search
REKLAMA
Od szeptu w krzyk

TUŻ PRZED ŚWITEM. Krwawa zemsta przyrody

Tuż przed świtem rozgrywa fabułę klasycznie dla slashera, jest w nim jednak pierwotna ekorefleksja, którą z rzadka spotykamy w tym gatunku.

Odys Korczyński

1 lipca 2021

REKLAMA
Jedni twierdzą, że film jest kultowy wśród miłośników horroru, inni z kolei uważają, że nieco zapomniany na tle innych survivalowych slasherów. Niech za odpowiedź posłuży to, jak rzadko w stosunku do Piątku trzynastego i np. Płomieni film Jeffa Liebermana występuje w przeróżnych zestawieniach starszych horrorów, pisanych zwłaszcza przez ludzi niebędących nerdami grozy. Podobnie sprawa ma się z antagonistami. Prym w historii slasherów wiodą Michael Myers, Jason Voorhees czy też Jigsaw, a morderczy bliźniacy z dzikich ostępów South Falls w stanie Oregon wloką się gdzieś z tyłu całej stawki złoczyńców. Nie zapominajmy o nich, a także o specyficznej, ideowej wymowie, jaką Jeff Lieberman zawarł w Tuż przed świtem.

Im bardziej chce się krzyknąć „dlaczego oni nie słuchają” przy seansie slashera, oznacza to, że tym lepiej została wykonana reżyserska robota, a postaci napisane sugestywniej. W slasherze przecież chodzi o to, żeby się bać, denerwować głupotą innych. Doświadczyć pokazanego na ekranie zamknięcia bohaterów w klatce, z której nie ma wyjścia. Na szczęście z reguły nie jest tak, że wszyscy giną. Twórcy pozwalają przeżyć najczęściej kobiecie – final girl. I chociaż zwykle łatwo rozpoznać tę szczęściarę na samym początku, więc to żadne zaskoczenie na końcu, to mimo wszystko dobre slashery wciągają niemal tak podstępnie i skutecznie jak dzikie bagno albo nieprzebyty las, jakże często wybierany na główny element świata w nich przedstawionego.

Nie inaczej jest w Tuż przed świtem, z małym wyjątkiem w finale, co do liczby pozostających na scenie żywych postaci. Film zaczyna się od brutalnego morderstwa w opuszczonym kościele gdzieś na nieznanym nikomu odludziu. Nikt nie zamierza przed nami ukrywać, kim jest morderca. Od samego początku wiemy, że to człowiek, chociaż inny niż wszyscy. Wielki, brzydki, ukierunkowany wyłącznie na zabijanie, wydający z siebie dziwne odgłosy sapania wymieszanego z demonicznym chichotem, zapewne chory psychicznie lub opóźniony w rozwoju. Z powodzeniem mógłby być przedstawicielem jakichś nadnaturalnych, demonicznych sił. W istocie dla każdego, kto staje mu na drodze, jest przeciwnikiem tak silnym i zdeterminowanym chęcią mordowania, że wydaje się niepokonany, nadludzki, a zatem i nadnaturalny. Grozę dodatkowo potęguje to, że ma identycznego brata.

Już więc na starcie chce się krzyknąć do ekranu – nie bądźcie głupi, nie jedźcie do tego lasu, na tę tajemniczą, opuszczoną przez wszystko, co dobre, górę. Doskonale wiemy, że bohaterowie nie posłuchają, nawet mimo ostrzeżeń leśnego strażnika Roya McLeana (George Kennedy). Ludzi nic nie zatrzyma, jeśli konfrontacja nie będzie zbyt silna, oczywista i krwawa. To pierwszy ważny wniosek dla określenia wymowy ideologicznej filmu. Nie pomogą ostrzeżenia bardziej doświadczonych w postaci leśniczego, a nawet spotkanie z jednym z myśliwych, który przeżył napad w kościele. Nasi turyści uznają, że był pijany. Zostawią go na leśnej ścieżce, wyrzucą przez okno trochę jedzenia i pojadą na miejsce biwakowe nieopodal wodospadu South Falls. Za tę jawnie buńczuczną i nieludzką postawę zapłacą srogą cenę, zwłaszcza ten, który wyrzucał jedzenie przez okno – Jonathan (Chris Lemmon).

Ostatnim spotkaniem na ich drodze ku zatraceniu będzie osobliwa rodzina, żyjąca w lesie. Przychodzi do ich obozu i każe się wynosić. Ktoś strzela nawet do magnetofonu, który ryczy na cały regulator, strasząc zwierzęta dookoła. Starszy mężczyzna ostrzega nierozważnych turystów, że ich obecność obudzi demona. Cokolwiek ma na myśli, jest to związane z jego rodziną. Czy każdy by się wtedy przestraszył? Wydaje się, że skoro została użyta broń, mądrze byłoby się wtedy wynieść. Pamiętajmy, że to jednak film, a nie rzeczywistość, a historia musiała doprowadzić widza do krwawego rozwiązania.

Tuż przed świtem rozgrywa fabułę klasycznie dla slashera. Oszczędna muzyka, zamknięte grono postaci bez kontaktu z zewnętrznym światem, narastająca, wszechobecna niepewność, liczne ujęcia na las z tajemniczymi odgłosami, a potem wyskakujący spomiędzy drzew morderca z wielką maczetą. Wszystko to znamy, lecz wciąż się boimy. W filmie Liebermana jest jednak pewna ogólna pierwotna ekorefleksja, którą z rzadka spotykamy w slasherach.

Zacznijmy od tego, że na samym początku, kiedy różni ludzie ostrzegają turystów, oni nie chcą słuchać, a przy tym zachowują się bezczelnie. Swoim kamperem wjeżdżają w głąb lasu. Kamera skupia się na tym, jak samochód wrzyna się w dziką przyrodę niczym nóż. Kolejne ujęcie również jest symboliczne. Jeden z bohaterów wyrzuca pustą paczkę po papierosach, a ona zostaje rozdeptana z nienawiścią przez mordercę. Postaci ofiar wyraźnie nie rozumieją otoczenia. Igrają z przyrodą, nie szanują jej, aż tu spotykają w leśnej dziczy ludzi nieucywilizowanych, żyjących na marginesie społeczeństwa, którzy najpierw ich ostrzegają, a potem mogą już tylko biernie patrzeć na rzeź, będąc poniekąd jej niegdyś zaistniałą przyczyną. Bliźniacy wydają się zatem nieświadomą ręką przyrody, która rozprawiła się z intruzami w najdzikszy sposób, w jaki tylko potrafiła. Ręką na dodatek skorodowaną, wynikłą z kazirodczego błędu. Dzika przyroda nie będzie nam pobłażać, jeśli wejdziemy jej zanadto w drogę. Wykorzysta każdą szansę, żeby się nas pozbyć, nawet za pomocą naszych nieświadomych swej roli pobratymców.

Kiedy będziecie oglądać Tuż przed świtem, może po raz pierwszy, a może kolejny, zwróćcie również uwagę na postać Megan (Jamie Rose), partnerkę szefa wyprawy do lasu Warrena (Greg Henry). Megan zawsze czuła coś więcej w lesie. Prowadziła widza do kontrowersyjnego finału, kiedy w bardzo specyficzny sposób poradziła sobie z wrogiem. Nie będę spojlerował, ponieważ ktoś może jeszcze nie widział filmu, ale sens tego sposobu uśmiercania jest bardzo seksualny. Obrazuje gwałt na kobiecie, z tym że dokonany na mężczyźnie, mordercy. To, w jaki sposób ginie Bliźniak, sugeruje, że w całej tej niesymetrycznej relacji morderca–ofiara, las–turysta, ludzkość–natura w kobietach powinniśmy upatrywać szansy opamiętania naszej ekspansji, inaczej nasza męskość znajdzie się w tak oralnie niekorzystnym stanie, jak jama ustna i przełyk mordercy.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA