tudzież zmyślnej prezentacji świata przedstawionego. W niej tradycyjna opowieść o chłopcu odnajdującym w sobie męskość ma szansę zaistnieć na zupełnie nowym poziomie. Kosmos, latające statki, cyborgi – to wszystko tylko pozornie nie pasuje do historii o piratach i skarbie. Disney ma rękę do tej stylistyki, choć szkoda, że tak rzadko do niej sięga. W podobny sposób zaprezentowany został także inny film studia – Atlantyda – zaginiony ląd – który dla sympatyka steampunku stanowi nie mniejszą gratkę.

Steamboy (2004)

Mógłbym wspomnieć jeszcze o świetnym Hugo i jego wynalazku lub przytoczyć inne animacje, jak 9 czy Ruchomy zamek Hauru. Każde z tych dzieł zasługuje na uwagę, także ze względu na podgatunek, który reprezentuje. Nie mogę jednak pominąć w zestawieniu Steamboya. Nie dlatego, że jest to historia inna niż wszystkie, bo jak w pozycji wyżej, tak i tu mamy do czynienia z dość przewidywalną, acz nie mniej urzekającą historią chłopca ogarniętego marzeniami o wielkości. Steamboy zasłużył sobie na miano jednego z ciekawszych filmów steampunkowych przede wszystkim dlatego, że w sposób wzorcowy realizuje założenia przytaczanej w artykule specyficznej odmiany science fiction. I czyni to w dodatku z niesamowitą wirtuozerią japońskiej kreski. Już nazwisko głównego bohatera – James Ray Steam – jest wierne wiodącemu tematowi. Z kolei akcja osadzona jest w dziewiętnastowiecznej Anglii, a zaprezentowana technologia stanowi dalekie rozwinięcie maszynerii parowej. Hiperbola jest dosadna zwłaszcza w efektownym finale.

Ostatnio dodane