search
REKLAMA
Zestawienie

Przyczajeni i ukryci wojownicy. MNIEJ ZNANE filmy SZTUK WALKI

Mariusz Czernic

19 sierpnia 2020

filmy sztuk walki
REKLAMA

Mistrz zabijania (Japonia, 1975), reż. Kazuhiko Yamaguchi

Yeong-eui Choi był koreańskim mistrzem karate, który założył w Japonii szkołę karate kyokushin (co znaczy sama prawda) i przyjął japońskie imię Masutatsu Ōyama. Właśnie o nim opowiada Champion of Death, znany też jako Karate Bullfighter, a w Polsce jako Mistrz śmierci lub Mistrz zabijania. W postać Ōyamy wcielił się jego uczeń Shin’ichi „Sonny” Chiba świeżo po sukcesie Zabójczej pięści (The Street Fighter, 1974), gdzie zagrał mistrza karate Tsurugiego Takumę. Scenarzysta Norifumi Suzuki przedstawił Ōyamę jako wychowanka starej tradycji, według której sztuka walki nie jest sportem, lecz sposobem zabijania. Jest w tym lekka złośliwość wobec hongkońskiego kina spod szyldu Shaw Brothers. Tam pojedynki przypominały taniec, gimnastykę, zespół ruchów według określonej choreografii. W filmie Yamaguchiego główny bohater mówi, że karate to nie jest taniec ani dyscyplina sportowa. To sposób na przeżycie. W czasach pokoju (akcja dzieje się w latach 40., po zakończeniu drugiej wojny światowej) taka wojownicza postawa już się nie sprawdza. Skoro czasy się zmieniają, karate też musi się zmienić.

W filmie są dwa istotne momenty kulminacyjne dla głównego bohatera, oba związane ze śmiercią, które czynią Ōyamę innym człowiekiem. Ta przemiana uczyni z niego świetnego nauczyciela i wpłynie znacząco na przyszłe pokolenia, na Sonny’ego Chibę, na sztuki walki i kino kopane. Chiba zagrał w tym filmie kapitalnie – widać, że dla niego nie było to klasyczne kino akcji, ale film bardzo osobisty, który przeżywa się emocjonalnie jak prawdziwe życie. Anglojęzyczny tytuł Karate Bullfighter związany jest z tym, że Ōyama znany był nie tylko z pojedynków z ludźmi, ale też ze zwierzętami. Jest w filmie scena, w której pokonuje rozszalałego byka, co powoduje zróżnicowane reakcje – jedni są zachwyceni, inni go wyśmiewają, podejrzewając oszustwo (byk zapewne został wcześniej odurzony). Sonny Chiba zagrał Ōyamę jeszcze dwukrotnie, w filmach Karate Bear Fighter (1975) i Karate for Life (1977). Całą trylogię reżyserował Kazuhiko Yamaguchi. Tytuł pierwszego sequela nie kłamie i faktycznie można w nim zobaczyć pojedynek karate z niedźwiedziem.

Duel of Ultimate Weapons (Korea Południowa, 1983), reż. Woo-sang Park

To nie jest kadr z omawianego filmu, trudno było taki znaleźć, więc wybrałem przypadkowy kadr z Jangiem-Lee Hwangiem.

Jang-Lee Hwang to koreański mistrz taekwondo, który zagrał złoczyńcę w dwóch hitach Jackiego Chana i Woo-Pinga Yuena: Wąż i cień orła (1978) oraz Pijany mistrz (1978). Znany jako „King of the Leg Fighters”, bo jego nogi były szczególnie niebezpieczne, także w prawdziwym życiu. Zabił w obronie własnej nożownika, zadając mu mocnego kopniaka w skroń.

Duel of Ultimate Weapons to film produkcji koreańskiej, ale jest silnie inspirowany hongkońskimi martialami, szczególnie wspomnianymi dziełami z Jackiem Chanem. Nie brakuje w nim głupkowatego humoru, a Jang-Lee Hwang po raz kolejny wciela się w standardowego złoczyńcę. Nazywa się Won Dong i już brzmienie tego imienia powoduje trwogę, a gdy dochodzi do walki, to zazwyczaj ktoś ginie. Taki styl życia mnoży mścicieli i wrogów, ale w końcu trafi się na tego, który okaże się lepszy w walce. Gdy młody adept kung-fu otrzymuje od nauczyciela zadanie, by złapać wiatr, wygląda to jak żart, ale by osiągnąć mistrzostwo trzeba próbować rzeczy niezwykłych – takich, których szary obywatel bez wielkich ambicji nigdy by nawet nie spróbował. Dobrego wojownika cechuje nie tylko świetne wyszkolenie w walce, lecz także zdolności strategiczne. Warto udawać słabszego (np. pijaka lub głupca), by zwiększyć u przeciwnika dumę i pewność siebie, które są zazwyczaj złymi doradcami. Protagonista filmu nie jest tak charyzmatyczną postacią jak Jackie Chan, więc pojedynek aktorski wygrywa Jang-Lee Hwang. Fabuła niczym nie zaskakuje, ale gdy Hwang pojawia się na ekranie i pokazuje swoje umiejętności, wybacza się scenariuszową wtórność i przewidywalność.

Hong Kil-dong (Korea Północna, 1986), reż. Kil-in Kim

Czy ktokolwiek potrafi wymienić pięć filmów zrealizowanych w Korei Północnej? Oczywiście bez zaglądania do podpowiedzi ukrytych w internecie. Pewnie nawet niektórzy filmoznawcy i krytycy będą mieli z tym problem. Ja zresztą też. Podczas festiwalu kina azjatyckiego Pięć Smaków w roku 2016 obejrzałem dwie produkcje północnokoreańskie: kostiumowy Hong Kil-dong i wojenny Rozkaz 27. Oba są godne polecenia, bo realizacja stoi w nich na całkiem przyzwoitym poziomie. Razi w nich nachalny dydaktyzm, w drugim filmie jest on bardziej irytujący ze względu na wyraźny charakter propagandowy. Przełomem dla kinematografii tego kraju było widowisko Pulgasari (1985) inspirowane serią o Godzilli. Nakręcił je Sang-ok Shin, reżyser z Korei Południowej (twórca znakomitego dramatu wojennego o lotnikach Czerwony szal, 1964), którego Kim Dzong Il, syn Kim Ir Sena, kazał porwać (wraz z byłą żoną, aktorką Choi Eun-hee) i wywieźć do obozu pracy. Następnie zmusił go do realizacji filmów dla północnokoreańskiej wytwórni, by poprawić jakość produkcji filmowej w kraju. Hong Kil-dong jest oglądalny na Zachodzie m.in. dzięki naukom Shina. To kino wuxia, koreański eastern inspirowany filmami z Hongkongu, szczególnie tymi z wytwórni braci Shaw, a także spaghetti westernami Sergia Leone z motywem muzycznym charakteryzującym bohatera.

Jest to opowieść o legendarnym koreańskim wygnańcu z XVII wieku, przyrównywanym do Robin Hooda. W filmie jego pojawieniu się towarzyszy dźwięk fletu, co nasuwa skojarzenia z harmonijką z Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. Nieślubny syn wysokiego rangą urzędnika zostaje wraz z matką wygnany, a następnie zaatakowany w lesie przez bandytów. Z opresji ratuje ich stary mistrz magii (bo mistrzem kung-fu trudno go nazwać), który unieszkodliwia złoczyńców techniką akupunktury (!), a następnie staje się nauczycielem będącego jeszcze dzieckiem Hong Kil-donga. W efekcie tych nauk skaczący przez krzaki dzieciak przemienia się w przeskakującego drzewa rycerza. Jego misją jest obronić lokalną ludność przed inwazją wojowników ninja. Film wzbudza na zmianę śmiech i podziw, bo kiczowate momenty przeplatają się z ujęciami o atrakcyjnej oprawie wizualnej.

The Intruder (Indonezja, 1986), reż. Jopi Burnama

W Indonezji udało się zrewolucjonizować kino sztuk walki. Takim przełomem był The Raid (2011) walijskiego reżysera Garetha Evansa, który miał wypromować silat, regionalną sztukę walki. Mistrzami tej techniki są występujący w filmie Evansa i pełniący funkcje choreografów Iko Uwais i Yayan Ruhian.  25 lat wcześniej w tym kraju powstał The Intruder z Nowozelandczykiem Peterem O’Brianem udającym Rambo i walczącym techniką nieprzypominającą klasycznego kung-fu. Pełno tu akcji i przemocy, także na tle seksualnym, a widowiskowość w stylu amerykańskim występuje dopiero w finale. Wcześniej mamy dużo walk wręcz, a nawet takie dziwne akcje jak rzucanie gumową piłką w przeciwnika (tym dziwniejsze, że bohater chyba używa tylko jednej piłki, bo ona za każdym razem wraca do niego jak bumerang).

Fabuła różni się od amerykańskich opowieści o weteranie z Wietnamu. Alex Trambuan zwany Rambu jest byłym policjantem, który rozprawia się z gangsterami odpowiedzialnymi za śmierć jego żony. W scenach walk jest wściekłość i chaos, co przybliża je do ulicznych, pozbawionych zasad fair play bójek. Trudno się nudzić – mamy tu czystą rozrywkę, niezobowiązującą zabawę w policjantów i przestępców. Łatwo to wyśmiać, ale warto też docenić i po prostu dobrze się bawić. Amerykańskie akcyjniaki z lat 80. się docenia, choć też są wypełnione kiczem. Wtórność nie jest w tym gatunku wadą – nikt nie oczekuje oryginalnych fabuł i psychologicznie wiarygodnych bohaterów. Ani respektowania zasad realizmu. Wystarczy jeden niezwykły bohater – człowiek czynu – prosta intryga z jasnym podziałem na dobro i zło oraz liczne sytuacje pretekstowe dla użycia przemocy. The Intruder wbrew tytułowi to swój człowiek – nie jest zagrożeniem dla innych bohaterów kina akcji, ale też nie hańbi ich imion. Działa na własnych regułach, godnie reprezentując swój kraj.

Mariusz Czernic

Mariusz Czernic

Z wykształcenia inżynier po Politechnice Lubelskiej. Założyciel bloga Panorama Kina (panorama-kina.blogspot.com), gdzie stara się popularyzować stare, zapomniane kino. Miłośnik czarnych kryminałów, westernów, dramatów historycznych i samurajskich, gotyckich horrorów oraz włoskiego i francuskiego kina gatunkowego. Od 2016 „poławiacz filmowych pereł” dla film.org.pl, współpracuje z autorami bloga TBTS (theblogthatscreamed.pl), dawniej pisał dla magazynów internetowych Magivanga (magivanga.com) i Kinomisja (pulpzine.pl). Współtworzył fundamenty pod Westernową Bazę Danych (westerny.herokuapp.com),

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA