search
REKLAMA
Ranking

SZYBKA PIĄTKA #100. Najlepsze filmy w historii

REDAKCJA

21 czerwca 2019

REKLAMA

Po tym, jak wybraliśmy nasze ulubione seriale, przyszedł czas na jeszcze trudniejsze zadanie. Jubileuszową, setną (!) Szybką Piątkę poświęcamy naszym ulubionym filmom. Tym, które uważamy za absolutnie najlepsze w historii kina. Tym, szczególnie przez nas cenionym. Oto, jak przedstawiają się nasze typy. 

Maciej Niedźwiedzki

Najlepsze filmy w historii

1. Tajemnica Brokeback Mountain – westernowa otoczka w połączeniu z miłosną historią dwóch facetów wydawać się może naiwną prowokacją. Może być traktowana jako włożenie kija w mrowisko lub usilne szukanie kontrowersji. Ang Lee przyjmuje jednak zupełnie inną optykę. W swoim arcydziele na pierwszy plan wysuwa uczucie, wychodzące daleko ponad środowiskowy i gatunkowy kontekst, ponad liczne przeciwności, ponad dzielącą bohaterów odległość. Zabrzmi to banalnie, ale żaden inny film nie opisuje równie krystalicznie pojęć miłości, przyjaźni i zaufania. Tego, jak są one wyrażane i na jakie próby wystawione. Imponuje mi delikatność i wrażliwość, z jaką Ang Lee opowiada o Jacku i Ennisie. Imponuje mi aktorska wiarygodność i ekspresyjna subtelność Jake’a Gyllenhaala i Heatha Ledgera. Tajemnica Brokeback Mountain od całej ekipy wymagała ogromnej precyzji. Twórcy, nie robiąc ani jednego fałszywego kroku, w moich oczach osiągnęli filmowy absolut. 

2. Ojciec chrzestny II – nie mam wątpliwości, że scenariusz Francisa Forda Coppoli i Maria Puza to dzieło geniuszu. Przeplatające się ze sobą wątki wkraczającego w mafijny świat Vito i popadającego w obłęd Michaela łączy magiczna, trudna do zdefiniowania więź. Liczą się w niej czas, kontekst historyczny, szeroki rodzinny plan, zbieżność/różnice charakterów oraz zdarzeń. Dało to efekt nie do powtórzenia w żadnym innym medium. F.F. Coppola wszystkie konflikty rozgrywa za pomocą niedopowiedzeń i przemilczeń: w szczególności relacje Michaela z Fredem i Hymanem Rothem. Do tego Al Pacino dostarcza najwybitniejszą kreację w historii kina (to dla mnie aktor zazwyczaj aż nadto krzykliwy i impulsywny, ale w Ojcu chrzestnym II całą swoją energię kumuluje w spojrzeniu, w tempie wypowiedzi i zachowawczej gestykulacji) oraz obezwładniający finał: “wybaczenie” Fredowi + egzekucja + wspomnieniowy epilog. Przysięgam: za każdym razem zbieram szczękę z podłogi.

3. Wściekły byk – to film, na którego planie u szczytu artystycznych sił ponownie spotkali się ze sobą Martin Scorsese, Robert De Niro, scenarzysta Paul Schrader, montażystka Thelma Schoonmaker oraz wyczyniający cuda z kamerą Michael Chapman. Z tego połączenia nie mogło wyniknąć nic innego jak arcydzieło. Wściekły byk to kino naładowane po brzegi energią i dynamiką (gwałtowne walki na ringu, bójki w klubach, ciągłe rodzinne kłótnie), ale przy tym wzbogacone o zaskakującą delikatność, wrażliwość i symbolikę. Taka jest choćby mistyczna czołówka filmu czy ujęcie na kropelki krwi ściekające z otaczającej ring taśmy. Wściekły byk traktuje również o wszystkim, co w człowieku złe, i o tym, co może złamać jego moralny kręgosłup. Scorsese przeprowadza nas przez ludzkie piekło, ale w finale sygnalizuje, że jest możliwość odkupienia: nieporadnego i może fałszywego, ale dającego szansę na lepsze jutro.

4. Toy Story 3 – prawdę mówiąc, do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy wpisać tu część pierwszą, czy trzecią. Tę, co przebojem wprowadziła Chudego i Buzza do świata kina, czy tę, która brawurowo, wzruszająco i wyczerpująco zwieńczyła ich przygody oraz przyjaźń za czasów Andy’ego. Abstrahując od strony technicznej, wybieram jednak Toy Story 3, które jest filmem emocjonalnie odrobinę dojrzalszym i koncepcyjnie ambitniejszym. Sekwencja w niszczarce śmieci ciągle jest najbardziej przejmującym doświadczeniem w moim życiu kinomana. Miś Tuliś jest najlepiej napisanym i umotywowanym czarnym charakterem, nie tylko w kinie animowanym. Lekkość, z jaką reżyser, Lee Unkrich, przechodzi od przygody, przez heist movie, po horror, naprzemiennie zmieniając tonację z dramatu na komedię, jest niepowtarzalnym osiągnięciem. Toy Story 3 to spektakularny finał i wielkie otwarcie. Kino ze wszech miar ponadczasowe.

5. Gladiator – to setna Szybka Piątka, ale Gladiatora we wcześniejszych edycjach umieszczałem już kilkanaście razy. Uwielbiam w filmie Scotta ten zniewalający patos: zasadny i wygrany tak czysto, jak w żadnej innej filmowej opowieści. Monumentalny Russell Crowe za każdym razem porywa mnie swoją oddaną kreacją (pełną bólu, dumy, determinacji i gniewu). Joaquin Phoenix wielkim aktorem jest, ale jego największą rolą ciągle jest ta w Gladiatorze. Commodus to zło wcielone i tyran, ale jednocześnie ofiara i tchórz. Ridley Scott składa hołd klasycznym hollywoodzkim superprodukcjom, ale w tkankę filmu wplata także swoje komentarze na poziomie meta: stawianie figurek na planszy Koloseum czy słynny, skierowany przecież do widzów kinowych, okrzyk Maximusa: Are you not entertained!? Dzięki realizacyjnemu rozmachowi, psychologicznie zawiłym bohaterom, wybitnej ścieżce dźwiękowej Hansa Zimmera i pierwszorzędnie poprowadzonej politycznej intrydze naprawdę nie potrafię nie ulegać tej opowieści. Przy każdej powtórce pochłania tak samo.

Filip Pęziński

batman-returns

1. Powrót Batmana  Tim Burton po premierze Batmana nie miał większej ochoty wracać do tego świata. Zmienił zdanie, kiedy wytwórnia obiecała mu całkowitą swobodę twórczą. W ten sposób powstała najodważniejsza ekranizacja komiksu superbohaterskiego. Burton wziął postaci z komiksu i wrzucił je do swojego wykrzywionego świata. Powstał film nie tylko mroczny jak smoła, ale pełen czarnego humoru i wizualnego odjazdu charakterystycznego dla twórcy Soku z żuka. Powrót Batmana to jednak przede wszystkim depresyjnie smutna historia o samotności i odrzuceniu. Kiedy w finale Selina Kyle (znakomita Michelle Pfeiffer) z łzami w oczach wyznaje, że chętnie zamieszkałaby z Bruce’em w jego zamku, ale wie, że nie wytrzyma nawet sama ze sobą, każdorazowo pęka mi serce.

2. Obcy – 8. pasażer “Nostromo” – trudno w to może uwierzyć, ale Ridley Scott zaczął pracę nad Obcym zainspirowany Gwiezdnymi wojnami George’a Lucasa. Trudno bowiem o produkcje bardziej od siebie stylistycznie odległe. Nawet jeśli oba oczywiście dzieją się w kosmosie. Film Scotta to perfekcyjny horror science fiction. Pełen napięcia, intrygujący, niechętnie odsłaniający swoje karty. To także wizualna doskonałość, która mimo czterdziestu (!) lat na karku nie zestarzała się nawet o dzień. Lęk przed kosmosem nigdy nie był i nigdy nie będzie tak namacalny.

3. Gwiezdne Wojny: Imperium kontratakuje  najwspanialsza saga przygodowa w historii kina zasługuje na swojego reprezentanta. Postawiłem oczywiście na film znany powszechnie jako sequel doskonały. Twórcy zdecydowanie – wsparci większym budżetem i wiarą w swoje umiejętności – przenieśli świat znany z oryginalnych Gwiezdnych wojen na wyższy poziom. Powstała rozrywka doskonała. Pełna humoru, ale i mroku dwugodzinna podróż do zupełnie innego, zapierającego dech w piersiach świata. A realizacyjnie znów mamy do czynienia z filmem, który można byłoby bez grama nawet wstydu wpuścić dziś do kinowej dystrybucji.

4. Ona (Her)  film Spike’a Jonze’a uważam za zdecydowanie jedno z największych i najważniejszych osiągnięć kina science fiction. To smutny portret otoczonego technologią i dobrobytem społeczeństwa, w którym jeden człowiek nie potrafi zbliżyć się do drugiego. To także niezwykle gorzka refleksja nad związkami. Jak i przepiękna historia miłosna. Znakomicie zagrana, urzekająca stroną wizualną, ujmująca doskonałą ścieżką dźwiękową.

5. Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (In Bruges) – znakomite, postmodernistyczne kino, pełne ostrych jak brzytwa dialogów i niesamowitych osobistości. Festiwal doskonałego aktorstwa. Życiowa rola Colina Farrella. Przepiękne zdjęcia Brugii i olśniewająca muzyka. W końcu scenariusz w formie doskonałej układanki, której wszystkie elementy w finale zostają perfekcyjnie połączone.

Dawid Myśliwiec

1. Truposz (Jim Jarmusch) – Jarmusch to twórca o gigantycznej renomie, ale Truposz rzadko bywa wymieniany w czołówce najlepszych dzieł tego reżysera. A jest to film wybitny, opowiedziany tak, jak opowiada się legendy – z niesamowitym klimatem, narracją, która płynie sama, i piękną, czarno-białą formą. Jest tu wszystko: reinkarnacja wielkiego poety, Indianie, metafizyka i spora dawka Jarmuschowskiego, nieco absurdalnego humoru. Pamiętam, że po raz pierwszy oglądałem ten film o 4:00 nad ranem i wówczas wydawał się pięknym snem, ale Truposz smakuje równie dobrze o każdej porze dnia i roku.

2. Requiem dla snu (Darren Aronofsky) – nie wiedzieć czemu film ten z czasem dorobił się sporego grona przeciwników, by nie powiedzieć: hejterów. Nie rozumiem tak negatywnych uczuć wobec tego dzieła, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdy może żywić do niego te same uczucia co ja – gdy po raz pierwszy obejrzałem Requiem dla snu, byłem zaledwie nastolatkiem, dlatego wstrząs był gigantyczny. Nie znałem wówczas innych słynnych filmów o narkotykach, ale też żadne z obejrzanych przeze mnie słynnych dzieł o uzależnieniach nie wywołało tego samego wrażenia. Darren Aronofsky za pomocą prostych, ale niezwykle sugestywnych obrazów i jednego z najgenialniejszych soundtracków w dziejach stworzył transujący spektakl, który – cóż – uzależnia. Mimo iż niegdyś zarzekałem się, iż więcej nie obejrzę Requiem…, dziś licznik przekroczył 10 seansów i chyba właśnie nadszedł czas na powtórkę.

3. Komedianci (Marcel Carné) – film, który obejrzałem w ramach wymuszonego przez studia procesu poznawczego kinematografii francuskiej. Nie oczekiwałem zbyt wiele, a otrzymałem jedną z najpiękniejszych opowieści o miłości i poświęceniu w historii kina: nie tylko tego z Francji, ale i z całego świata. Niby z lat 40. XX wieku, a wciąż uniwersalnie aktualną. Do obejrzenia przez każdego, kto śmie się mianować fanem X muzy.

4. Wielkie piękno (Paolo Sorrentino) – nie wiem, czy to mieszanka hedonizmu i nihilizmu w wykonaniu Jepa Gambardelli, czy też wizualno-stylistyczny przepych, który uwielbia Paolo Sorrentino, sprawiły, że z miejsca zakochałem się w Wielkim pięknie. Bo też to wspaniałe dzieło o kryzysie intelektualizmu i “włoskości” nie mogło mieć bardziej trafionego tytułu – jest to film, którego piękno jest totalne, ale czy za tą wspaniałą fasadą kryje się coś więcej niż pogłębiana przez lata pustka? Dzieło totalne, które zasłużyło na wszelkie laury i grono opętańczych zwolenników, do którego zalicza się wyżej podpisany.

5. Boyhood (Richard Linklater) – jeszcze nigdy film tak zwykły nie był tak niezwykły. I nie ma żadnego znaczenia, że Boyhood powstawało przez 12 lat, że w kolejnych, oddalonych od siebie w czasie wcieleniach głównego bohatera i jego siostry nie występowali inni aktorzy, lecz oni sami, przez co film Linklatera zyskuje na autentyczności. Czy na pewno nie ma? Mimo swego trzygodzinnego metrażu Boyhood nie nuży i nie wystawia widza na próbę – oglądamy je niczym podróż przez formatywny okres pewnego nastolatka, który przechodzi przez wszystkie typowe dla młodego człowieka etapy, nie będąc przy tym nikim szczególnym. Jest jednak na wskroś autentyczny i właśnie dlatego staje się nam tak bardzo bliski.

REKLAMA