Publicystyka filmowa
WESOŁY DIABEŁ (1986 & 1988). Trauma przepracowana
WESOŁY DIABEŁ to historia, w której trauma łączy pokolenia, a wspomnienia z dzieciństwa zyskują nowy, mroczny wymiar.
Kilka tygodni temu w jednym z australijskich kin doszło do zaskakującej sytuacji, kiedy to przed seansem Piotrusia Królika puszczono zwiastun nowego horroru Dziedzictwo. Hereditary, ku przerażeniu znajdujących się na sali dzieci i ich rodziców. Przypomniało mi to historię moich przyjaciół, którzy jeszcze w latach 90. poszli do kina na familijnego Flubbera. Wśród widzów była również klasa kilkuletnich dzieciaczków, czekających na komedię z Robinem Williamsem, ale niespodziewających się widoku potwornych ksenomorfów w zwiastunie Obcego: Przebudzenie. Jak można się domyślić, nie byli rozbawieni tą zajawką. Te całkiem przypadkowe incydenty mogły być dla małych widzów ich pierwszym zetknięciem się z filmowym horrorem, mocno niefortunnym debiutem, ale jednocześnie pozbawionym celowości – nie wierzę w to, że rzeczone zwiastuny zostały wstawione naumyślnie, po to, aby nastraszyć biedne dzieci. Co zatem zrobić z filmem, który powstał z myślą o najmłodszych, a doprowadził je do traumy? Jak się czujemy (do dziś!), słysząc samo tylko imię Piszczałki?
Na wstępie zaznaczę, że głównym tematem tego tekstu będą Bliskie spotkania z wesołym diabłem (1988), czyli drugi film Jerzego Łukaszewicza o przygodach tytułowego stwora. Powodem jest różna przynależność gatunkowa obu części – o ile Przyjaciel wesołego diabła (1986) jest baśnią fantasy, rozgrywającą się „dawno, dawno temu”, w której diabeł Piszczałka od momentu pojawienia się na ekranie jawi się jako sympatyczny, mocno niezgrabny chochlik, o tyle już quasi-kontynuacja umiejscawia swojego bohatera we współczesności, czyniąc z niego postać, której wszyscy wokół się boją. Pierwsza połowa filmu korzysta z poetyki kina grozy tak często i pewnie, że aż trudno uwierzyć, że za cały dyptyk odpowiada ten sam człowiek. Ale po kolei i od początku.
KRZYŚ
Pamiętam to jak dziś – miałem siedem, może osiem lat, niedzielny poranek, śniadanie na stole, telewizor włączony, a tam pierwszy odcinek Przyjaciół wesołego diabła, serialowej wersji obu filmów. W jaki sposób twórcy połączyli dwie całkiem różne historie, napiszę później. Teraz trzeba tylko wiedzieć, że serial rozpoczynał się dokładnie tak, jak druga fabuła, czyli Bliskie spotkania. Od ujęcia wyłaniającego się z ciemnej nocy potwora. Kudłaty kurdupel, uzbrojony w gigantycznych rozmiarów widelec z wykrzywionymi końcami, idzie w kierunku kamery, a towarzysząca mu muzyka Marka Bilińskiego dziwnie nie pasuje do skierowanej rzekomo do dzieci produkcji.
Ponure dźwięki i obraz, demon na ekranie, pasmo filmów dla najmłodszych – coś mi tu śmierdziało. Byłem zdezorientowany, poruszony, a nawet już wystraszony, a to ledwo czołówka. Oglądam jednak dalej. Głównie dlatego, że chcę też zjeść śniadanie. Jajka były, pamiętam dobrze, bo chwilę później na ekranie ta szkaradność zwinęła inne jajko biednej harcerce. I wtedy zobaczyłem diabła całkiem z bliska – wielki, zadarty do góry nos, pomarszczona, cała czarna morda, oczu jakby nie było. Harcerki we wrzask, bo widzą to, co i ja widzę. Spojrzałem wtedy na swoje śniadanie – jajka nadal na stole, ale oczami wyobraźni widzę, jak włochata łapa jedno zabiera. Mojej młodszej siostry w ogóle to nie wzięło, rodziców też – nerwy jak postronki, żadnej reakcji. Po raz pierwszy w życiu byłem sam.
Jedziemy dalej, a właściwie Leon jedzie, jakimś sportowym wozem, jak w Nożu w wodzie (wtedy nie byłem taki mądry). Na siedzeniu obok jego żona, albo matka żony, jeśli nadal trzymać się analogii z filmem Polańskiego. Najpierw mijają przerażone harcerki, a potem wpadają na ten pomiot szatana, który przecina im drogę, wybiegając z jednego zagajnika, aby zniknąć w drugim. Ruszało się toto niezgrabnie i w zwolnionym tempie, dzięki czemu cała scena trwała dłużej, niż powinna.
Moje młode serce nie wytrzymało. Ja też wybiegłem – z pokoju do kuchni – tłumacząc reszcie domowników, że idę pozmywać po śniadaniu. Błyskawicznie przejrzeli mój blef, bo w tamtych czasach pochłaniałem wszystko, co leciało w telewizji, a naczynia myłem niechętnie. Łzy w oczach, pot na czole, cały się trząsłem ze strachu, ale jakoś udało im się zaciągnąć mnie z powrotem przed ekran. Chciałbym pamiętać (albo najlepiej nagrać – twardy dowód!) to, co mi wtedy powiedzieli, w jaki sposób przekonali zszokowanego kilkulatka do tego, aby kontynuował tę wyprawę do piekła, bez pewności, że wróci potem do domu. Zatem usiadłem pośród bliskich, a w rzeczywistości – jak w pułapce.
Na ekranie chłopiec na wózku i jego ojciec, a gdzieś w tle kręci się „wesoły diabeł”. Czasem pojawi się kawałek nogi, łapa, cień albo dziwne dźwięki, na szczęście bez widoku jego zakazanej gęby. Czułem, że najgorsze minęło. Ale pan reżyser wie, co robi. Buduje grunt i czeka, aby zadać najdotkliwszy cios dla mojej wątłej już psychiki. W następnej scenie chłopiec budzi się nocą, podczas potężnej burzy z piorunami, aby zobaczyć, że bestia dobija się do jego okna. Dzieciak wrzeszczy, a jego ojciec przybywa na ratunek. Mój siedzi obok i niespecjalnie przejmuje się moim stanem przedzawałowym.
I wtedy pan reżyser zapewnia mi traumę na resztę mych młodzieńczych lat – w calusieńkim kadrze, w pełnej glorii, nagle i bez ostrzeżenia pojawia się oświetlona błyskawicą twarz diabła. Przepotworna, nieludzka, bynajmniej nie przeznaczona dla dzieci. Jak to możliwe, że familijna produkcja stała się przyczyną koszmarów niejednego polskiego dziecka na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych? Gdzie popełniono błąd? A może ta reakcja wcale nie była przypadkowa?
KRZYSZTOF
Prawie trzy dekady później oglądam filmy o Piszczałce ze świadomością, że nie tylko ja drżałem na dźwięk jego imienia. Że nie tylko ja unikałem jak ognia widoku jego twarzy. Wspomnienie wiecznie żywe, na szczęście strach już nie. Przeprosiłem się z tym diabłem już jakiś czas temu, wychodząc mu naprzeciw i oglądając pierwszy film, gdy miałem naście lat (a była to bardzo późna „nastka”). Powtórka po latach również udana – jest to w gruncie rzeczy solidna próba polskiego fantasy, bliska temu, co powstawało wtedy na zachodzie, by wymienić tylko Bandytów czasu Terry’ego Gilliama czy Labirynt Jima Hensona.
Za podstawę literacką Przyjaciela wesołego diabła posłużyła powieść Kornela Makuszyńskiego pod tym samym tytułem, acz poza bardzo ogólnym zarysem fabularnym (młody Janek podejmuje się wyprawy do krainy ciemności po to, aby jego opiekun i przybrany ojciec, Witalis, odzyskał wzrok) książkę i film różni praktycznie wszystko.
Przede wszystkim sam Piszczałka (w pierwszej części gra go Piotr Dziamarski) jest całkiem inaczej pomyślanym bohaterem – ten literacki bardziej przypomina naiwnego, dobrodusznego człowieczka, który posługuje się płynną polszczyzną, i chyba tylko przez przypadek kształci się w diabelskim fachu, podczas gdy filmowy jest bestyjką psotną, o niesprecyzowanym statusie ontologicznym (raczej nie pochodzi z piekła i nigdy tam nie zmierzał), mówiącą trochę jak niedouczone dziecko. Jego rymowanki na stałe zawitały w zbiorowej świadomości: „Ja kudłaty durnowaty, nie wiedziałem, co to taty” bądź „Ja kudłaty durnowaty, reperuję stare graty”.
Trudno się go bać, bo sympatyczna to pokraka, a i stosunek Janka (w tej roli Waldemar Kalisz) do diabła od początku jest nienaznaczony strachem. Jeszcze trudniej się nie zaśmiać, gdy chłopak woła za Piszczałką „proszę pana”. Gdy w finale włochacz odchodzi w stronę zachodzącego słońca, wzruszony końcem podróży swojego przyjaciela, trudno samemu nie rozczulić się decyzją Piszczały o rozstaniu z Jankiem.
Część druga to zupełnie inna bajka. Przez dobre pół filmu tytułowy bohater pełni rolę postrachu Gór Piekielnych (w rzeczywistości zdjęcia kręcone były w Górach Stołowych i Kotlinie Kłodzkiej), turystów i miejscowych, którzy tytułowe bliskie spotkania przypłacają niemałą nerwówką i krzykami. Tak jak w Przyjacielu wesołego diabła nikt się go nie bał, tak tutaj przerażeni są wszyscy. Zaskakująca to zmiana, tonacyjna, stylistyczna i koncepcyjna, aby z postaci już oswojonej zrobić stwora pozornie groźnego i jeszcze bardziej tajemniczego niż w części pierwszej.
Duża w tym zasługa muzyki Marka Bilińskiego, pozbawionej (do pewnego momentu) czułości i sentymentalizmu znanych z poprzedniego filmu, tym razem służącej budowie nastroju tajemnicy i zagrożenia. Również sam Piszczałka jest postacią mniej oczywistą, częściej filmowaną z oddali lub widoczną jedynie fragmentarycznie. Ale nawet, gdy zostaje nam pokazana jego twarz, wydaje się ona być ciemniejsza, wręcz czarna. Zaprojektowany przez Waldemara Pokromskiego diabeł miał w Przyjacielu… mordkę bardziej pozytywną, zdradzającą psotny charakter, ale nie nieczyste zamiary. Sposób, w jaki Piszczałka ukazany jest w kontynuacji, zwyczajnie budzi wątpliwość.
Dopiero w drugiej połowie filmu, gdy przykuty do wózka Bi (skrót od Zenobiego, którego gra Rafał Synówka) zostaje uratowany przez diabełka (tym razem kostium przywdział Franciszek Ćwirko) i odkrywa, że jet on faktycznie wesołym towarzyszem, Łukaszewicz, który ponownie odpowiedzialny był za reżyserię, scenariusz i zdjęcia, przypomina sobie, że kręci fabułę skierowaną do dzieci. Choć w rzeczywistości trudno tu cokolwiek nazwać fabułą. Tej historii niepełnosprawnego chłopca brak celowości, poza życzeniowym uzdrowieniem go w finale. Sam Piszczałka najwyraźniej chce znaleźć mający magiczne właściwości, znany z poprzedniej części biały kamień, ale gdy tam cudowność była efektem wędrówki i poświęcenia głównego bohatera, tutaj podyktowana jest wyłącznie działaniem klejnotu.
Trudno zatem nie mówić o rozczarowaniu historią w kontynuacji. Zastanawia również zabieg przeniesienia akcji do współczesności, choć zachwyt technologicznym postępem, przejawiający się w nowoczesnym wyglądzie wózka Bi oraz systemie alarmowym domu, w którym mieszka, jest tożsamy z tym, co Łukaszewicz stworzy w latach 90. w serialu WOW czy w Łowcy: ostatnim starciu. Jeśli jednak zastanowić się nad tym, w jaki sposób obie przygody wesołego diabła są ze sobą związane, można dojść do interesujących wniosków.
Serial próbował połączyć dwie fabuły w sposób, wydawać by się mogło, oczywisty, prezentując historię Janka w formie retrospekcji – kiedy Piszczałka i Bi znajdują kamień, ten drugi poznaje również dzieje swego poprzednika. W ten sposób baśniowa opowieść miała niemały wpływ na przemianę bohatera ze współczesności, z krzykliwego i nieco irytującego w gotowego ruszyć z pomocą, gdy jego włochaty przyjaciel staje się celem myśliwych. Obie historie są zresztą do siebie podobne, gdyż ukazują ojcowsko-synowską miłość (ojców grają kolejno Franciszek Pieczka i Jacek Chmielnik), niełatwą, naznaczoną kalectwem jednej z osób, ale też cudownym uzdrowieniem w finale.
Ale drugi film ignoruje tę retrospekcję, a jedyny raz, gdy element pierwszej części zostaje przemycony do kontynuacji, każe potraktować Bliskie spotkania z wesołym diabłem jako najprawdziwszy metahorror, komentarz reżysera dotyczący odbioru swojego wcześniejszego dzieła. W jednej ze scen bowiem Bi, ze słuchawkami na uszach, słucha… dialogów z poprzedniego filmu, jeszcze zanim pozna Piszczałkę. Jest tak jakby historia Janka istniała w świecie jego współczesnego rówieśnika nie jako wcześniejsze dzieje tej rzeczywistości, a autonomiczne dzieło, utwór literacki lub filmowy.
Niestety nie wiem, jaka była reakcja, zwłaszcza dzieci, na diabła Piszczałkę z pierwszego filmu, ale jeśli i w 1986 roku przyniósł on nieprzespane noce wielu innym kilkulatkom, łatwo wytłumaczyć jego bardziej horrorowe potraktowanie w kontynuacji. Czy Łukaszewicz naprawdę zapragnął zobrazować sytuację, gdy pierwszą reakcją na tytułową postać z historii dla dzieci jest szok, płacz i zgrzytanie zębami? Nieprzypadkowo w takim razie umieścił akcję sequela we współczesności, ponownie czyniąc głównym bohaterem dziecko, zaznajomione z baśnią o wesołym diable, lecz bojące się go straszliwie.
Dalsza część filmu to klasyczne oswojenie ze strachem, terapeutyczna zabawa i dowód na to, że nie taki diabeł, jak go malują. Ale wielu małych widzów, w tym niżej podpisany, nie chciało kontynuować tej przygody po pierwotnym wstrząsie. Doprawdy, bliskie było to spotkanie.
Świadomie lub nie, Łukaszewicz dał podstawy do tego, aby Bliskie spotkania rozpatrywać w kategorii kina grozy, na dodatek świadomego własnej roli. Dokonał tego na kilka lat przed Wesem Cravenem i jego Nowym koszmarem, co czyni polski film pionierskim w tym aspekcie. Naciągane? Być może tłumaczę sobie dawny strach i tego, kto odpowiada za jego wywołanie, tylko po to, aby spojrzeć dziś Piszczałce w twarz. Ale z drugiej strony, nie mam już najmniejszego problemu, aby nazwać go moim przyjacielem. Fajny z niego diabeł.
