Seriale TV

Serial THE ACT. Kochana mamusia nie żyje – i dobrze!

Prawdziwa historia, na podstawie której powstał scenariusz, jest wstrząsająca. Chyba nie był to jednak materiał na 8-odcinkowy serial. "The Act" w pewnym momencie zaczyna się dłużyć.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Serial The Act miał być dla stacji Hulu kolejnym hitem – może nie na miarę Opowieści podręcznej, ale zawsze. Ta produkcja była właściwie skazana na sukces. Oparta na prawdziwej, głośnej i bulwersującej historii, ze świetną obsadą (jedna zdobywczyni Oscara i dwie nominowane!), wydawała się samograjem. I choć to solidny serial, który wielu widzów, zwłaszcza tych nieznających sprawy, może zainteresować, u mnie uczuciem dominującym było rozczarowanie. The Act miał o wiele większy potencjał.

Tak się składa, że tę historię znałem przed premierą serialu dość dobrze. Prawdziwe zbrodnie to temat, który fascynuje mnie od dawna, a sprawę morderstwa Dee Dee Blanchard uważam za jeden z ciekawszych takich przykładów – najważniejsze jest w niej bowiem drugie dno, to coś, co sprawia, że trudno określić, kto jest tu ofiarą, a kto oprawcą. Kilka lat temu o tej historii powstał film dokumentalny Kochana mamusia nie żyje i jest to produkcja, którą od pierwszej do ostatniej minuty ogląda się z wypiekami na twarzy. The Act zaczyna się intrygująco, ale im dalej w las, tym gorzej.

Serial The Act

Przy piątym, szóstym odcinku serial zaczyna się dłużyć.

Głównym problemem serialu jest to, że jest po prostu za długi. Kiedy po raz pierwszy zauważyłem, że składa się z 8 odcinków, byłem przekonany, że twórcy poruszą nowe wątki, być może zdecydują się na odejście od faktów, pokażą tę sprawę z innej perspektywy. Nic takiego nie ma tu jednak miejsca. To raczej prosta fabuła z cyklu „true stories” – a przecież materiał wyjściowy do prostych zdecydowanie nie należał. Gdzieś przy piątym, szóstym odcinku The Act dłuży się, zaczyna nudzić. Nie wiedzieć czemu, nagle wprowadzane są retrospekcje, którym brak konsekwencji. Sugestie, że nikt nie rodzi się potworem, są zbyt banalne, jak na tak złożony temat, poza tym przeszłość głównych bohaterek nie została w ogóle pogłębiona. Tak naprawdę niewiele z tego zabiegu wynika. Ma się wrażenie, że po prostu trzeba było czymś wypełnić tych 8 odsłon.

Ale o co tak właściwie chodzi? Dee Dee Blanchard samotnie wychowywała swoją córkę Gypsy Rose. Nie miała łatwego życia. Mąż odszedł od niej, gdy była w dziewiątym miesiącu ciąży, dom został zniszczony podczas huraganu Katrina, a co najgorsze, dziecko zmagało się z wieloma poważnymi chorobami. Gypsy cierpiała między innymi na dystrofię mięśniową, przez którą musiała poruszać się na wózku, białaczkę, epilepsję. Miała problemy ze wzrokiem i słuchem, edukację zakończyła na drugiej klasie, była mocno opóźniona w rozwoju. Odżywiać trzeba ją było dojelitowo. Dziewczynka wymagała ciągłej opieki, jednak Dee Dee się nie użalała. Zawsze powtarzała, że narodziła się po to, aby być matką Gypsy. Dla córki była gotowa zrobić wszystko. Jeździła z nią do specjalistów, organizowała akcje charytatywne, by zapłacić za kolejne zabiegi i lekarstwa, jednocześnie próbowała zapewnić Gypsy choć namiastkę dzieciństwa. Dee Dee można było tylko podziwiać – nieustępliwa, skupiająca się na jasnej stronie życia kobieta była wzorem dla lokalnej społeczności. Ludzie cały czas próbowali jej jakoś pomagać, choćby przesyłając pieniądze.

Serial The Act

14 czerwca 2015 roku na profilu Dee Dee na Facebooku pojawił się niepokojący wpis. Brzmiał „Ta suka nie żyje!”. Znajomi byli w szoku – czyżby Gypsy umarła i Dee Dee cieszyła się z takiego obrotu spraw? Nikt nie chciał w to wierzyć. Później pojawił się też komentarz „Zadźgałem tę grubą świnię i zgwałciłem jej słodką, niewinną córeczkę. Jej krzyk był tak kurewsko głośny”. W końcu do domu Dee Dee wysłano policję. Kobieta nie żyła – zadano jej wiele ran kłutych. Gypsy nigdzie zaś nie było. Gdy ją odnaleziono, cóż, okazało się, że prawda nie zawsze jest taka, jak się wydaje. W tym przypadku przyprawiała o ciarki. I na tym może zakończę – nie chcę zdradzać zbyt wiele.

Serial rozpoczyna się w momencie, gdy Dee Dee i Gypsy otrzymują dom w Missouri, zbudowany dzięki wpłatom darczyńców. Naprzeciwko mieszkają Mel i jej prawie dorosła córka Lacey. Ta druga szybko zaprzyjaźnia się ze schorowaną Gypsy, Mel natomiast ma do żyjącej na koszt innych rodziny bardzo sceptyczny stosunek. Postaci te trzeba uznać za przejaw inwencji scenarzystów, jedynie inspirowano je rzeczywistymi sąsiadkami. To jednak jeden z nielicznych przykładów odejścia twórców od prawdziwej historii. Trzeba przyznać, że The Act jest bardzo, bardzo wierny faktom. Czasem może aż za bardzo – gdyby nie to, że wcześniej widziałem dokument o tej sprawie, oglądając niektóre sceny pomyślałbym, że kogoś tu mocno poniosło.

Bardzo możliwe, że tak bliskie trzymanie się prawdy nie wyszło serialowi na dobre. Ta fabuła często szokuje, ale sposób, w jaki to wszystko pokazano, nie był trafiony. Zamiast otwierać szeroko oczy w przerażeniu, wielu widzów będzie z pewnością nerwowo uśmiechać się z niedowierzania. A chyba nie o to tutaj chodziło. Historię Dee Dee i Gypsy pokazano w szczegółach, ale zabrakło tu oryginalnego podejścia – ciekawego montażu, nowego spojrzenia, zgłębienia niektórych wątków. To tak naprawdę fabularna wersja tego, co mogliśmy zobaczyć w Kochana mamusia nie żyje. Zbyt wiele własnej inwencji nie stwierdzono.

Szkoda tym większa, że twórcy mieli do dyspozycji naprawdę utalentowanych aktorów. W Dee Dee wcieliła się laureatka Oscara za Boyhood Patricia Arquette – po Ucieczce z Dannemory zaliczyła kolejną udaną rolę na małym ekranie. Najważniejsze cechy oraz przemianę Gypsy Rose dobrze oddała Joey King, dziecięca gwiazdka, która pokazuje, że jest gotowa na dorosłą część swojej kariery. Na drugim planie charakterystyczne występy zaliczyły AnnaSophia Robb, Chloë Sevigny i Juliette Lewis. Mnie najbardziej podobał się chyba jednak Calum Worthy – jego rolę łatwo było przerysować, a on stworzył zniuansowaną, przejmującą kreację. To było spore zaskoczenie. Do tej pory najbardziej dał się poznać jako głupkowata postać drugoplanowa w serialu Disney Channel Austin i Ally.

Nie odradzam wam obejrzenia serialu. Wiem zresztą, że ma on zwolenników, zapewne głównie wśród widzów nieznających losów Dee Dee i Gypsy. Oceniam go dość surowo przede wszystkim dlatego, że ta historia miała znacznie większy potencjał. Nie pomogła też przeciągnięta końcówka – finał The Act, który powinien aż kipieć od emocji, mnie po prostu zmęczył. Jeśli bardzo cenicie swój czas, wybierzcie 80-minutowy film dokumentalny o tej sprawie, podobnie jak serial dostępny na HBO GO. Jeśli jednak lubicie relaksować się, oglądając telewizję i szukacie czegoś nowego, spróbujcie – choćby dla aktorów.

Ostatnio dodane