Seriale TV

HOUSE OF CARDS. Recenzja 5 odcinków finałowego sezonu

Ostatni sezon "House of Cards" tworzony był w trudnej sytuacji i sporym pośpiechu. Wszystko to niestety widać i trudno znaleźć pozytywy finałowej odsłony serialu.

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Czas kobiet

Już drugiego listopada premiera ostatniego sezonu House of Cards, z wielu względów kontrowersyjnego serialu politycznego Netfliksa. Dzięki uprzejmości platformy miałem okazję obejrzeć pięć z ośmiu odcinków finału i niestety nie mam dobrych wiadomości dla fanów produkcji.

Zanim jednak o najnowszej odsłonie, przyjrzyjmy się temu, co z mojej perspektywy dużo ciekawsze, a mianowicie, jak fabuła House of Cards przez lata zazębiała się z rzeczywistością. Jest to być może najciekawszy aspekt serialu jako całości.

Feministyczna rewolucja

kevin-spacey

Coraz mocniejsza pozycja Wright to oczywiście wynik zmian społecznych.

Serial rozpoczynał się jako produkcja jednej gwiazdy. Z plakatu władczo spoglądał na nas siedzący na miejscu posągowego Abrahama Lincolna Kevin Spacey. To on i jego bohater stanowili o sile produkcji. Grana przez Robin Wright żona Underwooda była oczywiście postacią istotną, ale drugoplanową, muszącą dopasowywać się do decyzji męża, rozumiejącą, że w ich życiu nie ma za bardzo miejsca na jej cele i pragnienia.

Sytuacja zmieniała się na przestrzeni sezonów – Claire dojrzewała do roli prawdziwej partnerki polityka, ścierała się z nim, przebijała na pierwszy plan. Podobnie Robin Wright głośno protestowała w kwestii niesprawiedliwej jej zdaniem dysproporcji płac i w końcu udało jej się wynegocjować gażę na poziomie równym wynagrodzeniu jej ekranowego partnera. Coraz większa rola Claire i coraz mocniejsza pozycja Wright to oczywiście wynik zmian społecznych, nowej fali walki kobiet o równouprawnienie. W końcu w fabule serialu doszliśmy do momentu, w którym to Francis Underwood zaczął być zależny od małżonki – Claire została panią prezydent, a skompromitowany Frank czekał na jej decyzję o ułaskawieniu. „Teraz moja kolej” – mówi Claire w charakterystyczny sposób i bezpośrednio do widzów w finale piątego sezonu.

Ruch #MeToo i koniec ery Kevina Spaceya

robin-wright

Netflix najpierw zawiesił produkcję sezonu, następnie poinformował o zerwaniu kontraktu ze Spaceyem.

Tymczasem w trakcie produkcji ostatniego sezonu serialu Hollywood wstrząsnął istny tajfun – kolejne kobiety oskarżyły wpływowego producenta Harveya Weinsteina o przestępstwa i wykroczenia na tle seksualnym. Narodził się ruch #MeToo, na fali którego padły oskarżenia wobec kolejnych osób związanych z branżą filmową. Jednym z oskarżonych był Kevin Spacey, a wśród jego ofiar znajdować się mieli członkowie ekipy pracującej przy serialu. Netflix najpierw zawiesił produkcję sezonu, następnie poinformował o zerwaniu kontraktu ze Spaceyem, skróceniu finałowego sezonu do ośmiu odcinków, a w końcu o decyzji o uśmierceniu postaci okrytego niesławą gwiazdora.

Najnowsza, ostatnia odsłona House of Cards promowana jest zatem nowym głównym protagonistą. Z tego samego, lincolnowego tronu patrzy na nas Robin Wright. Claire Underwood. Pierwsza pani prezydent Stanów Zjednoczonych. Kobieta.

Pożegnanie z serialem

house-of-cards

Pożegnalny sezon to rzecz bardzo niedobra.

W historii małego ekranu głównie w ten sposób House o Cards zostanie zapamiętane – jako istotna część odbywającej się na naszych oczach feministycznej rewolucji szeroko pojętej rozrywki. Niestety bowiem serial, który na początku swego istnienia zbierał niezwykle pozytywne opinie i aspirował do listy najbardziej udanych seriali amerykańskich, przekształcił się w twór dużo gorzej odbierany. Nie napiszę, że nieudany, bo mnie do tej pory każdy sezon sprawiał ogromną radość – oczywiście miejscami poziom mocno spadał, ale charyzmatyczna obsada, dynamiczna fabuła, zaskakujące rozwiązania i bardzo dobra realizacja sprawiały, że wciąż mogliśmy mówić tu o bardzo dobrej rozrywce. Czas przeszły jest tu jednak niestety kluczowy, bo pożegnalny sezon to rzecz bardzo niedobra.

Wyraźnie niestety widać produkcyjne problemy i konieczność napisania na kolanie, a następnie zrealizowania finału historii bez udziału Kevina Spaceya i granej do tej pory przez niego postaci. Śmierć głównego bohatera ma miejsce poza kadrem i tej jakże przecież istotnej sytuacji nie towarzyszą absolutnie żadne emocje czy ciekawe rozwiązania. Całość jest nużąca, dialogi drętwe, postaci źle napisane, realizacyjnie czuć potrzebę cięcia kosztów, a brak gigantycznej charyzmy Underwooda/Spaceya pozostaje niestety bardzo zauważalny. Claire pozbawiona zarówno możliwości współpracy, jak i ścierania się z mężem nie przekonuje – widz ma wrażenie, że jej postać nie jest zainteresowana rozgrywkami politycznymi, w których uczestniczy, co kłóci się przecież z jej wizerunkiem z poprzednich sezonów, gdzie sprawiała raczej wrażenie hamowanej przez despotycznego męża. Osoby przewijające się przez jej gabinet też zdają się być tam przypadkiem, wiceprezydent Usher – petarda poprzedniego sezonu! – niemal dosłownie przysypia na kanapach. Najgorzej wypada jednak Doug Stamper, który po śmierci Underwooda zachowuje się jak nastolatka po stracie idola. Druga strona intrygi, wpływowe rodzeństwo Shephardów, stanowi ledwie kolejną, pozbawioną na siebie pomysłu wersję Raymonda Tuska.

Szkoda, bo ja w tej trudnej sytuacji produkcji doszukiwałem się plusów. Liczyłem, że przekierowanie ciężaru całości na Claire odświeży formułę serialu, a konieczność uśmiercenia bohatera granego przez Spaceya każe twórcom nieco bardziej się wysilić, niejako wynagrodzić widzom tenże brak. Niestety, finał przygody Underwoodów z Białym Domem jest niemal usypiający i niegodny poprzednich sezonów. 

Warto jednak pamiętać o House of Cards. Przez lata stanowił ważny element walki o pozycję kobiet w show-biznesie, a w końcu przyczynił się do zakończenia ery bezkarności seksualnych drapieżców w Hollywood.

Ostatnio dodane