Recenzje

4 MIESIĄCE, 3 TYGODNIE I 2 DNI

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni to kino, które uwiera podczas oglądania i nie przestaje uwierać długo po napisach końcowych.

Autor: Paweł Marczewski
opublikowano

Za drzwiami pokoju 206

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni otwiera statyczne ujęcie przykrytego ceratą stołu, na którym ustawiono niewielkie akwarium. W nieco mętnej wodzie pływają dwie rybki, co i raz uderzając pyszczkami o szklane ścianki. Kiedy oglądałem ostatnią scenę, ukazującą bohaterki filmu za szybą hotelowej restauracji, przypomniało mi się owo pierwsze ujęcie. Wróciło niespodziewanie i zmusiło do tego, by odczytać je metaforycznie. Rumunia schyłku dyktatury Ceaușescu jako akwarium i dwie młode studentki bezradnie otwierające usta w niemym krzyku, uwięzione niczym ryby w szarym, smutnym, umęczonym kraju?

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni to film wstrząsający, lecz efekt szoku osiągnięto w nim nie krzykiem, nadekspresyjną grą aktorską czy spiętrzeniem patosu.

Film Cristiana Mungiu nie koncentruje się jednak na polityce, na sprawach publicznych. Reżysera interesuje to, co prywatne, a wręcz intymne. Nie od razu dowiemy się, w czym zgadza się pomóc koleżance rzutka, zdecydowana Otilia (Anamaria Marinca). Na początku nie jest również jasne, dlaczego Gabita o pięknej, niewinnej twarzy Laury Vasiliu pakuje nieco nieporadnie walizkę. I dlaczego usiłuje upchać w niej zdjętą ze stołu ceratę. Wszystko stanie się jasne dopiero wówczas, gdy Otilia sprowadzi do czekającej w hotelowym pokoju przyjaciółki pana Bebe (Vlad Ivanov). Mężczyzna przyjdzie z tanią walizką, lecz zgodzi się otworzyć ją i pomóc w rozwiązaniu “problemu” jedynie za słoną zapłatą. Niewykluczone, że dziewczyny będą musiały zapłacić nie tylko swoją przyjaźnią, ale i poczuciem własnej godności…

Reżyser cienkimi kreskami, jakby od niechcenia, lecz zarazem niezwykle precyzyjnie odmalowuje realia swojego ojczystego kraju roku 1987. Opryskliwe recepcjonistki, zadufane w sobie miejskie elity gardzące parweniuszami ze wsi, wszechobecne kombinacje, bez których nie dałoby się żyć – oto rzeczywistość, w jakiej musi się poruszać Otilia. Przemykając pokrytymi brudnym śniegiem ulicami, klucząc pomiędzy popękanymi murami bloków i uskakując przed trąbiącymi, rozklekotanymi samochodami marki Dacia toczy ciche zmagania; prywatną walkę, w której kobiety są całkowicie osamotnione. To osamotnienie staje się jasne w scenie rozmowy z chłopakiem. Adi, syn wielkomiejskich inteligentów, zupełnie nie rozumie jej obaw i lęków. “A co, gdyby to przydarzyło się mnie?” – pyta Otilia, podczas gdy za ścianą w najlepsze trwa imieninowa impreza matki Adiego. “Pomógłbym ci. Ożeniłbym się z tobą…”, odpowiada chłopak. “Jasne!”, Otilia, córka prowincjonalnego wojskowego i rencistki, nie ma złudzeń.

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni to film wstrząsający, lecz efekt szoku osiągnięto w nim nie krzykiem, nadekspresyjną grą aktorską czy spiętrzeniem patosu. Z najprostszych sytuacji wyciśnięto maksimum emocji dzięki umiejętnemu poprowadzeniu aktorów i świetnym zdjęciom Olega Mutu. Statyczne ujęcia w scenach rozgrywających się w pomieszczeniach kontrastują z rozbieganymi sekwencjami, w których Otilia opuszcza pokój numer 206 lub wraca do niego pełna niepokoju o nieodbierającą telefonu koleżankę. Kamera zdaje się być przekaźnikiem transmitującym do widzów tłumione uczucia bohaterów.

Mungiu zadbał o to, aby jego dzieło nie było “filmem z tezą”. Nie ma tu efektownej puenty ani wyraźnej kulminacji napięcia. Widzowie nie powinni liczyć na żadne katharsis. 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni to kino, które uwiera podczas oglądania i nie przestaje uwierać długo po napisach końcowych.

Tekst z archiwum film.org.pl (27.09.2007).

Ostatnio dodane