Connect with us

Publicystyka filmowa

PSZCZOŁY, GNIEW I KOKAINA. Najbardziej pamiętne momenty NICOLASA CAGE’A

Trwająca już ponad trzy dekady kariera aktora pisana jest zapadającymi w pamięć momentami, w których Nicolas Cage uwalnia nieposkromiony żywioł swojego talentu.

Published

on

PSZCZOŁY, GNIEW I KOKAINA. Najbardziej pamiętne momenty NICOLASA CAGE'A

Nicolas Cage to aktor kultowy w pełnym znaczeniu tego terminu (i to nie tylko dlatego, że zagrał w filmie Kult). Jego zamiłowanie do filmów klasy od B wzwyż oraz aktorska nadekspresja są legendarne do tego stopnia, że powstał film tematyzujący wizerunek Cage’a jako popkulturowego mema. Trwająca już ponad trzy dekady kariera aktora pisana jest zapadającymi w pamięć momentami, w których Cage uwalnia nieposkromiony żywioł swojego talentu. Poniżej dziesiątka najbardziej pamiętnych filmowych momentów zdobywcy Oscara.

„60 sekund” – Low Rider

Zacznijmy od małej rozgrzewki w postaci sceny z 60 sekund, popularnego sensacyjniaka z 2000 roku. Cage wciela się w nim w rolę profesjonalnego złodzieja samochodów zmuszonego do wykonania szeroko zakrojonej serii kradzieży. Bohater Cage’a wraz ze swoją ekipą nakręca się przed skokiem, słuchając piosenki Low Rider Barry’ego White’a, a rytuał kończy Cage rzucający hasło „OK, let’s ride”. W kontekście – złodzieje szykują się do trudnego zadania – cała scena jest zabawnie dziwaczna, a kiczowany gest i one-liner gwiazdy filmu stanowi wisienkę na torcie. To oczywiście nic w porównaniu z najbardziej ekspresyjnymi scenami z tej listy, ale jednak ta mała rzecz cieszy.

Advertisement

„Dzikość serca” – monolog o kurtce

W nagrodzonym Złotą Palmą filmie Davida Lyncha nietuzinkowa ekspresja Cage’a i jego zdolność do balansowania pomiędzy powagą a śmiesznością znalazły idealny grunt. W szalonej, rozsadzanej od środka surrealistyczną energią Dzikości serca aktor błyszczy jako Sailor, awanturniczy kochanek uciekający wraz z wybranką swego serca przed wynajętą przez jej matkę bandą (i egzystencjalnym mrokiem przy okazji). Atrybutem postaci Cage’a jest kurtka z wężowej skóry, a jego cechą charakterystyczną poświęcony jej minimonolog: „To jest kurtka z wężowej skóry. To symbol mojej indywidualności i wiary w osobistą wolność”. Wypowiadany w momencie konfrontacji z prawdziwą pasją, ten tekst jest jedną z wizytówek Cage’a, idealnie wydobywającą sprzeczność tkwiących w nim dramatycznego talentu i komicznej energii.

„Kult” – tylko nie pszczoły!

Baza Luhrmanna próba okiełznania szaleństwa

Remake Kultu Robina Hardy’ego to prawdziwa perła w filmografii Cage’a. To tu aktor osiągnął prawdziwe wyżyny niezamierzonej śmieszności i ekspresyjnego przeszarżowania. Swoje dołożył też absurdalny scenariusz Neila LaBlute’a, ale to zaproponowana przez Cage’a interpretacja postaci policjanta prowadzącego śledztwo na wyspie pogańskich kultystów decyduje o nomen omen kultowym poziomie tego filmu. W zasadzie każda scena z udziałem głównej gwiazdy to komiczny klejnot – Cage miota się i krzyczy, zupełnie nie trafia z intensywnością środków aktorskich i każe kwestionować fundamenty rzeczywistości, w której jest zdobywcą Oscara.

Advertisement

W dramaturgicznej kulminacji, gdy jego bohater zostaje złożony w ofierze bóstwu, szczyt osiąga też aktorska szarża Cage’a – gdy mieszkańcy wyspy wykonują akt zabójstwa przybysza przy pomocy pszczół (sam pomysł jest już cokolwiek głupi), Cage wrzeszczy wniebogłosy „Not the bees!”, dzięki czemu nie oglądamy już tego, co dzieje się na ekranie, ale zwijamy się ze śmiechu. Już tylko za ten moment Cage powinien być na zawsze zapamiętany.

„Pocałunek wampira” – alfabet

Źródeł kreacji Cage’a w Kulcie można szukać we wcześniejszym o osiemnaście lat Pocałunku wampira z 1988 roku. Nasz bohater gra w nim nowojorski biały kołnierzyk, który po ugryzieniu przez przygodną kochankę nabiera przeświadczenia, że jest wampirem. W tym komediodramacie o szybkim osuwaniu się w odmęty szaleństwa Cage dwoi się i troi, by być równocześnie przerażający, jak i przezabawny. Bodaj najbardziej pamiętnym momentem tej trwającej cały film szarży jest ten, w który zirytowany pisemną pomyłką Peter wykrzykuje w gabinecie psychoterapeutki cały alfabet. To naprawdę trzeba zobaczyć – przy okazji można potrenować kolejność liter.

Advertisement

„Zostawić Las Vegas” – wybuch gniewu w kasynie

W tym zestawieniu skupiam się przede wszystkim na momentach, w których Cage gra tak źle, że aż genialnie. Ale poza wszystkimi odlotami to także aktor, który naprawdę potrafi grać, czego najlepszym dowodem jest jego oscarowa rola w Zostawić Las Vegas. Cage gra tu Bena, hollywoodzkiego scenarzystę, który realizuje w tytułowym mieście swój plan zapicia się na śmierć. Kreacja złamanego i zdesperowanego, by przerwać pasmo cierpień, mężczyzny to naprawdę świetna robota aktorska, słusznie uważana za jeden z najlepszych występów Cage’a w karierze. W kontekście tematu tego tekstu warto zwrócić uwagę na wybuch złości Bena w kasynie, podczas którego Cage prezentuje mało oglądany wariant swojej firmowej furii – krzyki i szał aktora są całkowicie serio i jak najbardziej tragiczne. Sam moment, oglądany z perspektywy kamery, jest zaś dogłębnie poruszający.

„Mandy” – kokaina

Wracając do regularnego programu, ta lista nie może obyć się bez Mandy. Film Panosa Cosmatosa należy do niezwykle potrzebnego wszystkim kinomanom nurtu pastiszu, w którym Nicolas Cage samoświadomie ogrywa swój status kultowo złego aktora. Cała Mandy to jeden wielki filmowy odlot, w którym grany przez Cage’a protagonista wyrusza po zemstę na demonicznym motocyklowym gangu odpowiedzialnym za śmierć ukochanej. Pamiętnych scen jest tu wiele, jednak moją ulubioną jest moment, w którym po wdarciu się do siedziby antagonistów Cage brutalnie skręca kark gangsterowi-monstrum, po czym z obłędem w oczach efektownie wciąga kokainę.

Advertisement

To ten moment, który stawia ostateczną kropkę nad „i” w kwestii tego, jak dobrym filmem jest Mandy i jak świetnie Cosmatos i Cage wykorzystują zarówno arsenał aktorskich możliwości, jak i popkulturowe konotacje tego drugiego.

„Więźniowie Ghostland” – I am radioactive!

Pozostając w temacie subgatunku świadomego pastiszu, wspomnieć należy o Więźniach Ghostland, wyjątkowym crossoverze Nicolasa Cage’a i szalonej poetyki autorskiej Siona Sono. W postapokaliptycznej wizji łączącej toposy Mad Maxa, westernu i kina samurajskiego Cage wciela się w przestępcę zmuszonego do odnalezienia zaginionej dziewczyny. Aby zrozumieć, z jakim klimatem mamy do czynienia w filmie Sono, warto wspomnieć, że Cage zostaje ubrany w specjalny uniform z ładunkami wybuchowymi m.in. na kroczu. W toku misji dochodzi do kilku zwrotów akcji, a protagonista musi zmierzyć się z nadprzyrodzoną klątwą i wikła się przy okazji w mesjanistyczny kult.

Advertisement

To stanowi w pewnym momencie okazję do wygłoszenia pompatycznego monologu, w którym Cage ogłasza się wybawicielem i wieńczy płomienną przemowę uzasadnieniem swojej predyspozycji do walki ze złymi siłami stwierdzeniem „Because… I am radioactive!”. Nie musicie wiedzieć nic więcej.

„Zły porucznik” – przesłuchanie starszej pani

Inaczej niż Kult film Zły porucznik Wernera Herzoga to udany remake znakomitego kryminału noir z Harveyem Keitelem. Cage wciela się tu w tytułowego, skorumpowanego i nadużywającego różnych substancji stróża prawa w naznaczonej zapaścią ekonomiczną i żywiołami Luizjanie. W tej opowieści aktor daje popis balansowania pomiędzy groteskowością a klasowym aktorstwem dramatycznym. Chyba nigdzie nie widać tego tak dobrze, jak w scenie, w której jego McDonagh wydobywa z pewnej staruszki i jej opiekunki informacje na temat podejrzanego. Uciekając się do groźby i fizycznej ingerencji wobec bezbronnych kobiet, policjant uzyskuje, co chciał, ale nie przeszkadza mu to dać wyrazu pogardzie wobec rozmówczyń. Cage gra tu bezbłędnie, z odpowiednią mieszanką desperacji i przerysowania, dzięki czemu scena robi piorunujące wrażenie.

Advertisement

„Świnia” – rozmowa w restauracji

Debiut Michaela Sarnoskiego w opisie programowym wygląda jak kolejny film, w którym Cage dokonuje autopastiszu – wciela się w pustelnika wyruszającego do miasta w celu odnalezienia skradzionej mu świni i konfrontacji z odpowiedzialnym za to półświatkiem. O ile jednak Świnia rzeczywiście przynosi sporą dawkę absurdu, o tyle nie jest ekscentrycznym odlotem w stylu Mandy, ale zaskakująco poruszającym dramatem psychologiczno-obyczajowym, a Cage dostaje tu najlepszy od lat scenariusz pozwalający pokazać swój talent do tworzenia złożonych postaci. Nie znaczy to jednak, że nie ogrywa tu swojego wizerunku – robi to jednak, idąc na przekór oczekiwaniom.

Jego ekranowa obecność pełna jest napięcia i podskórnej sugestii możliwej eksplozji szaleństwa, ale tym razem aktor zachowuje ekspresyjną powściągliwość. Pomysł na postać świetnie pokazuje scena w restauracji, w której bohater Cage’a konfrontuje się ze swoim dawnym podwładnym, obecnie kuchmistrzem ekskluzywnego lokalu. Cedząc powoli słowa i świdrując rywala spojrzeniem, Cage osiąga równie powalający efekt jak John Wick bronią.

Advertisement

„Bez twarzy” – Alleluja!

UKŁAD ZAMKNIĘTY. Kino skupione na emocjach

Na koniec wracamy do Cage’a na luzie. Bez twarzy Johna Woo to przykład bezwstydnego, idiotycznego, ale równocześnie sprawiającego wiele frajdy kina sensacyjnego lat 90. W opowieści o zamianie tożsamości między policjantem a złoczyńcą Cage wciela się w tego drugiego – zdeprawowanego do szpiku kości Castora Troya. Aby nikt nie miał wątpliwości co do tego, jak zły jest to bohater, na początku filmu Cage raczy nas jedną ze swoich najbardziej pamiętnych popisówek. W sutannie, strzelając oczami, pląsa groteskowo po lotnisku i ordynarnie napastuje chórzystkę, wykrzykując przy tym nie do rytmu „alleluja”. 100% stężenia Cage’a w Cage’u.

Advertisement

Antropolog, krytyk, praktyk kultury filmowej. Entuzjasta kina społecznego, czarnego humoru i horrorów. W wolnych chwilach namawia znajomych do oglądania siedmiogodzinnych filmów o węgierskiej wsi.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *