Publicystyka filmowa
Wyjątkowo GŁUPIE filmy SCIENCE FICTION, które są skrycie GENIALNE
Coś wydaje się głupie, by już za chwilę objawiło przed nami swój geniusz – znacie to uczucie?
Tekst pierwotnie opublikowany 27.03.2022 r.
Wolność, jaką daje fantastyka naukowa, czasem może zadziałać na niekorzyść twórcy. W wymyślaniu niestworzonych, futurystycznych historyjek, wywodzących się niczym z marzeń sennych bardzo łatwo przekroczyć granice zdrowego rozsądku. Ale są takie filmy, które choć wydają się głupie, to w swojej istocie takie nie są. Oto kilka moich przykładów. Zaznaczam, że zestawienie nie wyczerpuje tematu.
Marsjanie atakują
To, co zrobił Tim Burton, polega na genialnym wykorzystaniu kostiumu science fiction w celu obśmiania ludzkości. Biorąc ten film na poważnie, pozbawiamy się możliwość zrozumienia żartu. Po raz kolejny, acz tym razem w wyraźnie komediowym duchu, fantastyka naukowa podejmująca temat inwazji obcych służy tu nie tyle po to, by pokazać niebezpieczeństwa, jakie skrywa kosmos, ale by zwrócić uwagę, że tak naprawdę nie potrzebujemy zewnętrznych ingerencji, by zacisnąć pętle na swojej szyi.
Bo jesteśmy chciwi – i chociażby to sprowadza nas na dno. Wszystko to podane jest w tak dosadny i bezpretensjonalny sposób, że nie sposób się tej zabawie poddać. Nie przywiązujcie się za bardzo do bohaterów z twarzami znanych aktorów, bo w tym filmie nie ma znaczenia status – wyższe od nas siły i technologie i tak zrobią porządek, a my nie mamy na to wpływu. Chyba że coś w sobie zmienimy.
Ciemna gwiazda
To jest taki film, który wygląda, jakby był robiony dla zgrywy. Aktorzy grają w nim jakby od niechcenia, a efekty specjalne przypominają żart. Ale nie dajcie się zwieść pozorom – w dużej mierze wiąże się to ze świadomymi zamysłami twórcy. John Carpenter nie bardzo mógł sobie pozwolić na to, by rys fabuły autorstwa Dana O’Banona zaprezentować w bogatszy sposób. Dlatego postawiono na klimat mocno dystansujący się od powagi, by zakamuflować niedostatki realizacyjne.
Dzięki temu właśnie na statku kosmicznym pojawia się dziwaczny kosmita, do którego stworzenia wykorzystano, uwaga, piłkę plażową. Efekt jest taki, że można boki zrywać ze śmiechu. Ale historia astronautów, którzy przemierzają kosmos w celu eliminacji niewygodnych planet, niesie w sobie wiele przesłań antywojennych i w tym tkwi jej siła. Nie zapominajmy też, do czego koncept zaprezentowany w Ciemnej gwieździe się ostatecznie przydał – lata później ten sam scenarzysta, ale we współpracy już z innym reżyserem i ze znacznie większym budżetem, stworzyli film, który przeszedł do historii kina SF. Mowa rzecz jasna o Obcym – ósmym pasażerze Nostromo.
Bez twarzy
Ilekroć pomyślę o tym filmie, zawsze uderza mnie to, jak dobry i głupi jest jednocześnie. Sam nie wiem, jak zachowałbym się jako producent, gdyby na moje biurko trafił scenariusz filmu opowiadającego o dwóch narwanych facetach, którzy wymieniali się twarzami. Chyba długo drapałbym się po głowie przed podjęciem decyzji o realizacji. Na szczęście reżyser John Woo miał sporo wyobraźni i nie zawahał się jej wykorzystać.
Wsparły go także dwie absolutnie topowe gwiazdy tamtych lat – Nicolas Cage i John Travolta – którzy dzięki swojej charyzmie w dużej mierze „robią” ten film. To ich podwójne i nieco szalone kreacje pamięta się po latach, a nie to, że wciąż trudno jest uwierzyć w pomysł wyjściowy filmu. Nie wiem jak wy, ale ja, pisząc ten opis, zapragnąłem odświeżyć sobie ten film po latach, by raz jeszcze trochę się pośmiać, trochę wstrzymać oddech, ale nade wszystko dobrze się zabawić. Zwłaszcza że coś tam przebąkuje się o sequelu.
Shin Godzilla
Seria filmów opowiadających o przygodach współczesnego dinozaura, czyli monumentalnej Godzilli, to jeden z najdłuższych filmowych seriali w historii kina. Ponad trzydzieści odcinków i wciąż nie widać końca. Po drodze, prócz klasycznych sequeli, dostaliśmy kilka remake’ów oryginału i całą masę kolejnych cross-overów, w których nasz gadzi bohater przeciwstawia się kolejnym potworom. Shin Godzilla jest na tym tle o tyle wyjątkowy, że powraca do oryginalnego konceptu, ale robi to w stylistyce typowej dla korzeni serii.
Retuszuje, ale nie poprawia, dodaje, ale nie zmienia. Nadal jest zatem kiczowato, nadal jest z humorem i werwą. To film, który dekady po premierze oryginału z 1954 roku wciąż zachowuje jego ducha. Wielu z was – przyzwyczajonych do tego, że jeśli robić remake, to tylko z toną CGI i tylko na poważnie – zapewne odrzuci ten film, myśląc, że ktoś chyba zrobił go dla żartu. Ja widzę w nim natomiast ogromny hołd złożony słynnemu potworowi. Gdzie mu tam do amerykańskich wersji, które choć są przyzwoite, to jednak odcięte od specyfiki japońskiej kultury.
Idiokracja
Kapitalny, wzorcowy przykład filmu idealnie pasującego do tematu tego zestawienia. Ten film jest tak szalenie idiotyczny, jak ludzie, o których opowiada, i świat, który przedstawia. Ale jest w tym przekazie genialny, bo trafia w sedno problemu. Rzecz w tym, że społeczeństwo głupieje, a twórcy Idiokracji postanowili z tego zadrwić.
Pamiętający jeszcze normalne czasy facet zostaje odhibernowany w przyszłości i oczom nie wierzy, do jakiego punktu zawędrowała ludzkość. Niechaj wizytówką tego filmu będzie postać idioty, który nie mogąc oderwać się od telewizora, siedzi na fotelu będącym jednocześnie szaletem. Lenistwo, indolencja, nieustanne chadzanie na skróty, zdawanie się na technologię i medialny przekaz uczynił z nas bezrefleksyjne małpy – nie obrażając małp, które czasem mają w sobie więcej inteligencji niż ludzie z dystopijnej Idiokracji. Brawo za tę drwinę, bo trafna jest jak żadna inna, a w dodatku coraz bardziej wiarygodna. Co może przerażać.
Człowiek demolka
Przyznaję się bez bicia – widziałem ten film zbyt dawno temu, by móc rzetelnie ocenić jego niedorzeczność. Ale z tego, co udało mi się zapamiętać, wyłania mi się m.in. scena miłosna między Stallone’em i Bullock, których seks przyszłości polega na zawierzeniu technologii. Bez kontaktu fizycznego – wszystko rozgrywa się w głowie poprzez VR. I wydaje mi się, że mniej więcej cały film opiera się właśnie na tym poziomie absurdu.
Dość powiedzieć, że przecież koncept kreśli spotkanie dwóch przebudzonych z hibernacji więźniów, ale akurat ten motyw z SF już znamy. Zabawa zaczyna się dopiero potem, gdy rzucą się sobie do gardeł. Przerysowane do bólu postacie sypią one-linerami niczym z rękawa i sprawiają wrażenie, jakby obudziły się w nowym, wspaniałym świecie tylko po to, żeby go rozpieprzyć. Ale, o dziwo, jest to fajne, naprawdę jest to fajne. Mam wrażenie, że Człowiek demolka stanowi swego rodzaju kwintesencję kina akcji lat 90. i jeden z najbardziej charakterystycznych przykładów dynamicznego SF. Tak należy go postrzegać. Jest głupawy, owszem, ale ma w sobie solidną dawkę mocy. Trochę tęsknię za takim kinem. Dziś nie da się bowiem w akcyjniakach zachować między tymi dwiema siłami balansu.
Zardoz
Ten film naprawdę nie potrzebuje opisu. Zdjęcie Connery’ego w czerwonych gaciach chyba mówi samo za siebie. Mimo wszystko pofatyguję się i wyjaśnię, co takiego sprawia, że boleśnie idiotyczny Zardoz stał się filmem kultowym. Mam wrażenie, że siłę stanowi tu koncept, wyjęty jakby z seksualnych marzeń dogorywającego starca, który chwilę wcześniej zażył LSD. W tym świecie po katastrofie liczą się kwestie ostateczne, boskie podteksty, ale nie brak też seksualnych wtrętów.
Dość powiedzieć, że pewna boska istota o kamiennej głowie zachęca tu do porzucenia broni i zastąpienia ją… penisem. Tak, dobrze czytacie. Ten film przypomina szaloną, erotyczną baśń, której pod żadnym pozorem nie należy czytać dzieciom. Chyba wiem, dlaczego Sean Connery zdecydował się wziąć udział w tym projekcie. Bo wiedział doskonale, że już nigdy więcej nie nadarzy się okazja do zagrania w czymś tak odjechanym.
Lobster
Kolejny film, do którego obejrzenia potrzebne jest odpowiednie podejście. Przyda się znać flagowe zagrywki Yórgosa Lánthimosa przed seansem. Jestem pewien, że wielu widzów odrzucił smak tego homara i do dziś wspominają go źle. Wszystko bowiem, co dzieje się na ekranie, przypomina tragifarsę, począwszy od pomysłu na fabułę, przez świat, na grze aktorskiej skończywszy. W tej historii dziejącej się w przyszłości samotni ludzie są wyłapywani i umieszczani w hotelu, gdzie mają określony czas na to, by znaleźć sobie parę.
Jeśli tego nie zrobią, cóż, zostaną zamienieni w zwierzę i wypuszczeni w dzicz. Owszem, to brzmi jak żart. Jedni popukają się po głowie, nie radząc sobie z nawałem absurdu i niedorzecznego humoru, drudzy, do których osobiście się zaliczam, zaczną w tym samym czasie klaskać, doceniając błyskotliwość alegorii o międzyludzkich relacjach. Jeśli skumacie, o co chodziło greckiemu reżyserowi, ujawni się przed wami geniusz Lobstera.
BONUS: Planeta małp
My, kinomani, doskonale wiemy, że nie ma nic głupiego w tym, że małpa gada ludzkim głosem. W kinie widzieliśmy już wszystko, twórcy ruchomych obrazów potrafili przecież dawać uzasadnienie nawet najbardziej idiotycznym pomysłom. Nie zmienia to jednak faktu, że z dystansu i na papierze pewne klasyczne już scenariusze w oderwaniu od swego kulturowego znaczenia wyglądają po prostu głupio. Wyobraźcie sobie Charltona Hestona, który z cygarem w ręku, siedząc przy kominku, czyta sobie skrypt Planety Małp, mając wkrótce podjąć decyzję, czy wchodzi w to, czy nie.
Myślicie, że umiał zachować powagę? Śmiem wątpić. Ale na tym właśnie polega magia kina, moi drodzy. Pomysł może brzmieć śmiesznie, założenia świata, który ma zostać wykreowany, mogą chwiać się nogach z gliny, ale cała sztuka polega na tym, by roztoczyć przed oczyma widzów zgrabną iluzję. My po latach ekscytujemy się dzięki temu mnogością trafnych metafor zawartych w filmie z 1968 roku. Kupiliśmy tę wizję. Aczkolwiek… te małpy nadal gadają.
