Publicystyka filmowa
WIĘC CHODŹ, POMALUJ MÓJ ŚWIAT… O whitewashingu i podwójnych standardach
WIĘC CHODŹ, POMALUJ MÓJ ŚWIAT to ironiczna analiza hollywoodzkiego whitewashingu, który wciąż budzi kontrowersje i pytania o standardy.
Patrząc na bieżące wydarzenia związane z produkcją filmową, nie można oprzeć się wrażeniu, że cała ta hollywoodzka banda białasów za wiele sobie pozwala. Bo jak to tak… wybielać postaci? Co oni sobie myślą? Przecież tak nie przystoi! Gdyby chociaż stanowili większość społeczeństwa… och, chwila.
I tym oto sposobem uroczyście wystawiłem swój blady tyłek, na którym możecie przybić stempelek z napisem „RASISTA”. Ewentualnie możecie też kontynuować lekturę i sprawdzić do czego zmierzam – wybór należy do was.
Czytacie dalej? Miło, bo cały ten jakże ironiczny wstęp ma na celu przerysowanie obecnej sytuacji. Idę tu śladem Chrisa Rocka, który przez połowę zeszłorocznej gali oscarowej żartował z #oscarssowhite w taki sposób, że właściwie nie było wiadomo, w kogo w danym momencie uderza. Na całe szczęście zachował resztki zdrowego rozsądku, wymierzając solidne kuksańce zarówno białym, jak i czarnym (choć mogło to umknąć dumnym „wolnościowcom”, piejącym z zachwytu nad tym, jak Rock utarł nosa białasom).
Gildia oczywiście zreflektowała się w tym roku, przyznając znacznie więcej nagród osobom ciemnoskórym, jednak to dopiero początek „wojny”. Podczas gdy każdy biały, heteroseksualny mężczyzna musi ważyć słowa, by nikogo nie urażać swoim istnieniem, zabawa trwa w najlepsze.
Celowo we wstępie wspominam o większości, ponieważ procentowy udział przedstawicieli poszczególnych ras w strukturze społecznej Stanów Zjednoczonych jest tu dość ważną kwestią. Przywołam więc informacje na ten temat, byście nie musieli szperać w Wikipedii. Otóż poza około dziesięcioma procentami, które należą do ludności rdzennej, określają się jako „dwurasowi” bądź twierdzą, że reprezentują inną przynależność, podział trzech podstawowych ras jest dość klarowny: biali: 72,4%, czarni bądź Afroamerykanie: 12,6%.
Azjaci: 4,8%. Nie wyróżnia się tu ludności latynoskiej, która stanowi około 16,3% całego społeczeństwa, jednak w badaniach przyporządkowuje się ich do grupy 82,6% społeczeństwa białego lub reprezentującego inne przynależności. Teraz, mając już dane liczbowe, możecie zacząć oglądać filmy – koniecznie licząc liczbę aktorów każdego koloru!
Oczywiście każdy ma prawo zarówno bronić praw mniejszości, jak i wytykać im, że wbrew swojemu statusowi próbują oni zdominować resztę społeczeństwa. Koniec końców prawda zawsze znajduje się gdzieś pośrodku. Taki układ sił i jednoczesne starania o jak największą poprawność polityczną prowadzą jednak do sytuacji kuriozalnych. Najdoskonalszym przykładem będą tu recenzje trzeciej części Wiedźmina, która – mimo świetnych ocen płynących z całego świata – w Stanach Zjednoczonych została uznana za rasistowską. Zdaniem Amerykanów słowiańska otoczka przygód Geralta nie tłumaczy braku ciemnoskórych postaci w grze (sic!).
I wiecie, co jest najśmieszniejsze? Podłożem całej tej sytuacji rzeczywiście jest rasizm. Nikt go jednak nie określa tym mianem, bo przecież rasistą może być tylko biały człowiek. Gdyby nagle odwrócić role, okazałoby się, że samo określenie whitewashing jest już niepoprawne politycznie. Istnieje przecież znacznie szerszy termin racebending, jednak z jakichś powodów został on zastąpiony dwoma osobnymi kategoriami: negatywnym wybielaniem oraz pozytywnym wprowadzaniem różnorodności. Tak przynajmniej głosi oficjalna strona poświęcona temu zjawisku:
Czasem racebending może przynosić pozytywne skutki, jak wprowadzanie różnorodności bądź nowych możliwości rozwoju fabuły.
Znajdujemy się więc w sytuacji, która zaczyna przypominać kabaret. Mniejszość atakuje, większość grzecznie przeprasza i robi wszystko, by wynagrodzić mniejszości jej krzywdy. Nie chcę uprawiać czarnowidztwa, ale właśnie w taki sposób doprowadza się do konfliktów na tle rasowym – póki co możemy jednak śmiać się z tej kuriozalnej sytuacji (jeszcze).
Walka o poprawność rasową nabiera takiego rozmachu, że z wypiekami na twarzy i popcornem w ręku wyczekiwałem internetowej wojny po ogłoszeniu, że nowym Aquamanem zostanie Jason Momoa. W końcu jakim prawem biali uzurpują sobie prawa do reprezentowania Atlantydy?! Jakiejś wielkiej burzy nie było, ale na pocieszenie pozostają protesty feministek, których zdaniem Wonder Woman nie powinna golić pach. Kończąc jednak śmieszkowanie, przejdę do meritum.
Mimo prześmiewczej formy tego tekstu, doskonale rozumiem problemy, jakie rodzi racebending. Trudno jednak walczyć z tym zjawiskiem, gdy osoby uzurpujące sobie do tego prawo same przybierają postawę skrajnie rasistowską. To co najmniej niepoważne podejście! Hollywood ma wiele na sumieniu, a sam whitewashing nie wziął się z rękawa. Wiele produkcji, także tych kultowych, zastępowało białymi aktorami przedstawicieli innych ras. Nie zamierzam udowadniać, że miało to sens – bo w większości przypadków nie miało. Nie wydaje mi się jednak, by odwracanie sytuacji o sto osiemdziesiąt stopni i dobieranie obsady wedle odgórnie ustalonych parytetów było słusznym rozwiązaniem.
Tak niestety się dzieje, a to dopiero początek. Niebawem przyjdzie nam się zmierzyć nie tylko z podziałami rasowymi, ale i nadawaniem tożsamości rasowej… cyborgom (tekstu o Ghost in the Shell spodziewajcie się pod koniec marca).
I pomyśleć, że cały ten tekst zainspirowała jedna osoba: Tessa Thompson (Creed: Narodziny legendy, Westworld), od kilku dni stanowiąca dla mnie uosobienie podwójnych standardów. A wszystko za sprawą jednego z wywiadów, jaki aktorka udzieliła niedawno. Rzecz dotyczyła filmu Thor: Ragnarok, do obsady którego Thompson dołączyła.
Szczerze mówiąc, historia marvelowskiego Thora mało mnie obchodzi. Ze wszystkich superbohaterów ten akurat robi na mnie najmniejsze wrażenie. A jako osoba, która chce po prostu oglądać dobre filmy z dobrymi aktorami, zupełnie nie zwracałem uwagi na obsadowe niuanse, ale…
Jak wiadomo, większość kompanów Thora ma swoje korzenie w mitologii nordyckiej, która siłą rzeczy jest przepełniona postaciami białymi. Te jednak się nie sprzedadzą, jeśli wytwórnia nie zadba o reprezentację mniejszości etnicznych. Tak więc jakże nordycki Idris Elba odgrywał w Marvel Cinematic Universe rolę Heimdalla – i zupełnie mi to nie przeszkadzało, podobnie jak dorzucenia do ekipy kolejnej ciemnoskórej postaci – typowo nordyckiej Tessy Thomson, która wcieli się w Valkirię. I pewnie nadal nie robiłoby mi to żadnej różnicy, gdyby nie wspomniany wywiad. Aktorka jawi się tam jako przedstawicielka osób walczących o „równość”:
Dużo rozmawialiśmy na temat reprezentacji mniejszości w tym filmie. Niefortunnie się złożyło, że większość produkcji fantasy opiera się na materiałach źródłowych, stworzony w czasach, gdy nikt nie myślał o tym problemie.
Thompson zdaje się nie zwracać uwagi na mitologiczne korzenie postaci, zamiast tego skupiając się na (oczywiście białych) ludziach, którzy – w jej zdaniem niewłaściwy sposób – wykreowali bohaterów komiksów. I te słowa chyba najdobitniej obnażają smutną prawdę o stanie amerykańskiego rynku filmowego. Dokąd to wszystko zmierza?
korekta: Kornelia Farynowska
