Ranking

SZYBKA PIĄTKA #96. Najlepsze filmy nagrodzone Złotą Palmą na festiwalu w Cannes

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Złota Palma to marzenie wielu filmowców, a niektórzy przekładają ją nawet nad Oscara. Coroczny festiwal w Cannes to wielkie święto kina artystycznego. W jury zasiada wąskie grono najznakomitszych artystów, co roku nagrodę przyznaje inny skład. Tysiące fanów kina z całego świata każdego maja zjeżdża na słoneczne południe Francji, by oddać się kinowej ekstazie. Wybory jury bywają kontrowersyjne, ale Palma pozostaje synonimem najwyższego prestiżu. Przedstawiamy typy naszych redaktorów – ich ulubione filmy nagrodzone Palme D’Or. 

Szymon Skowroński 

1. Paryż, Teksas – ten film oddziałuje na wszystkie moje zmysły. Pieści ucho genialną gitarą Ry Coodera, cieszy oko paletą barw i kompozycją kadrów, niemal pachnie piaskiem i wiatrem amerykańskiej prerii, jeży włosy na skórze emocjonalnym finałem i smakuje jak najlepsze wino – z roku na rok jest coraz lepszy, bo coraz bardziej go rozumiem i coraz bardziej doceniam.

2. Taksówkarz – samotność i strach ujęte w ramy sensacyjnej opowieści rozgrywającej się w samym środku piekła współczesności: Nowym Jorku. Był czas, gdy Taksówkarz był moim najbliższym przyjacielem – kiedy w pewne wakacje pracowałem na nocnej zmianie w sklepie monopolowym, obejrzałem ten film około trzydziestu razy w trzy miesiące.

3. Barton Fink  bracia Coen podczas kryzysu twórczego piszą lepsze scenariusze niż większość scenarzystów podczas okresu najwyżej formy. Ta historia ma wszystko, co kocham w kinie: zagubionego bohatera, czarny humor, surrealistyczny posmak, fenomenalne zdjęcia i Johna Goodmana. „Spójrz na mnie. Pokażę ci życie wewnętrzne.”

4. Cały ten zgiełk /Sobowtór (tie-in na festiwalu, tie-in u mnie) – w roku 1980 Palma Palm powędrowała do dwóch reżyserów w wyniku równego rozłożenia głosów jury. Oba filmy prezentują zupełnie odmienne podejścia autora do filmowej materii, oba realizują je w pełni. Cały ten zgiełk Boba Fosse’a to autotematyczna, na poły biograficzna, w pełni profetyczna opowieść o zatracaniu się w szaleństwie, pasji i miłości, wyrażona tańcem, ruchem i muzyką; natomiast Sobowtór to jedno z najdoskonalszych dokonań mistrza kina, Akiry Kurosawy, którym reżyser rozpoczął ostatni – najbardziej ponury i nihilistyczny – okres swojej twórczości.

5. MASH – szalona, niepoczytalna, przezabawna komedia o najbardziej dramatycznym, okrutnym i przerażającym procederze, jaki człowiek był w stanie wymyślić – wojnie. Robert Altman nie tyle nakręcił film, ile wykręcił wielki numer wobec studia, producentów i publiczności – przełamując większość reguł i zasad, wytworzył nowy styl narracji filmowej, nowy styl pracy w Hollywood i nowy styl pokazywania środkowego palca tym, z których poglądami się nie zgadzamy.

Maciej Niedźwiedzki

pulp fiction

1. Pulp Fiction – w filmie Quentina Tarantino niewątpliwie jest coś magicznego. Ta niesamowitość wyrażana jest bezpośrednio (kule przenikające przez Vincenta i Julesa; teczka Marcellusa), ulokowana jest też fabule (bo czy nie jest to też opowieść o kilku odkupieniach), a także w nieziemsko napisanych dialogach: niby powierzchownych i zabawnych, ale także sięgających głęboko w motywacje, lęki i traumy wiodących postaci. Mimo że o Pulp Fiction napisano już chyba wszystko, to każdy kolejny seans jest dla mnie odkryciem i powiewem świeżości. Po Pulp Fiction kino już nigdy nie było takie same.

2. Taksówkarz – obrazy z arcydzieła Martina Scorsese na długo zostają w pamięci. Brudny, niebezpieczny i odpychający Nowy Jork, którego mieszkańcy to skorumpowani politycy, handlarze bronią, prostytutki, gangsterzy i alfonsi. Wśród nich Travis Bickle – zagubiony i szukający nowego życiowego celu weteran wojenny – w obłędnej kreacji Roberta De Niro. Wiem, to tylko skrótowy opis, niemogący oddać socjologicznej wnikliwości Taksówkarza i tego, w jak zastanawiający sposób opowiada o ludziach. To na pewno kino, w którym każde słowo ma gigantyczne znaczenie, a niektóre symbole (pomięty banknot dolarowy rzucony przez Harveya Keitela) naprawdę frapują i nie dają spokoju.

3. Rosetta – do kina braci Dardenne mam ogromną słabość. Imponuje mi, w jak wyrafinowany sposób potrafią opisać i wprowadzić bohaterów, jak błyskotliwie balansują na granicy dokumentu i dramatu, a przede wszystkim uwielbiam ich za tych kilka wyjątkowych momentów, gdy między postaciami wybuchają konflikty, tak trudne do rozstrzygnięcia i pozbawione satysfakcjonującego rozwiązania. Rosetta ma oczywiście to wszystko i każdy z elementów realizuje w maksymalnym stopniu. Film Dardenne’ów wzbudza we mnie spore pokłady empatii, otwiera oczy, a frapująca etyczna problematyka pozwala wpisywać tę przyziemną historię w znacznie szerszy kontekst. Rosetta to jednocześnie opowieść o jednostce i uniwersalny moralitet.

4. Życie Adeli – rozdział 1 i 2 – niezwykle przekonujące studium związku dwojga ludzi. Życie Adeli trudno opisać, nie sięgając po określenia wyjątkowo wyeksploatowane i banalne. Bo tak, to film o fascynacji przeradzającej się w miłość, a później w obsesję. Przerabiane było to już wielokrotnie. Jednak efektywnie wykorzystany trzygodzinny metraż, całkowite skupienie na głównym wątku, intensywność i reżyserska koncentracja (wybitna praca Abdellatifa Kechiche’a) sprawiają, że każdy większy etap (rozstania/powroty) i każdy niuans (jedzenie ostryg) burzliwego związku Adeli z Emmą jest błyskotliwie zaprzęgnięty w filmową narrację. Brawurowa filmowa robota, z prawdziwie pochłoniętymi tym projektem Adèle Exarchopoulos i Léą Seydoux.

5. Jeżeli… – szczytowe osiągnięcie brytyjskiego kina buntu i kontestacji. Film Lindsaya Andersona tak naprawdę daje wybrzmieć przesileniu i jałowości działań sprzeciwiającej się młodzieży. Nie ma ona bowiem charakteru rzeczowej dyskusji, stawiania propozycji i alternatyw, ale sięgnięcia po broń, wyrwania wszystkiego z korzeniami. W wybitnym filmie Andersona nie ma szans na porozumienie, jedyną metodą komunikacji jest krzyk. W efekcie przegrywa i zdeterminowana młodzież, i konserwatywna kadra nauczycielska. Winne są obie strony. Kino zarazem odkrywcze i pedagogiczne. Plus magnetyczny Malcolm McDowell.

Michalina Peruga

1. Dzikość serca – filmowy postmodernizm at its best: cudowny miks konwencji gatunkowych, w którym znajdziemy kryminał, kino gangsterskie, neo-noir, romans i… dobrą czarownicę z Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Film Lyncha to zresztą właśnie trochę taka baśń z happy endem, w której dwójka głównych bohaterów, Lula i Sailor, uciekają przed złą „wiedźmą” (matką Luli) i nasłanymi na nich zbirami. Poza tym dostaniemy tutaj fantastyczną rolę Laury Dern i świetne wykonanie Love Me Tender autorstwa Nicolasa Cage’a (a także jedną z ostatnich dobrych ról tego aktora…).

2. Złodziejaszki – historia patchworkowej rodziny społecznych wyrzutków to ostatni film nagrodzony Złotą Palmą. Hirokazu Koreeda obserwuje swoich bohaterów, nie dokonując moralnych ocen, dzięki czemu dostajemy wielowymiarowe, ciekawe postaci. Ciepły i wzruszający.

3. 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni – rumuński film trafnie pokazuje, na jakie nadużycia i cierpienie narażone są kobiety chcące przerwać ciążę w krajach, w których aborcja jest nielegalna lub prawnie nieuregulowana. To także ciekawy obraz damskiej przyjaźni wystawionej na trudną próbę i trafna diagnoza społeczeństwa funkcjonującego w komunistycznym reżimie. Film ważny i skłaniający do refleksji na wielu płaszczyznach.

4. Słoń – film Gusa Van Santa jest przede wszystkim kapitalnie zrealizowany. Obserwujemy codzienną rutynę nastolatków, słuchamy urywków ich rozmów i zdań wyrwanych z kontekstu. Podążamy za plecami bohaterów, o których nic nie wiemy, mając świadomość, dokąd to wszystko zmierza. To uczucie ciągłego napięcia i niecierpliwe czekanie na finał potęgowane jest przez świetną pracę kamery, która długimi ujęciami prowadzi nas przez szkolne korytarze.

5. Miłość – w przemyśle, w którym starość i śmierć są tematem tabu, Miłość jest filmem szczególnie ważnym. Haneke bez cenzury i w pełnej krasie konfrontuje nas z najtrudniejszymi aspektami starzenia się, chorowania, umierania. To także poruszająca opowieść o miłości staruszków, daleka od idealizacji życia pary dziadków, w której nic nie jest czarno-białe, a strach, smutek, irytacja i bezsilność to nieodłączne emocje towarzyszące opiece nad starszą, schorowaną osobą, która zupełnie już nie przypomina towarzysza życia, którego znaliśmy.

Bonus: Parasolki z Cherbourga – to filmowy przodek La La Land Damiena Chazelle’a, który oszałamia scenami pełnymi cukierkowych kolorów i ujmuje przepiękną Catherine Deneuve.

Jakub Piwoński

1. Drzewo życia – lubię te filmowe modlitwy od Terrence’a Malicka. Lubię wsłuchiwać się w jego głos. Nie nudzi mnie on, wręcz przeciwnie – aktywizuje. W Drzewie życia amerykański reżyser zbliżył się do absolutu, stojąc jednocześnie cały czas na Ziemi i otaczając swoich bohaterów więzami cierpienia. Czyli tym, czym spowity został żywot każdego z nas. W jaki sposób śmierć ma znaczenie, jeśli w skali wszechświata nie jest nawet mrugnięciem? Wiele twórczej odwagi trzeba, by zmierzyć się z tym pytaniem.

2. Taksówkarz – to moje pierwsze zetknięcie się z twórczością Martina Scorsese. Pierwsze i najważniejsze. Po latach chętnie wracam do Taksówkarza, ponieważ czuję łączność z głównym bohaterem tej historii. Ta frustracja względem ludzi, gniew, niedopasowanie społeczne, bunt, osamotnienie – znam uczucia Travisa, nawet jeśli nie potrafiłbym przekroczyć granicy, którą on przekroczył. Jest jednak w jego akcie coś z chrystusowej ofiary – jakby mając dość szerzącego się na świecie zła, postanawia oddać życie, aby je z niego usunąć.

3. Czas apokalipsyJądro ciemności to moja ulubiona lektura. A Czas apokalipsy to moja ulubiona adaptacja. Właściwie trawestacja, bo Coppola sporo tu pozmieniał, zachowując jedynie główną oś akcji. Żadna filmowa wojna nie działa na mnie tak mocno. Im dalej bohater dopływa, tym bardziej odczuwa mrok okoliczności, w jakich się znajduje. Mrok trafiający w samo centrum duszy. Konfrontacja z Kurtzem z kolei nie pozostawia już żadnej nadziei. Jak śpiewał Jim Morrison, „to już jest koniec, piękny przyjacielu”.

4. Fahrenheit 9/11 – choć kolejne wynurzenia Michaela Moore’a nie działały już na mnie tak mocno, bo więcej w nich polityki niż rzeczowości, to jednak jego Fahrenheita obejrzałem z wielkim zaciekawieniem. Mogę nawet powiedzieć, że dokument pod wieloma względami otworzył mi oczy na wiele spraw. Tragedia WTC to przyczynek do dyskusji o tym, jaki jest świat, co dzieje się za kulisami wielkiej polityki, czy wszystko, co podają media, wypada uznawać za prawdę objawioną itp. Skandalista Moore jest bardzo dosadny w swej narracji, bez skrępowania wytacza działa we wroga usytuowanego najwyżej, jak się da. Ale jest przy tym szalenie bystry. Sami zdecydujcie, komu należy wierzyć.

5. Pulp Fiction – swego czasu zastanawiałem się, czy Pulp Fiction byłoby takim arcydziełem, gdyby jego chronologia nie została zaburzona, a my poznawalibyśmy tę historię „po bożemu”. Wolę nie znać odpowiedzi na to pytanie, bo wydaje mi się, że wszystkie elementy filmu Tarantino, łącznie z jego narracją, zostały bardzo dobrze przemyślane. Wyjęcie jednej karty może zburzyć pieczołowicie ułożony domek, w którym każde słowo, każdy występ aktorski i każda akcja są wyrazem najwyższego polotu twórczego i działają na widza z niesamowitą siłą.

Dawid Myśliwiec

1. Marty – kocham opowieści o maluczkich: o ludziach, którzy pozornie mają mniej do zaoferowania, a tak naprawdę są Największymi Bohaterami. Film Delberta Manna to wspaniała opowieść o zwykłym, pracowitym, dobrym człowieku, który jedyne, czego pragnie, to kochać i być kochanym. To opowieść o dwojgu – wydawałoby się – przegranych, którzy okazują się największymi zwycięzcami. Rzadki przypadek filmu nagrodzonego zarówno Złotą Palmą, jak i najważniejszym Oscarem.

2. Cały ten zgiełk – Bob Fosse królem musicalu był i basta! W tym częściowo autobiograficznym filmie opowiedział o mistrzu choreografii, który wyniszcza sam siebie w pogoni za doskonałością… Znakomita, nominowana do Oscara rola Roya Scheidera, obłędne scenografie i układy taneczne, fenomenalna muzyka i piosenki, a wreszcie najpiękniejsza scena śmierci w historii kina – Cały ten zgiełk ma w sobie wszystko, czym może zachwycać kino.

3. Cud w Mediolanie – mam słabość do włoskiego neorealizmu, bo to nurt, którego przedstawiciele kierowali kamerę tam, gdzie inni nie chcieli jej kierować: w stronę biedy. Ale gdzie istnieje bieda materialna, niemal zawsze odnajdujemy bogactwo duchowe i właśnie o tym opowiada film Vittorio De Siki. Postać uroczego, choć wzgardzanego, marzyciela Totò wyjątkowo grzeje serducho, a w ten sam rodzaj realizmu magicznego uderzyła ostatnio Alice Rohrwacher w Szczęśliwym Lazzaro, nagrodzonym w Cannes w 2018 roku za scenariusz.

4. Złodziejaszki – ubiegłoroczny zwycięzca to kino najprostszych uczuć i najgłębszych emocji. Trzymałem mocno kciuki za ten film i nawet przepowiedziałem mu triumf – wierzyłem w film Hirokazu Koreedy, bo opowiada niejednoznaczną historię, która pozostawia widza z niejednym znakiem zapytania. Współczesny spadkobierca wrażliwości Yasujirō Ozu jak nikt inny umie mówić o rzeczach, które większości z nas trudno ubrać w słowa.

5. Pulp Fiction – opus magnum Quentina Tarantino i film, który zapoczątkował nurt współczesnej kinofilii. Gdyby nie Pulp Fiction, z pewnością mniej byłoby dziś fanów kina intertekstualnego, stanowiącego pomost pomiędzy najróżniejszymi osiągnięciami X muzy i innych sztuk.

Ostatnio dodane