Publicystyka filmowa
THE UMBRELLA ACADEMY. Z dysfunkcyją rodziną najlepiej wychodzi się w serialu
W SERIALU THE UMBRELLA ACADEMY ekscentryczna rodzina superbohaterów stawia czoła apokalipsie, łącząc moce i dawne rany w emocjonującą przygodę.
O The Umbrella Academy przed premierą serialu nie wiedziałam praktycznie nic. Ot kolejna ciekawostka na rynku telewizyjnym, przepełnionym zamaskowanymi superbohaterami i superbohaterkami. Moje poszukiwania zaowocowały odkryciem tego, że seria komiksowa, na podstawie której powstał serial, wydawana od 2007 do chwili obecnej, została stworzona przez Gerarda Waya, który większości osób kojarzy się jako frontman zespołu My Chemical Romance. Sam komiks został nagrodzony w 2008 roku Nagrodą Eisnera, która przez wielu uznawana jest za Oscara w tej dziedzinie.
Historia tak w komiksie, jak i serialu koncentruje się na grupie siedmiu dzieci, które w niezwykły sposób urodziły się tego samego dnia (chociaż ich matki rano nie były w ciąży), a które ekscentryk i milioner sir Reginald Hargreeves kupił, a następnie postanowił wychować na superbohaterów, ponieważ posiadają niezwykłe moce. Stworzył z nich ratującą świat grupę nastolatków zwaną właśnie Umbrella Academy. Z czasem okazuje się, że każde z nich ruszyło w swoją stronę, jednak w obliczu śmierci ojca i nadciągającej apokalipsy muszą się znowu zjednoczyć.
Całość jest strzałem w dziesiątkę i wyróżnia się wyraźnie na tle panującego obecnie w serialowym świecie lekkiego marazmu w dziedzinie superbohaterstwa. Zwłaszcza że nie uświadczymy w nim kolorowych trykotów i majtek założonych na obcisłe spodnie. Nasza grupa bohaterów z czasem przestała być superbohaterska, a zaczęła zmagać się z problemami dorosłego życia. Każda z postaci jest niezwykle kolorowa, interesująca i pogmatwana na swój wyjątkowy sposób. Diego, który jak nikt inny rzuca nożami, w dzień zmywa podłogi, a w nocy walczy z przestępczością. Luther jako jedyny po osiągnięciu dorosłości został z ojcem.
Wylądował na Księżycu, by rzekomo strzec ludzkości. Ale jak się okazuje, w tej rodzinie nie wszystko jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. Jest też Allison, która została gwiazdą filmową dzięki swojej mocy pozwalającej jej kontrolować ludzi za pomocą plotek. Jest nie tylko zabójcza dla przestępców, ale i dla jej ukochanych. Ben zmarł wiele lat wcześniej, ale pojawia się w wizjach swojego brata Klausa, który widzi zmarłych, ale tylko gdy jest trzeźwy, co zdarza się mu się niezwykle rzadko. Jest też Numer Pięć, który wiele lat wcześniej zaginął podczas podróży w czasie, oraz Vanya, której los nie obdarzył żadną mocą. Cała gromada będzie musiała zmierzyć się z przeszłością i samymi sobą, by móc ocalić świat.
Serial superbohaterski jest tyle wart, ile jego antagonista. I niestety, ale w tym przypadku mam z tym niezwykle duży problem. Ze względu na zawirowania w czasie i przestrzeni pojawia się dwójka przeciwników, których celem jest zniszczenie świata oraz Umbrella Academy. Niestety motywy, które nimi kierują, to wyłącznie stare animozje i zażyłości wynikające z tego, że każdy z nas chce być wyjątkowy. Chcemy być zauważeni przez rodziców i kochani przez nich bez względu na wszystko. O ile motyw ten sprawdza się w przypadku naszych superbohaterów, o tyle z antagonistą jest już większy problem.
W tym całym zamieszaniu nie wydaje się to być jednak aż takie istotne, gdyż wizja końca świata i wszystkich wydarzeń z nim związanych zupełnie pochłania widza, sprawiając, że kwestia przeciwnika przestaje mieć znaczenie. To, co bez wątpienia zaskakuje, to fakt, iż każdy kolejny odcinek trzyma w napięciu, wrzucając widza w coraz to nowy wir wydarzeń, rodzinnych dramatów i wewnętrznych pojedynków każdego z bohaterów. To bez wątpienia jest największa siła serialu. Oczywiście w samym centrum są apokalipsa i Numer Pięć, który próbuje za wszelką cenę jej zapobiec, przy udziale swojego rodzeństwa czy też bez niego.
Serial operuje całą gamą fantastycznie napisanych oraz zagranych postaci. Nie można zapominać o duecie żywcem wręcz wyjętym z filmów Tarantino, czyli temporalnych zabójcach: Hazelu oraz Cha-Cha. Brawurowo wręcz wcielili się w nich Cameron Britton, znany fanom serialu Mindhunter, i raperka Mary J. Blige, która moim zdaniem niezwykle dobrze radzi sobie na szklanym ekranie. Z przyjemnością patrzy się zarówno na ich narzekanie na pracę czy obciętą pensję, jak i na sceny tortur i pościgów, podczas których zakładają dziwaczne maski i strzelają do wszystkiego, co się rusza. Plus nie ma nic bardziej epickiego od sceny, gdy nasza antybohaterka wysadza pączkarnię i odchodzi w slow motion.
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że takie nagromadzenie postaci i, co za tym idzie, historii oraz ekspozycji będzie zbytnio przeciążało fabułę, wymuszając cięcia czy nadmierne rozciąganie wątków. Nie wiem, jak twórcom udało się jednak umieścić wszystkie najważniejsze elementy na przestrzeni dziesięciu odcinków, podczas których widz nie czuje się przytłoczony ani apokalipsą, ani wątkami pobocznymi. Bez wątpienia jest to jeden z przykładów, jak powinno robić się serial. Istotne okazują się też liczne niedopowiedzenia, które widz odkrywa na bieżąco z bohaterami bądź które pozostają w sferze domysłu, jak w przypadku Klausa.
Muzyka w serialu jest niesamowita. Jest to o tyle zadziwiające, że w tej kwestii najwięcej do powiedzenia miał twórca serii i lider My Chemical Romance – słysząc tę nazwę, nie oczekuje się raczej zbyt wiele. Jednak muzyka to jeden z najmocniejszych punktów całego serialu. Co prawda może początkowo razić dosłowność wybranych utworów, jednak ich składanka to jedna z tych rzeczy, które na pewno przez bardzo długi czas mi się nie znudzą. Dodatkowo świetnie ogląda się poszczególne sceny akcji, z jakże dynamiczną i czasami przewrotną muzyką w tle. Również aktorsko serial wypada bardzo dobrze.
Chodzi nie tylko o głównych aktorów, ale również postacie poboczne. Na szczególne uznanie zasługuje Klaus, który jest ekscentryczny, wiecznie naćpany i jakże cudownie queerowy. Wcielający się w niego Robert Sheehan urzekł mnie już w serialu Wyklęci, a tutaj tylko potwierdził, że odtwarzanie totalnie zakręconych postaci to jego chleb powszedni. Warto również docenić nastoletniego Aidana Gallaghera, na małym ekranie wyprawiającego takie rzeczy, których nie powstydziliby się doświadczeni aktorzy z długoletnim stażem. Już dziś wróżę temu młodemu chłopakowi wielką karierę. Jego Numer Pięć to starzec zaklęty w ciele dwunastolatka, który jest cyniczny, złośliwy, a kiedy trzeba – zabójczy. Aktor idealnie poradził sobie z rolą i czystą frajdą było oglądanie jego występu.
Jedynym minusem jest gwiazda serialu, jaką bez wątpienia jest Ellen Page. Jej występ po prostu niewiele różni się od kilkunastu poprzednich. Page gra po raz kolejny w dokładnie ten sam sposób, co powoli zaczyna stawać się nudne. Jej postać jest mało ciekawa, a aktorka niestety nie wspina się na wyżyny swoich ogromnych możliwości. A przecież twórcy dają jej pole do popisu zarówno w relacjach z rodzeństwem, jak i nowych chłopakiem czy w obliczu apokalipsy. Niestety na tle pozostałych protagonistów wypada słabo. A szkoda, bo Page mogłaby w końcu pożegnać się ze swoim wizerunkiem, który ciągnie się za nią od czasów Juno.
Nowa produkcja Netfliksa to bez wątpienia totalna jazda bez trzymanki, z interesującymi postaciami i problemami tak dziecięcego, jak i dorosłego życia. Produkcja ma swój własny charakter, który odróżnia ją od innych tworów serialowych. Dla wielu powinien to być przykład, jak powinno się robić ciekawe adaptacje komiksowe.
