Publicystyka filmowa
THE COLLECTOR (2009). Pokonać torture porn
W filmie THE COLLECTOR (2009) przemoc przybiera nowe oblicze, a walka o przetrwanie staje się brutalną grą na śmierć i życie.
Torture porn bardziej od pozytywnych bohaterów woli potwory. Jest to jak najbardziej zrozumiałe dla horroru, zwłaszcza takiego, który zainteresowany jest efektownym ukazaniem wszelakich przejawów okrucieństwa, lecz powyższa myśl wydaje się krótkoterminowa. Wystarczy przyjrzeć się dokonaniom tzw. Splat Pack, aby dostrzec, że jednym z powodów, dla których dziś, po ponad dekadzie od boomu na kino spod znaku ekstremalnego gore, nikt już właściwie nie chce pamiętać o tych dziełach (łącznie z ich twórcami), jest brak czynnika ludzkiego.
Piła Jamesa Wana i jej sequele nie mają bohaterów, lecz katów i ofiary; to samo Hostele Eliego Rotha, Wolf Creek Grega McLeana czy brutalne kino Roba Zombiego. Większy nacisk w nich jest położony na krwawe wyczyny psychopatów niż tych, którzy starają się ujść z życiem. Ci wydają się kompletnie nieważni, przysłowiowe (i całkiem dosłowne) mięso armatnie, a jeśli twórcy szykują im los inny niż śmierć, to raczej pozbawiając ich jakichś części ciała lub poczytalności.
Pod tym względem bronią się jedynie dwa filmy, w których – być może dosyć nieoczekiwanie – głównymi bohaterami są kobiety, ale zarówno Zejście Neila Marshalla, jak i Blady strach Alexandre’a Aja ostatecznie ulegają nihilistycznej myśli całej formacji – w pierwszym z tych tytułów panie zostają pokonane nie tylko przez podziemne bestie, lecz i własne demony, w drugim zaś ta, za którą trzymamy przez cały film kciuki, jest osobą niegodną naszego zaufania.
Dlatego też, gdy w 2009 roku pojawił się The Collector, większość widzów, zmęczona już krwawicą tamtych filmów, zwyczajnie zignorowała debiut Marcusa Dunstana, zwłaszcza że ten dotychczas znany był jako scenarzysta kontynuacji Piły, odpowiedzialny za części IV-VII. Oba te tytuły mają zresztą wspólne DNA, począwszy od mrocznej stylistyki, palety kolorów, gdzie dominują zgniła żółć i zieleń, po postać mordercy-majsterkowicza, który równie dużo czasu poświęca torturowaniu swych ofiar, co konstrukcji wymyślnych pułapek. Początkowo zresztą scenariusz Dunstana i jego stałego współpracownika, Patricka Meltona, miał służyć jako prequel Piły, ale ostatecznie zdecydowano się zaniechać tego pomysłu.
I słusznie. The Collector jest tworem tylko pozornie kopiującym słynny cykl, w rzeczywistości zdradzającym swój prawdziwy charakter w elementach, które odróżniają go od serii zapoczątkowanej przez film Wana. Najważniejszym z nich jest główny bohater, Arkin.
Na pierwszy rzut oka Arkin jest mało wiarygodnym osobnikiem – pracujący dorywczo ślusarz i złota rączka, którego spojrzenie sugeruje niedospanie lub upalenie trawą. Już na samym początku filmu Melton sprytnie każe widzowi zastanowić się nad głównym bohaterem, kiedy mała dziewczynka, córka jego pracodawcy, proponuje mu wspólną zabawę. Ojciec dziecka, widząc dorosłego mężczyznę w pokoju kilkulatki, jest zaniepokojony tym obrazkiem i podobnie my mamy czuć pewien dyskomfort, nawet jeśli sprawa szybko zostaje wyjaśniona. Później dowiadujemy się, że sam Arkin jest kochającym ojcem i mężem, choć rodzinna sytuacja jest niełatwa – jego żona zadłużyła się na sporą sumę i ma czas zaledwie do północy na zwrot pieniędzy.
Aby zdobyć potrzebną sumę mężczyzna postanawia wrócić do przestępczego fachu, którym się dawniej trudnił, i okraść swojego pracodawcę pod jego nieobecność. Potwierdza się zatem podejrzenie, że trudno zaufać Arkinowi; nawet jeśli jego motywacja jest szlachetna, ostatecznie okazuje się złodziejem. Wcielający się w niego Josh Stewart ma twarz cierpiętnika tudzież zmęczonego desperata i świetnie odnajduje się w sytuacji swojego bohatera.
Mężczyzna włamuje się do domu, znajduje sejf, w którym ukryte mają być klejnoty i przystępuje do jego otwierania, kiedy orientuje się, że w budynku ktoś jednak jest i bynajmniej nie chodzi o właścicieli. Ci siedzą związani w piwnicy, torturowani przez zamaskowanego psychopatę, który nawiedził ich dom zaledwie parę godzin przed Arkinem, rozstawiając w całym domu milion morderczych pułapek. Jest to z pewnością pozostałość po pomyśle, aby ze scenariusza zrobić prequel Piły, gdyż w ogólnym rozrachunku śmiertelne gadżety tytułowego kolekcjonera nie mają zbytniego sensu. Dla kogo one są, skoro w pierwszej kolejności szaleniec uwięził swoje ofiary? Być może dla ich dwóch córek, które jeszcze nie wpadły w ręce mordercy? Może dla przypadkowego gościa, Arkina, o którego obecności psychopata nie ma bladego pojęcia? Nie powinno nam to jednak psuć zabawy, ponieważ od momentu, kiedy główny bohater uświadamia sobie sytuację, w jakiej się znalazł, film zamienia się w zręczną, trzymającą w napięciu zabawę w kotka i myszkę.
Złodziej stara się ocalić przetrzymywaną rodzinę, jednocześnie unikając pułapek i kryjąc się ze swoją obecnością przed kolekcjonerem, podczas gdy ten pełni raczej niewdzięczną funkcję anonimowego potwora, choć czarna maska na jego twarzy i świecące ślepia wizualnie robią wrażenie.
Dunstan, w przeciwieństwie do Wana, Rotha czy kogoś z francuskiej ekstremy, wcale nie koncentruje się na epatowaniu widza krwawymi obrazami i wymyślnymi scenami przemocy, co nie znaczy, że jego film jest ich pozbawiony. Podniesiona do ucha słuchawka telefonu kryje wystarczająco długie ostrze, zabite deskami okna naszpikowane są strategicznie umieszczonymi żyletkami, a w jednym z pomieszczeń roi się od ostrych jak skalpel i napiętych jak struny drutów. Arkin zostanie poczęstowany tym wszystkim, ale trudniejszym zadaniem niż chowanie się przed mordercą i unikanie pułapek będzie pogodzenie się z własną bezsilnością.
Sam jest przecież intruzem, którego mieszkańcy mogą traktować jako napastnika. Jeśli natomiast postanowią mu zaufać, czy wystarczy to, aby ujść z życiem? Scenariusz Dunstana i Meltona daje nam okazję przyjrzenia się znanemu schematowi torture porn z perspektywy postaci, której zazwyczaj nie ma w tego typu filmach. Podział na kata i ofiarę nie dotyczy Arkina, gdyż przez długi czas jest on niewidzialny dla psychopaty, a co ważniejsze wydaje się mieć szansę ucieczki z domu. Ten niby jest zamknięty z każdej strony, ale jak pokazuje jedna ze scen, kilka desek w oknie nie stanowi większej przeszkody. Złodziej jednak zostaje, całkowicie przypadkowy świadek, który od początku ustawia się w roli niechętnego (a najlepiej nieobecnego) uczestnika morderczej gry.
Tymczasem reżyser kręci to wszystko z typowym dla debiutanta entuzjazmem, początkowo zapatrzony w filmy, na których się wzoruje (czołówka aż krzyczy Fincherem), szybko jednak udowadniając, że utalentowana z niego bestia. Niedostatki budżetowe Dunstan stara się przykryć teledyskową stylizacją, co pierwotnie budzi pewne zastrzeżenia, zwłaszcza w sztucznej scenie w klubie, ale po pewnym czasie zaczyna działać nadzwyczaj dobrze. Bierze się to chyba z chęci odejścia od nieprzyjemnej atmosfery typowej dla splatpackowego kina ówczesnej dekady na rzecz horroru zdecydowanie bardziej ekscytującego.
Najlepszym tego przykładem jest sekwencja, w której nastoletnia córka właścicieli wraca nocą z nowym chłopakiem, aby skorzystać z uroków pustego domostwa. Spory ładunek seksualnego napięcia jest kontrowany grozą i zaskakującym czarnym humorem, kiedy nieświadomi kochankowie mało co nie uruchamiają czyhających w kuchni pułapek. Podniecony kolekcjoner obserwuje całą scenę, oblizując wargi i bawiąc się nożem, a Arkin manewruje w ukryciu, aby pozostać niezauważonym, jednocześnie mając oko na mordercę i jego potencjalne ofiary. Wszystko to zaś ilustruje kultowy kawałek Bela Lugosi’s Dead zespołu Bauhaus, znany z Zagadki nieśmiertelności Tony’ego Scotta. Praktycznie pozbawiona dialogów scena ukazuje Dunstana jako zręcznego stylistę, który potrafi opowiadać samym obrazem, koncentrując się na uzyskaniu efektu dalekiego od wzbudzenia w nas obrzydzenia czy trwogi kolejnymi makabrycznymi obrazami.
Nikt w The Collector nie przekonuje również do zasadności poddawania bohaterów (i poniekąd widzów) ciągłym torturom, choć przecież czarny charakter nikogo nie oszczędza. Być może dlatego, że nie poznajemy go bliżej, a wszelka jego motywacja zamyka się w sugestii zawartej w tytule filmu, łatwiej jest nam przełknąć jego okrucieństwo niż w przypadku moralisty Jigsawa czy płacących za możliwość zabijania bogaczy w Hostelu. Oczywiście reżyser, scenarzyści, a przede wszystkim Arkin w końcu wpadają w sidła torture porn – kiedy obecność głównego bohatera zostaje zauważona przez psychopatę, ostateczna konfrontacja i przewidywalny finał są tylko kwestią czasu. Film niestety kończy się tak, jak można było się spodziewać, co nie znaczy, że Dunstan dał za wygraną.
Powstała trzy lata później kontynuacja, The Collection, znana z naszych kin jako Kolekcjoner, jest głośniejsza, bardziej krwawa i przywodząca już na myśl Piłę, acz daje cudownie satysfakcjonującą puentę dla pojedynku Arkina z zamaskowanym mordercą. Potwierdza to przede wszystkim starania twórcy, zmęczonego pesymizmem ówczesnych horrorów (często jego własnego autorstwa) i z góry ustalonym przebiegiem tychże fabuł, które w tym przypadku postanowił nieco ożywić. Wystarczył mu do tego przypadkowy bohater umieszczony w środku barbarzyńskiego scenariusza i jego próby zniszczenia od środka chorego planu szaleńca.
Również casting Stewarta jest w tym przypadku nie do przecenienia. Aktor ten ma uśmiech cwaniaka i dziwnie współczujące oblicze, które w połączeniu z determinacją jego postaci czynią z Arkina kogoś, komu nie potrafimy nie dopingować. Jeśli po latach ktoś będzie pamiętał filmy Dunstana, to wcale nie z powodu tytułowego kolekcjonera, a właśnie Arkina, osobnika, którego torture porn w ogóle się nie spodziewało.
