Publicystyka filmowa
SERIALE, które trzymają WYSOKI poziom do samego końca
Oto seriale, które wciągną was od pierwszego do ostatniego sezonu, od pierwszego do ostatniego odcinka. Co dodalibyście do tej listy?
Z serialami, zwłaszcza tymi trwającymi dłużej, często jest tak, że na pewnym ich etapie następuje spadek jakościowy. Scenarzyści zdają się sami nie wiedzieć, w jakim kierunku pchać dalej historię. Popularnie mówi się wówczas, że serial „przeskoczył rekina”. Przedstawiam wam kilka przykładów produkcji telewizyjnych, które takiego dołka zręcznie uniknęły. Do samego końca ogląda się je z taką samą satysfakcją, jak podczas seansu pierwszych odcinków. Przykładów takich seriali jest rzecz jasna więcej, zachęcam więc do uzupełnienia mojej listy w komentarzach.
Homeland (2011–2020)
Inspiracja i powód, dla którego przywołałem listę seriali trzymających poziom do samego końca. Bo tak właśnie jest ze słynnym już serialem stacji Showtime, którego finalny sezon mogliśmy niedawno oglądać na platformie Netflix. Wydaje mi się, że największą umiejętnością scenarzystów było przekonanie mnie, że mogę żywo zainteresować się bezpieczeństwem narodowym USA, wikłając się przy okazji w zakulisowe rozgrywki irackiej wojenki. Kluczem, który otworzył moje serce, była wybitnie dobra intryga, utrzymująca widza w niepewności, co jest prawdą, a co kłamstwem, kto gra szczerze, a kto tylko udaje.
Drugi atut rzecz jasna związany jest z niezwykle zniuansowaną postacią Carrie Mathison, która momentami, za sprawą swej cyklofrenii, tak zaciekle broni interesów swego kraju, że przybiera to rozmiary szaleństwa. Szczerze mówiąc, po pamiętnym zwrocie fabularnym w trzecim sezonie nie wierzyłem, że produkcja Showtime zdoła jeszcze wskoczyć na najwyższą półkę. To jednak, w jaki sposób ta historia się rozwinęła, doprowadzając w rezultacie do absolutnie DOSKONAŁEGO finału, zasługuje na najwyższe laury, gdyż dowodzi, iż jeśli scenarzyści odrobią pracę domową, są w stanie skutecznie utrzymać naszą uwagę nawet przez osiem długich sezonów. Chapeau bas.
Zagubieni (2004–2010)
Pewnie narażę się wielu z was, umieszczając Zagubionych na liście seriali, które trzymają poziom. Przez lata przecież utarło się, że produkcja ABC stanowi synonim serialu, który po wybitnie dobrym początku dobrnął w końcu do rozczarowującego finału.
Byłem i wciąż jestem przeciwnego zdania. Dla mnie Zagubieni to fascynująca telewizyjna przygoda, umiejętnie operująca zagadkowością, zbudowana na bazie intrygującej symboliki i wielu życiowo brzmiących przesłań, która ani przez moment nie straciła na jakości. Jasne, ja też stałem po stronie tych frustratów, którzy irytowali się wprowadzaniem kolejnych cliffhangerów, przedłużających wyjaśnienie kluczowych wątków o kolejny sezon. Ale jeśli o mnie chodzi, poczułem się głęboko usatysfakcjonowany tym, co zaprezentowano mi w finale tej opowieści. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie był to serial pisany na kolanie, pod publiczkę, na fali sukcesu poprzedniego sezonu.
Wciąż silne jest we mnie wrażenie, że J.J. Abrams i Damon Lindelof od samego początku wiedzieli, jak zakończy się historia rozbitków na tajemniczej wyspie. Powiecie, że podane nam rozwiązanie wieje banałem? Odpowiem: w takim razie nasze życie też z banału zostało utkane. Żyjemy i umieramy – ot, co.
Batman (1992–1995)
Być może gdzieś tu dały o sobie znać moje dziecięce fascynacje, ale wciąż nie zmienia to faktu, że serial Batman, lepiej znany jako Batman: The Animated Series, to jedna z bardziej udanych rzeczy, jaką kiedykolwiek wydała telewizja. Musiałbym się bardzo postarać, by wskazać odcinki, które nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia; musiałbym się pogłowić, by wskazać, na którym etapie serial notował jakościowe spadki.
Jasne, historia w pewnym momencie przybiera nieco inną formułę za sprawą wprowadzenia nowych bohaterów (w tym Robina i Batgirl), ale do samego końca mamy tu do czynienia z esencjonalnym podejściem do komiksowego źródła, ukazującym postać Batmana jako bohatera ze wszech miar tragicznego. Za punkt honoru obiera on bowiem zaprowadzenie porządku w mrocznym, zepsutym mieście, co z kolei wiąże się z potrzebą uciszenia wewnętrznych demonów. Wszystko to odbywa się w otoczeniu plejady łotrów, z których każdy uosabia inne przesłanie. Cieszę się, że w końcu ktoś sobie o serialu przypomniał i planowane jest ponowne wejście do tego świata za sprawą przygotowywanego dla HBO rebootu.
Mad Men (2007–2015)
Historia pewnej agencji reklamowej, rozgrywająca się w latach 60. ubiegłego wieku, to bodaj najbardziej jednolita fabuła telewizyjna, jaką dane mi było obejrzeć. I broń boże, nie traktuję tego jako zarzut, wręcz przeciwnie. Wszystko może się dziać, dzień może ułożyć się nie po twojej myśli, żona może się obrazić, a dziecko cię obśmiać, ale podchodząc do kolejnego odcinka Mad Men, zawsze otrzymasz tę samą żelazną klasę, którą urzekł cię już podczas pierwszego spotkania.
Na tym opiera się główna siła kultowego już show stacji AMC. Mad Men, choć podejmuje tematykę mody i konsumpcji, sam idzie im na przekór, unikając jak ognia stosowania liftingu. Ten serial nie musi pomagać sobie żadnym pudrem, ponieważ jest tak dobry, że stanowi jakość w każdym calu. I tę właśnie jakość konsekwentnie kontynuuje przez siedem sezonów, nie musząc uciekać w rejony radykalnych wolt fabularnych. Wszystko rozgrywa się spokojnie, bez pośpiechu, niczym szary dzień z życia agencji. Mad Men jest jak wypalany przez Dona Drapera papieros. Mechanizm analogiczny jak przy raczeniu się dymem działa tu w sposób prosty, acz zabójczo skuteczny.
Układy (2007–2012)
Z chwilą zapoznania się po raz pierwszy z Układami nie sądziłem, że potrwają one aż do piątego sezonu. Spodziewałem się raczej szybkiej akcji pozbawionej fajerwerków. Tymczasem konflikt na linii Patty Hewes – Ellen Parsons przerodził się w istną batalię. Serial produkcji FX do samego końca konsekwentnie utrzymuje bardzo przyzwoity poziom, podkreślając przy tym wybitne kreacje aktorskie Glenn Close i Rose Byrne.
Warto nadmienić, że niemająca szczęścia do Oscarów Glenn Close dla odmiany otrzymała Złoty Glob za występ telewizyjny w Układach. Skomplikowana relacja między głównymi bohaterkami stanowi główny atut show, ukazując, że nawet jeśli kogoś nienawidzimy, jesteśmy w stanie przejąć jego cechy charakteru. Interesującym wątkiem Układów jest także podejście bohaterek do prawa – jeśli chodzi o realizację ich partykularnych interesów, w jednej chwili ze strażników prawa przeobrażają się w adwokatów diabła. Dziś o Układach pewnie niewielu już pamięta, z racji tego, że serialowych dramatów sądowych jest więcej niż mrówek, ale wciąż warto sobie tę niezwykle wyrównaną pozycję przypomnieć, chociażby w ramach ciekawostki.
Breaking Bad (2008–2013)
Postanowiłem zakończyć to zestawienie wyjątkowo silnym akcentem, tak by nikt nie miał wątpliwości, co miałem na myśli, pisząc o serialach, które od początku do końca są tak samo dobre. Za wyjątkowością tej produkcji niech przemawia przypadek mojej kochanej żony (serialoholiczki na równi ze mną), którą przez lata starałem się przekonać do tego, by w końcu zapoznała się z produkcją autorstwa Vince’a Gilligana.
Swego czasu obejrzała dwa pierwsze odcinki i kompletnie ją ta produkcja nie zainteresowała. W końcu, po żmudnych zapewnieniach, że seansu żałować nie będzie, po długich prośbach i namowach, groźbach rozwodu i innych typowych małżeńskich dyskusjach, żona przebrnęła przez kilka pierwszych odcinków i… wessało ją na dobre. Odtąd przez kilka tygodni konsekwentnie każdy dzień kończył się seansem Breaking Bad, który żona oglądała z wypiekami na twarzy. Dzieci mogły się budzić, świat mógł właśnie się kończyć, ale dla niej ważniejsze było, że odhacza kolejne rozdziały historii Waltera White’a. Historii niezwykłej, niejednoznacznej, głębokiej, zabawnej, przerażającej i ze wszech miar wciągającej. Od pierwszego do ostatniego odcinka.
