search
REKLAMA
Od szeptu w krzyk

W paszczy szaleństwa (1994)

Krzysztof Walecki

17 marca 2017

REKLAMA

To dziwne, jak bardzo nie-Carpenterowski jest to horror. Reżyser, który zawsze potrafił zadbać o realizm, tutaj podważa go już od samego początku. Szpital psychiatryczny jest dziwnie czysty i pusty, a komitet powitalny z przerysowanym ordynatorem na czele, nienaturalny. Zainteresowany przypadkiem głównego bohatera tajemniczy doktor Wren pojawia się znikąd, otrzymuje dostęp do pacjenta, choć tak po prawdzie trudno powiedzieć, kim jest i co tam robi. Dla Carpentera rzeczywistość zawsze stała w opozycji do pierwiastka fantastycznego, którego obecność budziła szok poznawczy i zdecydowany upór (najlepszymi tego przykładami są chociażby Halloween oraz Oni żyją). Tutaj wydaje się, jakby była ona nie do końca zgłębioną tajemnicą, a Trent jedynym bohaterem dostrzegającym i podejmującym walkę z jej umownością. Scenariusz Michaela De Luki daje jasną odpowiedź, dlaczego tak się dzieje, choć dodatkowo reżyser nasyca swój film atmosferą ciągłej wątpliwość o to, co oglądamy – prawdziwy świat oczami szaleńca czy też fałszywą rzeczywistość z perspektywy całkowicie normalnego człowieka?

Jeszcze zanim Trent wyruszy do Hobb’s End, sytuacje, z jakimi się styka, dalekie są od zwyczajności, czy to się tyczy wymachującego siekierą wariata, niezbyt zdrowo wyglądającego chłopaka w księgarni, czy też policjanta bijącego bezdomnego w zaułku. Ten ostatni epizod powtarza się w filmie kilkakrotnie, za każdym razem inaczej wybrzmiewając, lecz zawsze zaskakując swoją koszmarnością. I mam tu na myśli nie bestialstwo, a klimat złego snu, z którego Trent wydaje się nie móc przebudzić. Konstrukcja W paszczy szaleństwa oparta jest zresztą na licznych powtórkach i zapętleniach, czasem bardzo oczywistych (scena niemożliwej ucieczki z miasta, gdy główny bohater, gdziekolwiek by nie pojechał, zawsze wraca w to samo miejsce), innym razem enigmatycznych (przychodzi tu na myśl zwłaszcza upiorny rowerzysta, którego funkcja jest niejasna). Trudno powiedzieć, kiedy zaczyna, a kiedy kończy się prawda, kiedy zaczyna, a kiedy kończy się fikcja, oraz czy rozróżnienie to w jakikolwiek sposób jest zasadne. Chyba tylko dopóki Trent tak uważa.

Carpenter nazywa W paszczy szaleństwa zwieńczeniem swojej tak zwanej trylogii apokaliptycznej, w skład której wchodzą jeszcze Coś oraz Książę ciemności. Każdy na swój sposób prezentuje inną możliwość końca ludzkości, lecz dopiero w tym ostatnim groźba zostaje spełniona. Nie przez kosmiczną formę życia, czy diabła, lecz przez czytanie książek, zwłaszcza takich, które zniekształcają naszą rzeczywistość i narzucają jej nowy obraz.

Kiedy główny bohater przyjmuje w końcu do wiadomości, że trafił do miasta znajdującego się wyłącznie w powieści Cane’a (nieprzypadkowo zatytułowanej W paszczy szaleństwa), a mieszkańcy Hobb’s End są postaciami literackimi, horror nabiera odcieni bardzo czarnej komedii. Trent zachwala książkowe opisy miasta, zauważając, że powieść czyta się jak przewodnik; zdesperowany miejscowy zmuszony jest popełnić samobójstwo, bo “tak został napisany”; sam autor natomiast, przekonany o własnej boskości, stwierdza “myślę, więc jesteś”. W ten sposób pesymistyczne zakończenie wcale nie niesie ze sobą autentycznej grozy, lecz przewrotną i gorzką konkluzję. Zabije nas sztuka, literatura niska wyniesiona na piedestał przez nas samych. Oczywiście film reżysera Mgły nie jest w żaden sposób krytyką horroru (czy samego Lovecrafta i jego twórczości), lecz obrazem doprowadzonej do granic absurdu wiary w jakąkolwiek wartość i znaczenie takiej prozy. Nie doszukujmy się sensu tam, gdzie go nie ma.

Być może Carpenter popełnił błąd, umieszczając finał w wielkim cudzysłowie, zapętlając historię w sposób niepozostawiający jakiejkolwiek nadziei na wydostanie się z pułapki, w jakiej znalazł się Trent. Kiedy chwilę później pojawiają się napisy końcowe ilustrowane rockowym tematem muzycznym, posępny Lovecraft wydaje się być dalekim skojarzeniem. A mimo to W paszczy szaleństwa działa lepiej niż niejedna ekranizacja prozy tego autora – w decydującym momencie, zamiast patrzeć się na źródło swych inspiracji, odrzuca odtwórczość i prezentuje własną, konsekwentną wizję końca ludzkości. Puste kino i jednego jedynego widza na sali. Dla niektórych będzie to bardziej przerażające od wszystkich książkowych horrorów razem wziętych.

korekta: Kornelia Farynowska

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA