search
REKLAMA
Zestawienie

Postacie z serialu GRA O TRON, które powinny były UMRZEĆ

Tomasz Raczkowski

18 kwietnia 2021

REKLAMA

Jon Snow

Nie będę ukrywał, że Jona Snowa nigdy nie darzyłem specjalnym sentymentem. Jego wątek miał dla mnie zawsze zbyt silne skłonności do wpadania w klisze gatunku opowiadającego o szlachetnych, nieskazitelnych herosach walczących z przeciwnościami i mrocznymi siłami. Skutkowało to też niepasującą do początków Gry o tron jednowymiarowością Jona i pachniało zmierzaniem całej historii w kierunku czarno-białych wizji świata. Mimo tych zastrzeżeń wszystko rozwijało się całkiem dobrze i ciekawie aż do sezonu piątego, który zakończył się niespodziewaną śmiercią zdradzonego przez towarzyszy broni Snowa. Oto Gra o tron, jaką znamy i kochamy – jedna z ulubionych postaci widowni, szlachetny i odważny rycerz ginie tragicznie na skutek spisku wrogów, ale i ponosząc konsekwencje swoich wcześniejszych działań, które popchnęły buntowników do zdrady. Brzmi świetnie, ale na etapie emisji tamtego odcinka już można było spodziewać się, że tak mrocznie nie będzie. I rzeczywiście, już na początku serii numer sześć Jon Snow zostaje wskrzeszony przez Pana Światła reprezentowanego przez kapłankę Melisandre, wskakuje z powrotem w skórzany strój, rozprawia się ze zdrajcami i kontynuuje misję ratowania świata. To ten moment, w którym zacząłem naprawdę tracić serce do serialu HBO – wskrzeszenie Snowa było jaskrawym sygnałem, że koniec już z brutalnym realizmem i brakiem nietykalności kluczowych postaci. Warto zauważyć, że od śmierci i zmartwychwstania Jona aż do finału nie ginie już praktycznie żadna znacząca postać pozytywna, a protagoniści mają już zupełnie nieskrywaną „fabularną zbroję” (co do ekstremum doszło w bitwie o Winterfell, którą wbrew logice przeżywają niemal wszystkie istotne postacie). Jon zaś, jak to Jon, choć nie bez problemów, pokonuje przeciwności i otrzymuje swój wyśniony epilog za Murem. Czyli dokładnie tak, jak można było zakładać. To normalne, Jon jest koniec końców głównym bohaterem – tyle że mało w tym ikry. Dla mnie jego śmierć była momentem, który mógł jeszcze raz przewartościować serial, wstrząsnąć rozgrywką i wprowadzić na nowo słabnący już element nieprzewidywalności. Niestety, zamiast tego Snow ożywieniec stał się symbolem skrętu serialu ku oczywistemu heroicznemu fantasy, a sposób, w jaki zostało to pokazane – bardzo szybki, niezostawiający niemal miejsca na niejasności, pośrednio rozpoczął proces gnicia scenariusza, który zepsuł finałową serię.

Samwell Tarly

Samwell Tarly to bez wątpienia postać z jedną z najbardziej unikalnych (a przy tym najbardziej trącących myszką generycznego fantasy dla młodzieży) podróży odbytych na przestrzeni ośmiu sezonów. Fajtłapa zmuszony do stania się wojownikiem, odnajdujący dla siebie rolę mędrca i przy tym odkrywający w sobie pokłady odwagi… Do samego Sama zasadniczo nic nie mam, jednak finałowy odcinek serialu potrzebował jego śmierci. Konkretnie potrzebował, aby po wypowiedzeniu przez Tarly’ego tytułu Pieśń lodu i ognia nadanego kronice będącej zapisem oglądanych przez nas do tej pory zdarzeń na głowę nowego maestera powinno spaść pianino. To dopełniłoby nieporadnego, niemal kreskówkowo spłaszczonego zakończenia sagi.

Gregor Clegane

Góra to jedyna postać z tej listy, która rzeczywiście doczekała się śmierci na ekranie, w odcinku poprzedzającym finał. Nastąpiła ona oczywiście w trakcie wyczekiwanego przez fanów Cleganebowl, starcia niesławnego rycerza-mordercy z młodszym bratem, Sandorem „Ogarem” Clegane’em. Z perspektywy tego drugiego (skądinąd jednej z fajniejszych postaci w serialu, której nie zaszkodziło nawet wskrzeszenie w serii szóstej) to starcie było klarownym domknięciem łuku narracyjnego skupionego na resentymencie i wewnętrznej walce z przyrodzonymi gniewem oraz brutalnością. Muszę jednak przyznać, że o ile chciałem, by Ogar otrzymał w serialu należne mu zwieńczenie swojego wątku, tak Cleganebowl było już dla mnie zbyt mocnym fanserwisem, kończącym prywatną sagę Clegane’ów na rodzaju autopilota. Zwłaszcza że po (niemal) śmiertelnych obrażeniach w pojedynku z Oberynem Martellem w sezonie czwartym Góra, przemieniony w Roberta Stronga, stał się chodzącym zombie-ochroniarzem odartym z tożsamości i co za tym idzie, niebudzącym praktycznie żadnych emocji swoim byciem na ekranie (a nie pamięcią, że to „ten zły Góra”). Skrajne przerysowanie tej postaci skutkowało też niepotrzebnym przesadzeniem starcia z Ogarem, w którym stał się niemal nieśmiertelną maszyną – a nie znienawidzonym starszym bratem. Może lepszym finałem dla Sandora byłaby wizyta na grobie Gregora? Albo scena, w której konfrontuje się z niemożliwością realizacji swego marzenia o zabiciu krewniaka? Tak mi się wydaje.

Dodalibyście inne postacie do tej listy?

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA