search
REKLAMA
Kino klasy Z

POTWORNA IMPREZA. Party bez szału

Tomasz Bot

14 listopada 2019

monster wyroz
REKLAMA

Chris Von Hoffmann, twórca bublowatego horroru Drifter, zaprasza na film, który zadłuża się zarówno u Teksańskiej masakry piłą łańcuchową, jak i Uciekaj!, po drodze przywołując też kilka innych skojarzeń. Jego Potworna impreza – thriller z 2018 roku – wywołuje uczucie silnego déjà vu, a jego formułę można w dużym uproszczeniu sprowadzić do pytania: co wynikłoby z połączenia obyczajowości rodziny Leatherface’a z szeleszczącą dolarami, wielkomiejską patologią à’la Patrick Baetman z American Psycho? Tylko czy niegrzesząca oryginalnością fabuła może sprawić, że film obudzi w nas jakieś większe emocje?

Casper razem z dwójką przyjaciół – Iris i Dodgem, którzy spodziewają się dziecka – okrada domy bogatych ludzi. Szajka zna się na elektronice, działa sprawnie i metodycznie. Kiedy ojciec Caspra popada w długi, gangsterzy stawiają chłopakowi warunek: albo zdobędzie pieniądze, albo mężczyzna umrze. Wyjściem z sytuacji staje się rocznicowa impreza u zamożnych Dawsonów. Wystarczy dostać się na nią jako obsługa przyjęcia, a potem – nie wzbudzając podejrzeń – dokonać włamu. Ale Dawsonowie nie są zwyczajną rodziną…

Potworna impreza nie powala oryginalnością. Wszystko, z czym się tu zetkniemy, już gdzieś było, a twórcy nawet tego nie ukrywają. Nie proponują nam jednak ostentacyjnie pastiszowej gry konwencjami jak w Zombiebobrach czy metazabawy jak w Final Girls. Nie, postanowili być nieco bardziej serio, bo oscylują pomiędzy względnym realizmem a eksplodującą czarnym humorem groteską. Ale zagrali zbiorem chwytów, które nawet średnio zaznajomieni z gatunkiem łatwo i szybko rozpoznają. Nie ma w tym nic złego. Odpada więc element zaskoczenia – przynajmniej na poziomie głównej linii fabularnej – ale nie musi to oznaczać braku satysfakcji z seansu. Hoffmann zresztą stara się nas zjednać solidnością wykonania. I tak mamy tu naprawdę udane zdjęcia, niezłą muzykę i akcję, która rozwija się bez pędzenia na łeb na szyję i bez popadania w przestoje. Jeśli idzie o wykonanie – obraz jest nad wyraz sprawny, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że oglądamy średniobudżetową produkcję nienastawioną na rywalizację z blockbusterami. Potoczysta narracja sprawia, że chłonie się to gładko i przyjemnie. Klimatyczne zawiązanie akcji wręcz intryguje. Sceny gore nie są może liczne, ale mięsiste. Jednak tutaj zalety się kończą.

Świat elit – z jego mrocznymi rytuałami – widzieliśmy już w Towarzystwie i wspomnianym wyżej Uciekaj!. Hoffmann nie mówi tu niczego nowego; zresztą i tak nie chodzi o analizę nierówności społecznych czy krytykę klas posiadających. Reżyser uruchamia tu masakrę piłą na salonach Malibu, żeby rozlać trochę czerwonej farby po eleganckich wnętrzach. Zestawia je też z brudem wewnątrz ich mieszkańców. Ale to tylko rozrywka – żaden wstrząs (moralny czy estetyczny) nam nie grozi. Pieniądze brudzą i deprawują? Ojej, zrzekam się najbliższej wypłaty. Niektóre rodziny nie są wzorem do naśladowania? Familia Leatherface’a już dawno temu udowodniła, iż degenerację można kultywować także w gronie najbliższych, i to z takim przytupem, że oczy lecą z orbit, a chipsy z ust. Więc nie o drugie dna tu chodzi czy lekcje etyki, bo reżyser proponuje nam zabawę w kotka i myszkę.

Lecz i w tym względzie jest tutaj tak sobie. Bo chociaż akcja wciąga nie najgorzej, to w porównaniu z Nie oddychaj czy Green Room (gdzie zamknięte pomieszczenie też stanowiło arenę starcia dwóch grup) całość wypada zbyt rumiankowo i umiarkowanie przekonująco. Nie jest też tak ironiczna, żebyśmy siedzieli przed ekranem wyszczerzeni, ani tak sugestywna w opisie zagrożenia, żeby brakło nam tchu. Napięcie utrzymuje się jednak na zadowalającym poziomie.

Film żwawo płynie do przodu, ale równie szybko wypłynie z naszej pamięci. Rzecz mogłaby wyglądać inaczej, gdyby widz nawiązał mocniejszą więź z pozytywnymi bohaterami. Ta istnieje połowicznie. Nie są nam oni obojętni, ale też nie do końca materializują się jako trójwymiarowe postaci. Nie z winy młodych aktorów – ci grają solidnie. To sama historia sprawia wrażenie, jakby coś w niej nie trafiło we właściwe tryby. Być może za mało w niej serca, a zbyt wiele ukłonów w stronę różnej maści shockerów.


W ekipie „złych” ostro zarysowuje się „bananowa młodzież” – zepsuta, chamska, pozbawiona hamulców. Gorzej z dorosłymi. Ich motywacje i dylematy nie wypadają przekonująco; nie wzbudzają też w widzu lęku. Na ekranie pojawia się charyzmatyczny Lance Reddick, znany z The Wire czy Johna Wicka. Ale scenariusz nie pozwala mu rozwinąć skrzydeł – aktor zazwyczaj spogląda nerwowo w prawo i lewo na zmianę. Pod koniec seansu Hoffmann nieco odważniej uderzy w pastiszowe tony, przypominając nam, jak bardzo lubi klasykę gatunku… Jednak tę solidną rozrywkę zakłócać może pytanie: ale właściwie po co nam to wszystko?

Sporo przewidywalnych rozwiązań, kilka pomniejszych zaskoczeń. Parę makabrycznych scen.
Ot, i cała imprezka.

REKLAMA