Publicystyka filmowa
Roland Emmerich – człowiek, który ukochał katastrofy
Jego nazwisko to synonim największych kinowych katastrof.
Roland Emmerich. Jego nazwisko to synonim największych kinowych katastrof , co może być rozumiane różnorako: raz, oczywiście dosłownie, bo facet uwielbia ekranizacje kataklizmów, a dwa, to jego filmy przez krytykę są najczęściej niszczone. Całe szczęście widzowie dopisują – co jak co, ale pomysły Emmericha mogą liczyć na poklask u publiczności, która chętnie płaci za oglądanie gargantuicznych wybuchów i efektownych zgliszcz. Jego filmy zarobiły już ponad 3 miliardy dolarów na całym świecie, są chętnie oglądane w telewizji, która regularnie sięga do jego dorobku, świetnie sprzedają się także na dvd/blu-ray – Niemiec, importowany do USA w połowie lat 80. , z pewnością będzie długo siał zniszczenie bez oglądania się na złośliwych krytyków.
Obecnie na ekrany kin wchodzi „Dzień Niepodległości: Odrodzenie”, którego recenzja pojawi się u nas wkrótce. Facet więc nie spoczywa na laurach i możemy być pewni, że atak kosmitów będzie taki, jakiego świat jeszcze nie widział. Dobrze? Źle? Trudno powiedzieć, możemy jednak być pewni, że rozpierducha będzie nieziemska.
Dzisiaj oceniamy jego dotychczasową twórczość. Na końcu zapraszamy do ankiety.
DAS ARCHE NOAH PRINZIP
Arka Noego (1984)
Pełnometrażowy debiut Rolanda Emmericha, a zarazem jego praca dyplomowa, został w całości nakręcony w Niemczech – ściślej w ówczesnym RFN. Jest to zarazem pierwszy i ostatni film stworzony w jego rodzimym kraju, ponieważ później reżyser ten na stałe przeniósł się do Ameryk, gdzie do dziś tworzy. Emmerich swoją przygodę z filmem rozpoczął w gatunku science fiction, który następnie będzie determinował jego twórczość. Akcja filmu rozgrywa się 1997 roku na stacji badawczej monitorującej ziemski klimat, której załoga wkrótce orientuje się, że zostanie wykorzystana do celów militarnych. Choć film posiada ciekawy klimat (kto lubi SF z akcją osadzoną na stacji badawczej, ten wie co mam na myśli), to jednak cierpi na wyraźne braki scenariuszowe, przez które 90-minutowy seans staje się wyzwaniem.
A i odniesienia do biblijnej Arki są wplecione wyraźnie na wyrost. Film był jednak na tyle charakterystyczny, że potrafił zwrócić na siebie uwagę krytyków- co zaowocowało nominacją w konkursie głównym Berlińskiego festiwalu filmowego. 5/10 [Piwon]
MAKING CONTACT aka JOEY
(1985)
Zanim Roland Emmerich wyrobił swój własny, niepodrabialny styl (moc CGI zniszczenia, bohaterowie wycięci z dykty, toporne dialogi, dziury scenariuszowe wielkości budynków ZUS-u), był reżyserem-marzycielem z RFN, zakochanym w jankeskim kinie, a zwłaszcza w twórczości Stevena Spielberga. Upust swojej fascynacji dał tworząc mocno zapomniany już dziś „Making Contact”/„Joey”. Młody chłopiec po śmierci ojca odkrywa u siebie telepatyczne zdolności, wkrótce jest zdolny kontaktować się ze zmarłym rodzicem za pomocą zabawkowego telefonu, niestety wraz z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność (ekhm!), oraz efekty uboczne w postaci ataków psychopatycznych świadomych pacynek.
Jestem pod wielkim wrażeniem tupetu Niemca, który już nawet nie nawiązuje, ale zwyczajnie kradnie masę pomysłów z hollywoodzkich produkcji. Czego tu nie ma: przesuwanie przedmiotów rodem „Poltergeist”, rząd rozstawiający laboratorium na przedmieściach niczym w „E.T.” (głównego bohatera będącego klonem Elliotta nawet nie liczę), masę ujęć rodem z „Close Encounters of the Third Kind”, pojawia się postać Lorda Vadera, a także latające modele Sokoła Millennium, myśliwców Tie, oraz machina krocząca AT-AT, a na deser dostajemy kalkę podróży tunelem czasoprzestrzennym z „2001: A Space Odyssey”. Główny pomysł będący nawet niezłym przepisem, masa składników, dobrze wyposażona kuchnia – tylko kucharz słaby i wyszedł niestety straszny zakalec.
Dialogi wołają o pomstę do nieba, reżyseria kuleje, montaż jest strasznie rwany, a nawiązania i kalki budzą zwyczajnie zażenowanie. Jest kilka fajnych patentów, jak chociażby ten z dziećmi uwięzionymi w olbrzymim labiryncie, czy też sama idea małego chłopca obdarzonego telekinetycznymi mocami, ale w ogólnym rozrachunku film wypada raczej słabo. Zabrakło reżyserskiego talentu, scenopisarkiego pazura i serca – tak własnie, opcja kopiuj/wklej i efekty specjalne to nie wszystko panie Emmerich, tak pan kariery nie zrobi…zaraz, zaraz! 4/10 [Bucho]
GHOST CHASE / HOLLYWOOD MONSTER
Polowanie na duchy [1987]
Drugi film niemieckiego reżysera nakręcony w Stanach, koncepcyjnie wiąże się z tym pierwszym. „Polowanie na duchy”, tak jak „Joey”, jest bowiem filmem przeznaczonym widzowi nastoletniemu, wykorzystującym elementy fantastyki – w tym wypadku horroru. Młodzi bohaterowie, zapaleni filmowcy, stają się posiadaczami starego zegara, w którym skrywa się duch kamerdynera rodziny.
A że zegar nie należy do nich, generuje to szereg niefortunnych wydarzeń, podszytych dawką zawadiackiego humoru. Dość ważną rolę pełnią w filmie efekty specjalnie, tym samym Emmerich na początku swojej kariery daje jasno do zrozumienia co go „jara” i jaki będzie podstawowy wyróżnik jego twórczości. Z uwagi na realizacyjną siermiężność, siła oddziaływania filmu nie jest zbyt wielka, wręcz może pozostawić przeciętnego widza obojętnym. Jestem jednak pewien, że gdybym obejrzał go w czasie, gdy pierwszą cyfrą mojego wieku była jedynka, film z pewnością by mi się spodobał i dziś wspominałbym go dobrze. Klimat młodzieżowego kina lat 80. jest zawsze cenie. 5/10 [Piwon]
MOON 44
Księżyc 44 (1990)
To spokojnie mógł być najlepszy film Emmericha, a dla fanów oldschoolowego s-f, klasyk do postawienia na półce obok „Aliena”, „Blade Runnera”, czy też „Terminatora”. Pomysł wyjściowy, choć naciągany i lekko naiwny, to nadal bardzo smakowity: w roku 2038 źródła zasobów naturalnych się wyczerpały, rządzące Ziemią, i wzajemnie ze sobą konkurujące, koropracje zabierają się za podbój kosmosu. Żadne prawo nie kontroluje gwiezdnego „wyścigu” toteż dochodzi do walk pomiędzy korporacjami, rozwoju szarej strefy, oraz grabierzy ze strony piratów. Jedna z firm, Galactic Mining Corp, z powodu ataków piratów utraciła już kopalnie na trzech księżycach, a ostatni, tytułowy Moon 44 zaczyna przynosić olbrzymie straty.
Na satelitę zostaje więc oddelegowany oficer wydziału wewnętrznego firmy, w celu przeprowadzenia dochodzenia, a wraz z nim, jako mięso armatnie, oddział skazańców przeszkolonych w obsłudze bojowych helikopterów – Takie opisy kupuje w ciemno! Niestety pomysł wyjściowy został tutaj zarżnięty masą raniących uszy dialogów, galerią bezpłciowych postaci (tylko Brian „Night Slasher” Thompson daje czadu), toporną reżyserią, rozlazłą intrygą, oraz nieemocjonującymi i zwyczajnie nudnymi scenami akcji. Jakieś plusy? Jak najbardziej, formalnie (nie licząc montażu) film prezentuje się absolutnie obłędnie – autor zdjęć, Karl Walter Lindenlaub i scenograf, Olivier Scholl sprzedali chyba dusze diabłu, bo powstały za grosze „Moon 44” jest jednym z najlepiej wyglądających i klimatycznych esefów jakie dało nam kino.
„Blade Runner” spotyka „Aliena” – futurystyczne drapacze chmur nocą, zasyfione kwatery sypialne, zadymione pomieszczenia, światła urządzeń przebijające się przez kłęby pary, wizualny orgazm dla fanów s-f w starym stylu i chociażby dla tych elementów warto ten film obejrzeć. 6/10 [Bucho]
UNIVERSAL SOLDIER
UNIWERSALNY ŻOŁNIERZ (1992)
Pojedynek żywych trupów
Jeden z pierwszych i zarazem najlepszych filmów Niemca. Historia dwóch żołnierzy, których spór zakończył się ich śmiercią podczas wojny w Wietnamie. Za sprawą ściśle tajnego projektu wojskowego zostają przywróceni do życia. Jako „superżołnierze” nie odczuwają bólu, nie mają wspomnień, ani ludzkich odruchów. Zostali zaprogramowani tak, żeby wykonywać rozkazy swoich przełożonych. Podczas jednej z misji obojgu wraca pamięć, co prowadzi do dezercji i morderczego pojedynku. Uniwersalny żołnierz„, mimo nie do końca wykorzystanego potencjału, to świetny akcyjniak, który nawet po 21 latach od premiery ogląda się znakomicie.
Sceny akcji oraz projekty sprzętu, którym posługują się bohaterowie, do tej pory potrafią zrobić wrażenie (design ciężarówki, mundurów i broni). Świetnie spisali się także aktorzy. Jean-Claude Van Damme i Dolph Lundgren zostali dobrani do swoich postaci idealnie – zimni, pozbawieni emocji, nieco tajemniczy, a także szalenie sprawni fizycznie. Obaj panowie nie posiadają większych zdolności aktorskich, ale w tym wypadku działa to na ich korzyść. Szkoda tylko, że od połowy obraz Emmericha siada, a momentami wkradają się do niego dłużyzny, zaś końcowy pojedynek okazuje się zwykłym mordobiciem. Całościowo jest to jednak kawał porządnej rozrywki, który zapewnia sporo frajdy i w minimalnym stopniu próbuje dotykać tematu zabawy w Boga, stanowiąc wariację na temat dr. Frankensteina i jego potwora. 7/10 [Arahan]
STAR GATE
GWIEZDNE WROTA (1994)
Dla wielu obiekt kultu, ale osobiście nigdy nie byłem fanem tego filmu Emmericha. Powrót do „Gwiezdnych wrót” po latach nie zmienia mojej oceny – jest to nadal mało porywające kino ze świetnym pomysłem wyjściowym, który jednak nie znajduje równie inteligentnego rozwinięcia. Początek jest zresztą najlepszy, gdy odkrywane są tajemnice wielkiego znaleziska, i kolejne próby jego uruchomienia. Czym są tytułowe wrota? Kto je stworzył, i w jaki sposób znalazły się na Ziemi? Odpowiedzi na te pytania są, niestety, zbyt szybko wyjawione, przez co zabawa nie trwa długo. Na dodatek, gdy już je poznamy, przychodzi kolejne rozczarowanie, bo drugi koniec wszechświata wygląda jak dawny Egipt – dużo piasku i język, który trudno rozszyfrować.
Podoba mi się, że głównym bohaterem jest lingwista grany przez Jamesa Spadera, a nie żołnierz, w którego wciela się Kurt Russell (obaj dobrzy w swoich rolach), ale im dalej w las tym więcej u Emmericha wybuchów i wystrzałów, a mniej naukowego podejścia. Spotkanie z obcą cywilizacją także pozostawia sporo do życzenia, choć pomysł, aby egipski bóg Ra był kosmitą jest co najmniej śmiały. Zabrakło wyobraźni, aby to, co oryginalne przekuć w coś niepowtarzalnego.
Koniec końców, pozostają wspaniałe efekty specjalne, które nie zestarzały się do dziś oraz kryjąca się za ideą Gwiezdnych Wrót niewykorzystana szansa. A fani doczekali się nawet kontynuacji w postaci paru całkiem popularnych seriali telewizyjnych. 5/10 [Crash]
INDEPENDENCE DAY
DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI (1996)
Dzień, w którym zatrzymała się ziemia i.. myślenie.
To jeden z pierwszych filmów, który obejrzałem świadomie. Czyli taki, na który porządnie się napaliłem, wobec którego miałem pewne oczekiwania i taki, którego długo po seansie nie mogłem zapomnieć. Przyznaję, że w wówczas młodym wieku (bodajże 11 lat) ten film niebezpiecznie balansował na pozycji arcydzieła w moim osobistym rankingu filmowym. Obecnie, należy do jednych z najgłupszych, jakie widziałem, aczkolwiek sprawiających perwersyjną przyjemność przy oglądaniu do więcej niż jednej butelki piwa. I nie boję się do tego przyznać – do tego filmu wracam naprawdę często.
„Dzień niepodległości” jest nieoficjalną wersją powieści HG. Wellsa „Wojna światów”, tyle, że przeniesionym w czasy współczesne. Prób kosmicznych inwazji na ziemię było już w kinie kilka. Wystarczy wspomnieć takie kultowe tytuły jak „Wojnę światów” (1953), „Inwazję porywaczy ciał” (1978) czy „Oni żyją!”(1988). Żaden z tych filmów nie był jednak tak widowiskowy, wizualnie oszałamiający ale i również napompowany do skrajnych możliwości patetycznymi pierdołami blockbusterem. Tak, film Emmericha był bodajże pierwszym blockbusterem, jaki dane mi było obejrzeć. Co jednak ważniejsze, to również jeden z pierwszych obrazów, w którym w tak widowiskowy sposób moim oczom ukazały się tak olbrzymie zniszczenia amerykańskich symboli.
To w tym filmie statki kosmiczne zniszczyły Nowy Jork, Waszyngton i Los Angeles. Szczątki Statuy Wolności, Biały Dom zmieniający się w kulę ognia, fala zniszczenia przetaczająca się przez Manhattan czy Hollywood – te sceny do dziś zapierają dech w piersiach i nie ważne, że cała reszta jest kopalnią wpadek, błędów, absurdów i niedorzeczności. Bo jak wytłumaczyć fakt, że Will Smith, nauczył się w ciągu 30 sekund pilotować statek obcych a pozaziemska zaawansowana technologia daje się zaskoczyć naszemu ziemskiemu trojanowi. Ale to nic w porównaniu z tekstami Billa Pullmana (jego wyraz twarzy zdradza, że w trakcie kręcenia cierpiał na wzdęcia) pełnych obrzydliwego patosu, od słuchania których bolą zęby i wcale nie ma się ochoty być Amerykaninem. Jednym słowem, aby dotrwać do końca tego filmu trzeba po prostu wyłączyć myślenie.
„Dzień niepodległości”, czy jak lubię go nazywać „ID4”, to jak dla mnie najlepszy film Emmericha. Żaden następny, mimo lepszych efektów i większego budżetu (film kosztował nieco ponad 70 milionów USD), nie zrobił takiego hałasu wokół siebie. Ten poziom – co prawda i tak niski – ale jak się później okazało, stał się nieosiągalny dla Emmericha. Później było już tylko gorzej. Następna w filmografii „Godzilla” paradoksalnie nie była już tak spektakularna i elektryzująca. Także „Pojutrze” czy nawet „2012” nie są filmami, o których chciałbym pamiętać. Żaden z nich nie obrósł takim kultem. 7/10 [Aaron]
(1998)
That’s a lot of fish!
Roland Emmerich jest synonimem rozbuchanego amerykańskiego kina wysokobudżetowego. Jego obrazy, mimo wielkiej widowiskowości, przypominają frytki wyciągnięte z przepalonego tłuszczu w amerykańskiej burger-chacie – kilkoma można się napchać, szybko stają na żołądku, brzydną po paru kęsach, zawsze smakują tak samo i ostatecznie człowiek żałuje iż nie zjadł czegoś konkretnego.
Godzilla jest kumulacją najgorszych cech kina tego niemieckiego reżysera i udowadnia, że jankeskie pieniądze nie mają zielonego pojęcia o tym, co uczyniło z wielkiego potwora ikonę. Oryginalne japońskie filmy o kaiju – wielkich potworach – mogą wydawać się na pierwszy rzut oka ramotkami, w których ludzie ładowali się w gumowe kostiumy i niszczyli tekturowe miasta, ale zawsze było to podszyte niesamowitą miłością do gatunku. Godzilla stała się częścią współczesnej japońskiej mitologii i zwyczajnie nie da się zrobić tak angażującego kina tego typu poza granicami kraju kwitnącej wiśni.
Emmerich wziął jednak klasyczną koncepcję, odarł ją z wszystkiego co czyniło nuklearnego potwora czymś unikalnym i zaprezentował nam do bólu prostackie kino katastroficzne, które pod warstwą wizualnego blichtru nie dawało NIC więcej. Ciężko było w jakikolwiek sposób identyfikować się z monstrum, ponieważ scenariuszowe rozwiązania były wymuszone (dzieci gada wyniesione prosto z „Jurassic Park”) albo kretyńskie (ukrywanie się przerośniętego potwora w mieście). Całość siliła się na widowiskowość, ale co z tego, skoro wszystko co wiąże się z fabułą widz tak naprawdę miał w nosie? Jaszczurka stała się zwyczajnym dinozauropodobnym odpadem ze wspomnianego już filmu Stevena Spielberga – Zillą, pozbawioną nawet atomowego oddechu.
Filmidło zupełnie niepotrzebne oraz gwałcące oryginał. Facet w gumowym kostiumie policzkujący trójgłowego robota zawsze będzie lepszy od tony ryb i Matthew Brodericka mającego charyzmę kupki piasku. 2/10 [Gamart]
THE PATRIOT
PATRIOTA (2000)
And the Oscar Goes to… The Star-Spangled Banner
Kino Rolanda Emmericha jest dla mnie kwintesencją wysokobudżetowego chłamu, a „Patriota” nie jest w tym przypadku wyjątkiem. Wśród pierdyliarda amerykańskich sztandarów dumnie powiewających na wietrze, krząta się Mel Gibson, czyli zbrodniarz o gołębim sercu. Mimo tego, że jeszcze kilka lat temu z zimną krwią wyrżnął zapewne ze trzy wioski Indian i kilkunastu Francuzów, to w „Patriocie” jest bardziej święty od buddyjskich mnichów, którzy w innym filmie Emmericha w sandałach i zwiewnych szatach spacerują po himalajskich szczytach. I biega ten Mel, i jeździ na koniu, i macha gwiaździstym sztandarem, deklamując puste frazesy.
Z tego wszystkiego nic jednak nie wynika. „Patriota” wygląda tak, jakby nakręcono go z okazji dnia flagi. Niemal trzygodzinna masturbacja symbolami narodowymi, nic ponad to. 2/10 [Fidel]
THE DAY AFTER TOMORROW
POJUTRZE (2004)
Lodowaty powiew nudy.
Kampania promocyjna zapowiadała, że wręcz strach się będzie bać – zewsząd atakowały billboardy z ponurym zapytaniem „a ty – gdzie wtedy będziesz?”. Ku mojej wielkiej radości, ponieważ kocham kino katastroficzne miłością wielką. Niestety, to skomplikowany i bolesny związek, albowiem rzeczone kino katastroficzne na każdym kroku funduje mi rozczarowania.
I tak też stało się tym razem. Kiedy radośnie zasiadam do seansu filmu tego typu, włącza mi się automatycznie tryb tolerancji na bzdury. Byle zabawa była przednia, rozpierducha konkretna, a bohaterowie przyjemni i godni sympatii. No, ale są granice i niestety „Pojutrze” wyraźnie je przekroczyło. Smutna prawda wygląda bowiem tak, że ten film jest nie tylko głupi, co jeszcze by się jakoś dało przełknąć. Jest głupi i nudny, a to już niewybaczalne. Niby wszystko jest jak trzeba: stary dobry schemat fabularny (naukowiec z dramatycznym odkryciem, które stara się przekazać sceptycznym ludziom u władzy, dużo wody, dużo lodu, jest również bohater tragiczny i podniosła afirmacja wartości rodzinnych i etyki zawodowej), odpowiednia doza spektakularnych zniszczeń, ale tempo co chwilę siada, zwłaszcza od momentu zlodowacenia.
Woda ma jednak w sobie więcej dynamizmu. Na plus uroczo zakochany Jake Gyllenhaal, ale już charyzma głównego bohatera w interpretacji Dennisa Quaida (którego skądinąd bardzo lubię) pozostawia wiele do życzenia. No i nijak nie pojmę, czemu od razu na wstępie musieli ogrzewać się skarbami literatury. 5/10 [Deina]
10 000 BC
10 000 BC: Prehistoryczna legenda (2007)
Kpina z widza.
Roland Emmerich jest twórcą, któremu naprawdę wiele można wybaczyć. Jego specjalnością jest w końcu – za sprawą monumentalnych widowisk – dostarczanie niczym nieskrępowanej rozrywki. Jego widowiska mają zaskakiwać efektowną formą, przy jednoczesnym odwracaniu uwagi od treści. Ale i taka rola zobowiązuje. Bo kino rozrywkowe, bez względu na to jak spłaszczony jest jego przekaz, posiada pewne granice przyzwoitości. Granice, które w 10.000 BC ewidentnie zostały przekroczone. O czym mowa w tym przypadku? Nie rozumiem, jak obraz odwołujący w swym tytule i fabularnym koncepcie do konkretnego momentu w dziejach Ziemi, może być w rezultacie tak antyhistoryczny? Tu już nawet nie chodzi o historyczne nieścisłości, a o jawną z historii, tudzież prahistorii, kpinę! Zaiste, 10.
000 BC może mierzyć się swoim naukowym zapleczem z kultowcem „Milion lat przed naszą erą”- tylko że ten, umiał się przynajmniej pochwalić boską Raquel Welch. Ba! Przecież tam jaskiniowcy przynajmniej starali się udawać swoją prymitywność.
Gdyby film Emmericha nie został podany z tak śmiertelną powagą lub gdybym na jego końcu dowiedział się, że obejrzałem właśnie prequel „Gwiezdnych wrót” (tego samego reżysera), bo akcja nie toczyła się na Ziemi, tylko w odległym, alternatywnym wymiarze- może i potrafiłbym wtedy spojrzeć na to dzieło przychylniejszym okiem. To tylko pobożne życzenia, przez co film ten- choć powinien- to nie potrafi wpisać się w żadną kategorię rozrywki. I nie zmieni tego fantazyjne spojrzenie Camilli Belle, mamuty i inne tygrysy szablozębne w CGI. 3/10 [Piwon]
2012
(2009)

Czyli „Pojutrze 2”. Czyli kolejna zabawa w globalną katastrofę z wielką rozpierduchą w tle, z obowiązkowymi naukowymi majakami i fabułą tak dziurawą, tak pretekstową, tak schematyczną, że wszyscy adepci scenariopisarstwa powinni obowiązkowo zaliczać „2012” na egzaminach pisząc elaboraty na temat tego, jak się nie powinno tworzyć bohaterów i fabuły.
Mimo wszystko ten film da się oglądać z niekłamaną radością. To katastrofa, jakiej jeszcze kino nie widziało: w drobny mak rozbijane są wszelkie światowe symbole, na czele z rozpadającym się Jezusem mającym pod swoja opieką Rio de Janeiro i Kaplicą Sykstyńską toczącą się na wiernych. W „2012” toną całe miasta (oczywiście Nowy Jork!), z nieba spadają zabójcze meteoryty, skorupa ziemska pęka i wchłania w siebie wszystko to, co przez człowieka było stworzone. Nad całą tą największą w dziejach ludzkości katastrofą unosi się swąd przepowiedni Majów oraz nadzieje na ratunek w… łodzi, która z miejsca kojarzy się z Arką Noego.
To tak pocieszna historia, tak głupiutka, tak cudownie efekciarska, że mimo ciągłego parskania śmiechem, siedzi się przyklejonym do ekranu przez ponad 2 godziny. Taki to film! 5/10 [desjudi]
ANONYMOUS
ANONIMUS (2011)

Udany eksperyment.
Zaskoczenie – to słowo które najlepiej oddaje wartość tego filmu. Bo któż by się spodziewał, że popularny „Master of Disaster” będzie chciał i umiał nakręcić dramat kostiumowy? Bez specjalnych efektów, kataklizmów i inwazji kosmitów? A jednak! Za sprawą dobrze rozpisanego scenariusza, alternatywną historię Szekspira śledzi się z dużym zainteresowaniem. Wszystko skąpane jest w wyraźnie teatralnej formie i odpowiednio solidnym aktorstwie. Cytując fragment swojej recenzji, podsumowuje: „Ten film to swoisty dowód na to, że zanim kogoś na stałe zamkniemy w popcornowej, mainstreamowej szufladzie, warto się zastanowić czy na to zasługuje. Bo pomimo tego, że Emmerich pasuje do niej jak ulał, to i jemu czasem może się ona wydać za ciasna.” Byle więcej takich eksperymentów formalnych Panie Emmerich! 7/10 [Piwon]
WHITE HOUSE DOWN
Świat w płomieniach (2013)
Roland Niszczyciel tym razem się nie popisał. Najgorsza w „Świecie w płomieniach” jest właśnie reżyseria – miejscami toporna, ale przez większość czasu cechująca się niezdecydowaniem. Gdyby Emmerich zrezygnował z humoru w takiej dawce i powiewania flagą (dosłownie i w przenośni) byłoby lepiej. Mógł też iść w drugą stronę i nakręcić ostrą jazdę bez trzymanki, gdzie wszystko może się zdarzyć, łącznie z totalną demolką Białego Domu, ale również i tego wariantu nie wybrał. Rajd limuzynami po trawnikach zapamiętam bardzo mile, tak samo role Tatuma i Woodsa. O całej reszcie szybko zapomnę. [Krzysztof Walecki, recenzja]
[polldaddy poll=7216458]
