Seriale TV

UCIECZKA Z DANNEMORY. Dramat więzienny w reżyserii Bena Stillera

Tę historię lepiej mogło odegrać tylko życie.

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Ta recenzja miała zaczynać się inaczej. Planowałam, czego zazwyczaj nie robię, zapoznać się z ocenami Ucieczki z Dannemory, jakie wystawili najbardziej prestiżowi amerykańscy krytycy, i wysupłać z nich określenia „marvelous”, „breathtaking”, „unusual”, po czym skonstatować: „To wszystko prawda”.

Choć 7-odcinkowy dramat więzienny w reżyserii Bena Stillera (znany aktor komediowy za kamerą stał już przy okazji obydwu części Zoolandera czy Sekretnego życia Waltera Mitty) na filmowych portalach społecznościowych zdobywa wysokie noty, próżno wśród krytyków szukać jednorodnego zachwytu, zwłaszcza gdy przychodzi do ocen poszczególnych odcinków.

Za to kolejny punkt tekstu pójdzie po mojej myśli.

Oficjalny skrót fabuły Ucieczki z Dannemory brzmi: Pracownica więzienia w północnej części stanu Nowy Jork wikła się w romantyczne stosunki z dwoma osadzonymi, pomagając im w ucieczce.

I wiele więcej.

Prawdziwą historię wielkiego wyskoku skazanych na dożywocie Davida Sweata (Paul Dano) i Richarda Matta (Benicio del Toro) twórcy przedstawili z dbałością o szczegóły. Kamera wita się z widzem w więziennym miejscu pracy obydwu: szwalni zarządzanej przez Joyce Mitchell (Patricia Arquette). Osadzony Sweat i Tillie (tak wszyscy zwracają się do kierowniczki) mają romans. Trochę z nudów, trochę z poczucia beznadziei. Gdy wokół nieostrożnej pary, która regularnie wychodzi do kantorka i zamyka drzwi na skobel, zaczynają krążyć podejrzenia, przodujący krawiec zostaje przeniesiony. Matt, przyjaciel Sweata, w relacji z pracownicą więzienia widzi nadzieję na ucieczkę. O romansie dowiedział się zbyt późno, jednak jako ten, który został w szwalni, odkrywa słabości Tillie i skrada jej zmysły, prosząc przy okazji to o okulary z latarkami, to o piłkę do metalu. „Do malowania obrazów” – zdolności Matta wszak znane są współosadzonym i strażnikom więziennym.

Pięćdziesięciolatka nie kwestionuje słów podopiecznego. Wystarczy rzut oka na niedoskonałości kobiety, których kamera nam nie szczędzi, by usprawiedliwić potulne wykonywanie poleceń Richarda.

Co uderza niektórych krytyków, to dysproporcja w przedstawieniu postaci po obydwu stronach prawa. Osadzeni są tu silni, żywi, obyci z kulturą, strażnicy natomiast grubi, flegmatyczni, niezdecydowani. Oko kamery wskazuje ubytki fizyczne Tilly i jej męża Lyle’a, co rusz najeżdża na ich krzywe, przebarwione zęby, fałdki wydobywające się spod koszulek i niechlujne fryzury (i chwała za to, przy tradycji wygładzania postaci filmowych). Państwo Mitchell mówią jakby przez nos, robią nieprzystojne grymasy. To frajerzy, nie zazdrościmy im życia codziennego.

W odcinku retrospekcyjnym zanikł jednak podział na my – oni. Równomierne przedstawienie bagażu moralnego bohaterów pokazało, że ich obecna sytuacja życiowa to nic innego jak kaprys losu, kopniak w tyłek za znalezienie się w złym miejscu i czasie. Tillie, Sweat i Matt to rozrabiaki, którym powinęła się noga.

Aktorsko jednak odtwórcy głównych ról są sobie równi. I zasłużony dla kina Benicio del Toro (laureat Oscara za rolę w Traffic), i nieporównywalnie mniej znany Eric Lange (Narcos). Wymagającej metamorfozy dokonała Patricia Arquette (Oscar za rolę drugoplanową w Boyhood), nie zawiódł również młody-zdolny Paul Dano (który prócz wielu udanych ról ma za sobą obiecujący debiut reżyserski, Krainę wielkiego nieba).

Pojawiły się zarzuty, że historia nie dorównała ich umiejętnościom. Po pierwsze, nie ma historii lepszych niż napisane przez życie, po drugie – wystarczy przywołać trzymające widza w napięciu techniki montażu. W końcu o wiele ciekawiej obserwować od frontu, czy uciekający dostanie kulkę w plecy. Nawiązując do oczekiwania na rozwój wydarzeń, kolejny z krytyków napisał, że Ucieczka z Dannemory to serial, który od widza wymaga cierpliwości. Więźniowie przygotowywali się do ucieczki przez pół roku, stąd zamiar twórców wyrażenia mozołu spokojną, budującą atmosferę akcją. Dzieło jest jak ów skok: perfekcyjnie zaplanowane, z elementami szaleństwa. Kompozycji dopełnia ścieżka dźwiękowa, złożona z popularnych radiowych hitów pierwszej połowy 2015 r. (radio włączone jest w samochodzie lub w szwalni).

Wydaje się, jakby recenzja Ucieczki z Dannemory, nominowanej do Złotych Globów w kategorii najlepszy serial limitowany i film telewizyjny, była ciągłym odpieraniem rodzimej krytyki. W obliczu mnogości solidnych seriali na 8 i 9 chcę tę maksymalną ocenę uzasadnić. Tu wszystko jest na tip-top: i dobór aktorów, i pokaz ich talentu, historia najlepsza, bo prawdziwa, i świetny montaż. Soundtrack, charakteryzacja, dynamika akcji. I najważniejsze: wywołana w widzach empatia, współczucie dla OSADZONYCH. A gdzie czynnik wyróżniający, który decyduje o przyznaniu ostatniej gwiazdki? W mikrozrywach Richarda Matta, zaskakujących kwestiach wypowiedzianych nieswoim głosem („Don’t tell anybody!”). Rzeczony element szaleństwa, które idzie w parze z geniuszem.

Ostatnio dodane