Publicystyka filmowa
ROLE, którymi gwiazdy ZERWAŁY ze swoim wizerunkiem
W filmie ROLE, KTÓRYMI GWIAZDY ZERWAŁY ZE SWOIM WIZERUNKIEM odkrywamy, jak aktorzy zaskakują w nietypowych rolach, łamiąc stereotypy.
Obsadzanie tych samych aktorów w podobnych rolach to jedna z maksym branży filmowej. Tak jest bezpieczniej, taniej i na rękę producentom, ponieważ znajome nazwisko w obsadzie to znajomy efekt. Tego też spodziewa się widz, inwestując w seans. Zazwyczaj bardzo łatwo jest wskazać typ ról, jaki dany aktor przyjmuje najchętniej. Natomiast gdy ten postanawia się wyłamać i zasmakować w czymś nowym, robi się ryzykownie. Trudno bowiem wyobrazić sobie kogoś, kto zazwyczaj rozśmiesza do łez, a potem ląduje w poważnym dramacie. I odwrotnie – znudzonego obyczajówkami gwiazdora, który za namową agenta ma ochotę spróbować sił w lżejszym gatunku. Zerknijmy zatem na parę ekranowych wyczynów, które rzuciły nowe światło na to, jak postrzegamy znane nazwiska.
Jim Carrey w Truman Show (1998), reż. Peter Weir

Żywa legenda komedii. W latach 90. częstym punktem wyjścia dla Carreya był czek na 20 milionów dolarów. Dopiero wtedy decydował się na rolę, tak jak było to w przypadku Kłamca, kłamca czy Telemaniaka. W pewnym momencie jednak Jim poczuł zmęczenie ciągłym szufladkowaniem własnej osoby. Za namową Petera Weira Carrey zdecydował się na swoją pierwszą, pełnokrwistą rolę w dramacie. To pomogło mu odświeżyć wizerunek i posmakować „prawdziwego” aktorstwa, opartego na emocjach i budowaniu roli, a nie robieniu z siebie, no cóż, wariata.
Fabuły filmu nie trzeba przedstawiać. Tytułowy Truman Show to nadawany 24 godziny na dobę program, w którym wszyscy oglądają perypetie głównego bohatera – odrobinę naiwnego amerykańskiego everymana o imieniu Truman. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden fakt – Truman nie zdaje sobie sprawy, że jest filmowany, a całego jego życie jest wyreżyserowaną operą mydlaną, mającą przyciągnąć przed ekrany telewizorów widzów ze wszystkich możliwych zakątków świata. W końcu 220 krajów śledziło jego pierwsze kroki. W tej roli Carrey używa swojego komediowego talentu, by pozwolić postaci wieść szczęśliwe i niewinne w swojej prostocie życie. Świadomość, że nic, co Truman widzi, i nikt, kogo spotyka, nie jest prawdziwe, napędza dramaturgię filmu. To też sprawia, że oprócz odczuwania sympatii współczujemy Trumanowi, ilekroć ten robiony jest w balona przez Christofa, twórcę tytułowego show. Carrey w tej roli jest ludzki, momentami zabawny i jednocześnie tragiczny. Ten zestaw cech bez wątpienia pomógł mu w zdobyciu Złotego Globu i potwierdził jego aktorski talent. Natomiast jako symboliczne zerwanie z komedią można potraktować fakt, że ekipa na planie produkcji miała zakaz używania kwestii z poprzednich filmów Jima.
Robin Williams w Zdjęcie w godzinę (2002), reż. Mark Romanek
Nieodżałowany Jack i Pani Doubtfire był kolejnym guru komedii, ale także urodzonym improwizatorem i imitatorem. W filmach niemal zawsze emanował niespotykanym ciepłem i serdecznością, dzięki czemu jego rolę zawierały pierwiastek ludzki, jak w Buntowniku z wyboru czy Stowarzyszeniu Umarłych Poetów. Zwrot o 180 stopni nastąpił, gdy Robin Williams przyjął angaż w Zdjęciu w godzinę.
Można powiedzieć, że w tym miejscu żarty się skończyły, a wyrozumiałość została zastąpiona chłodem i bezwzględnością. Jego Seymour „Sy” Parrish to neurotyczny właściciel punktu fotograficznego, który na tym świecie nie ma nikogo oprócz swoich klientów. Jednym z nich jest rodzina Yorkinów, prowadząca szczęśliwe, tak odmienne od Parrisha życie. Jego ciekawość wobec nich okazuje się obsesyjna, a sam Parrish wkrótce zaczyna niebezpiecznie ingerować w codzienność Yorkinów. Do roli psychopaty pierwotnie przymierzany był Jack Nicholson, ale ta zbyt łudząco przypominała mu o Jacku Torransie z Lśnienia Stanleya Kubricka. To wiele mówi o tym, w jaki sposób Williams miał poprowadzić swoją rolę. Jego metamorfoza nie dotyczyła jedynie sztuki aktorskiej. Na potrzeby filmu Robin musiał również zgolić wszystkie włosy na ciele.
Kristen Stewart w Sils Maria (2014), reż Olivier Assayas
Komedia na bok. Kristen Stewart z impetem wdarła się w kinematografię. Wydawałoby się, że rolą Belli w ekranizacji książek Stephanie Meyer spali za sobą wszystkie możliwe mosty. Liczbą komentarzy, przeważnie niepochlebnych, pod adresem Stewart śmiało można by obdzielić tuzin innych aktorek. I pomyśleć, że premiera Zmierzchu sięga tak na dobrą sprawę czasów sprzed internetowego hejtu. A jednak Kristen wydaje się, że zapomniała o Belli wraz z ostatnim klapsem sagi.
Chwilę później bowiem stanęła w szranki – według niektórych wychodząc z tego zwycięsko – z samą Juliette Binoche, wcielając się w sekretarkę wybitnej aktorki mierzącej się z nieuchronnym zmierzchem kariery. To pierwsze spotkanie Stewart z Olivierem Assayasem, którego owocem jest kreacja wyważona i inteligentna w doborze aktorskich środków. Nic dziwnego, że krytyka z miejsca puściła jej ekranową przeszłość w niepamięć, ostrząc sobie apetyt na więcej kameralnych bohaterek o twarzy Kristen. Te zresztą nadeszły niebawem.
Robert Pattinson w Cosmopolis (2012), reż. David Cronenberg
Skoro wspomnieliśmy o Belli, oddajmy sprawiedliwość także Edwardowi. Ich aktorskie ścieżki potoczyły się podobnym torem, pomimo że od czasu Zmierzchu nigdy się nie przecięły. Pattinson porzucił wampirze wcielenie, natychmiastowo katapultując się do kina o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Ekranizacja prozy Dona Delillo była doskonałą okazją, a współpraca z samym Davidem Cronenbergiem gwarantowała aktorskie odświeżenie. Pattinson to Eric Packer, młody nowojorski milioner oglądający miasto zza przyciemnionych szyb swojej limuzyny.
Jego finansowe imperium wydaje się być niestabilne w równym stopniu co jego małżeństwo i sytuacja na ulicach. Packer zieje emocjonalną pustką i wyrachowaniem. Jest wytrawnym kapitalistą żyjącym na krawędzi. Posągowy i przenikliwy Pattinson doskonale radzi sobie w tej roli, co stanowi przedsmak tego, w jaki sposób dojrzeje aktorsko w nadchodzących latach.
Steve Carrell w Foxcatcher (2014), reż. Bennett Miller
Nie ukrywam, że to jeden z najbardziej spektakularnych przykładów aktora zrywającego ze swoim wizerunkiem. Jeśli Carrell kojarzy się z zabawnie bełkoczącym prezenterem z Bruce’a Wszechmogącego, to jego John Du Pont odsłania przed widzami zupełnie innego aktora. Grany przez Carrella milioner, spadkobierca fortuny swoich rodziców, to na pierwszy rzut oka oaza spokoju. Du Pont marzy o wystawieniu drużyny olimpijskiej w zapasach. W tym celu zaprasza na swoją farmę braci Schultz, licząc, że w tych optymalnych warunkach duet przygotuje się do walki o medale.
Oprócz swojej sportowej pasji Du Pont to filantrop, pasjonat ornitologii, filatelista i koncholog, czyli amator skorupiaków i małż. Ta oryginalna kombinacja sprawia, że Carrell dostaje do zagrania najbardziej skomplikowaną postać w swojej karierze. Gwiazda The Office przechodzi głęboką metamorfozę, stając się popapranym i momentami groteskowym arystokratą. Przy każdym jego słowie i geście tylko czekamy, kiedy Du Pont wybuchnie, raniąc wszystkich wokoło.
Tom Cruise w Tropic Thunder (2008), reż. Ben Stiller
Myślisz „Cruise”, mówisz „akcja. A tu proszę, Tom na chwilę łapie oddech (dosłownie) i w przerwie od misji niemożliwej, nierozerwalnie związanej z ciągłą bieganiną, przeistacza się w łysiejącego producenta komedii Tropic Thunder. Ponoć Grossmana wymyślił sam aktor, niejako sugerując, że w zasadzie nie jest takim sztywniakiem, na jakiego kreują go media. Filmowy Les przede wszystkim nie negocjuje z terrorystami. Do tego jest najgorszym koszmarem ekipy filmowej. Impulsywny i wulgarny, żąda pełnej kontroli nad obsadą. By stworzyć postać, Cruise pobierał lekcje tańca hip-hop, zażyczył sobie protezy przerośniętych dłoni – les grosses mains to z francuskiego duże dłonie – oraz dodatkowego owłosienia w różnych częściach ciała.
Ogólnie mówiąc, hollywoodzki gwiazdor poszedł na całość, dorzucając do swojego portfolio prawdziwego oryginała. Grossman i jego niewyparzona gęba od razu zaskarbiły sobie względy publiczności. Co bardziej kąśliwi uważali nawet, że to najlepsza rola Toma. Wkrótce nawet zaczęto spekulować o osobnym filmie z Lesem w roli głównej, co jednak wciąż nie doszło do skutku.
Anne Hathaway w Les Miserables. Nędznikach (2012), reż. Tom Hooper
Anne Hathaway rozbiła bank, gdy zaśpiewała rozdzierające serce I Dreamed a Dream w Les Miserables. Nędznikach Toma Hoopera. Niespodzianki były dwie. Po pierwsze, nikt nie spodziewał się, że Hathaway, podobnie jak inni aktorzy w ekranizacji powieści Hugo, faktycznie umie śpiewać, robiąc to świetnie. Po drugie, rola tragicznej Fantyny pasowała do aktorki o niepodrabialnym talencie dramatycznym – w miniserialu Nędznicy grała ją przecież Charlotte Gainsbourg.
Hathaway spędziła trzy godziny na przesłuchaniu, po tym, jak dowiedziała się, że jest za stara do ról Kozety i Eponiny. Miesiąc czekała na odpowiedź. Już na planie Hooper wykonał z nią 20 dubli – w każdym Anne śpiewała od nowa najsłynniejszą piosenkę musicalu. Jej wysiłek i wkład w rolę został doceniony przez Akademię. I choć wcześniej w Rachel Getting Married Hathaway zerwała z postaciami pisanymi dość lekką kreską, to dopiero w Nędznikach odpaliła swój cały aktorski potencjał. Co ciekawe, aktorka jeszcze parokrotnie wracała do mniej zobowiązujących scenariuszy. Po Oscarze jednak nie wahała się również przyjmować poważniejszych i trudniejszych angaży, jak ten w Mrocznych wodach.
