Seriale TV

STAR TREK: DISCOVERY. Sezon drugi gorszy, ale nie najgorszy

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Nie tym razem

„Poszli w efekty” – w tak wymowny sposób mój kolega skomentował drugi sezon nowego Star Treka jeszcze w trakcie jego trwania. I zaprawdę trudno o lepsze podsumowanie tego, co twórcy zaprezentowali nam finalnie. Kolejny etap przygód załogi statku Discovery jest bowiem boleśnie nierówny. Tak jak potrafi zachwycić swoją warstwą wizualną, tak zraża do siebie poszczególnymi elementami treści. Czasem jest nudno, czasem patetycznie, czasem też po prostu głupio. Ale jest też ładnie, estetycznie, kolorowo i pozytywnie. Ta gwiezdna podróż dostarcza mnóstwa różnorodnych wrażeń.

Być może jestem naiwny, ale po pierwszym sezonie Discovery poczułem, że twórcy mnie kupili. Przygoda z nowo poznanymi bohaterami mi się podobała i liczyłem na więcej. Wyraziłem to nawet w pozytywnej recenzji serialu, licząc na to, że ewentualny drugi sezon da mi nie mniej radości. I cóż, powiem krótko – zawiodłem się. Zawiodłem się dość mocno. W drugim sezonie wyolbrzymiły się wszystkie te pomniejsze błahostki, które w pierwszym dało się zauważyć, ale pod naporem pozytywnej energii i zaciekawienia kierunkiem rozwoju przygody zostały one zepchnięte na dalszy plan mojej uwagi. Jako że mamy do czynienia z nierównościami, Discovery ma swoje poważne minusy, ale ma też plusy, które ostatecznie zachęcają do dobrnięcia do końca. Uściślijmy zatem.

Co mi się nie podobało?

Po pierwsze, główna postać, liderka tej historii, niejaka Michael Burnham (w tej roli Sonequa Martin-Green). Jakaż ona jest irytująca. Ze wszystkich sił starałem się ją polubić, spojrzeć na jej poczynania łaskawym okiem, ale prawda jest taka, że się nie da. To przykład postaci, której tożsamościowe zagubienie oraz chwiejny charakter, zamiast wywoływać współczucie lub żal, z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej irytują. Miałem nadzieję, że w drugim sezonie bohaterka zbierze się do kupy, będzie bardziej stabilna emocjonalnie, jak na Wolkankę przystało. Liczyłem też na to, że tym razem schowa gdzieś swoją butę i swój brak pokory i nie będzie podważać autorytetu kapitana statku. Nic z tego. Burnham nadal zachowuje się tak, jakby wiedziała wszystko najlepiej, jakby chciała zarządzać tam, gdzie powinna stać w tylnym szeregu i słuchać rozkazów. Nie spotkałem jeszcze w historii Star Treka przykładu pozytywnego bohatera, który popisywałby się tak często ewidentną niesubordynacją. Dodajmy do tego fakt, że Burnham zachowuje się, jakby była mesjaszem narodów i chciała oddać oraz poświęcić wszystko nawet za cenę naruszenia zasad logiki, które ponoć tak pielęgnuje. Trudno mieć pretensje do Sonequy Martin-Green, bo mowa w tym przypadku o winie scenariusza, ale uważny widz dostrzeże podobieństwo między tą postacią a postacią odgrywaną przez tę aktorkę w The Walking Dead – albo więc mamy do czynienia ze zmową scenarzystów, albo po prostu aktorce wygodniej jest grać te same role.

Odbiór tej postaci jest taki, a nie inny także dlatego, że naprzeciw niej nie stoi żaden pełnokrwisty antagonista. Cała uwaga, także emocjonalna, skupiona jest właśnie na Burnham, przez co widz może po pewnym czasie poczuć się zmęczony przeżywanymi przez nią rozterkami. W tego typu historiach solidny czarny charakter jest niezbędny, ponieważ ukazuje on bohatera w całkowicie innym świetle, wyznaczając jego poczynaniom dodatkowy cel – konfrontację ze złem. Od samego początku, gdy wychodzi na jaw, co stanowi główne zagrożenie dla statku Discovery, nie da się traktować tego poważnie. Gdy jeden z bohaterów, którego wcześniej poznaliśmy, na moment tylko przywdziewa maskę złoczyńcy, nie zawiera to odpowiedniego ciężaru narracyjnego, by można było się tym przejąć. Jeszcze większym dziwadłem jest rola, jaką scenarzyści wymyślili dla postaci kapitan Georgiou, której żywot został cudownie przedłużony, choć trudno powiedzieć, w jakim celu. Nie wiadomo bowiem, czy ma ona przeciwstawiać się bohaterom, czy też im sprzyjać. Nie wiadomo też, jaka jest jej motywacja. Przez cały czas słyszymy tylko jej zaczepne, złośliwe i wyjątkowo irytujące komentarze, które swoim poziomem złowieszczości przypominają kwestie wypowiadane przez typy spod ciemnej gwiazdy pojawiające się w jakichś polskich telenowelach. Postać ta jest według mnie całkowicie zbędna. Niemniej brawa należą się wcielającej się w nią Michelle Yeoh – za to, że umiała się ustawić. Choć może raczej na brawa zasługuje jej agent – dobrze się postarał, by aktorka, której udział w filmie określany jest jako „gościnny”, wciąż czerpała profity z tak bezsensownego występu.

Irytująca główna bohaterka, która najbardziej lubi błąkać się po zawiłościach swej tożsamości, próbując dociec, jaką wiadomość skrywa tajemnica (zieeewam) z przeszłości – to raz. Brak mocarnego czarnego charakteru – to dwa. A trzy to, ogólnie rzecz biorąc, cała fabuła, która rozpisana na czternaście odcinków sprawia wrażenie, jakby została rozciągnięta na siłę. Jakby majtki, które dawno miały nam spaść z tyłka na skutek zużycia się gumy, były nieustannie przez scenarzystów poprawiane, tak byśmy dostali jeszcze jedną szansę na dotrwanie z nimi do końca dnia. Męczący był ten sezon niemiłosiernie, tak za sprawą wątku głównego, związanego z protagonistką, który od samego początku irytuje nadętością i (o zgrozo) patosem, jak za sprawą nierozłożenia ciężaru akcji i narracji na poszczególnych członków załogi. W Star Trekach częstą praktyką było poszerzanie palety wątków, prowadzonych przez różnych bohaterów (acz połączonych wspólnym celem), dzięki czemu taki, dajmy na to, Jean-Luc Picard mógł sobie czasami odpocząć, a widz mógł poznać i polubić innych załogantów. W Discovery, jak już wspomniałem, wszystko kręci się wokół Burnham i jej przybranego brata (o tym za chwilę) i albo tę historię kupimy, albo nas ona zainteresuje, albo zwyczajnie odpadamy, bo serial nie jest w stanie przyciągnąć nas niczym innym.

Ostatnio dodane