Publicystyka filmowa
SERIALE, które trzeba OBEJRZEĆ chociaż RAZ W ŻYCIU
„SERIALE, które trzeba OBEJRZEĆ chociaż RAZ W ŻYCIU to nie tylko rozrywka, ale i refleksja nad naszą Polskością. Odkryj unikalne historie!”
Wymienione poniżej tytuły posiadają nie tylko unikalny styl artystyczny, ale i wartość poznawczą. Pokazują otaczający świat wielowymiarowo, podobnie człowieka. Można je dowolnie intepretować, odnosząc zaprezentowane wydarzenia do naszego osobistego życia. Nie będą nas ograniczały ideologicznie, mimo że powstały w różnych czasach, a co ważne dla nas, Polaków, w różnych ustrojach. Prócz rozrywki, artyzmu, szeroko pojętej wartości humanistycznej, to właśnie interpretacja historii jest jednym z czynników decydujących o wyborze niektórych pozycji. Jesteśmy narodem targanym emocjami i smutnymi kolejami dziejów, a więc w kinie i telewizji jako dziedzinach krytycznej wypowiedzi twórczej nieraz zbytnio upatrujemy odpowiedzi, w jakich ramach będzie najlepiej wyglądać nasza POLSKOŚĆ.
Alternatywy 4 (1983–1986), reż. Stanisław Bareja
Chociaż raz w życiu powinno się doświadczyć tego specyficznego, Barejowskiego humoru. W historii polskiego kina ten rodzaj dowcipu zanika. Niewątpliwie rzeczywistość PRL zostaje coraz bardziej za nami, a w Polsce żyje coraz mniej ludzi, którzy ją dobrze pamiętają. Ci jednak, którzy wychowywali się na wielkich blokowiskach, i to zarówno w wielkich aglomeracjach, jak i mniejszych miasteczkach, jeszcze do lat 90. zapewne pamiętają warunki i ludzi przełomu ustrojowego. Byli całkiem podobni do postaci z Alternatyw 4.
Ciągłe problemy z prądem, kaloryferami, wybijającymi studzienkami w piwnicy, sąsiadem, który wystawiał głośniki do okna, i np. jedynym na całe osiedle kioskiem RUCH-u, który pełnił również funkcję stolika do spotkań przy piwie. Wrażenia bezcenne. Cieszę się, że jako dziecko byłem ich częścią. Serial Alternatywy 4 doskonale obrazuje te emocje, sytuacje i atmosferę minionej epoki.
Miasteczko Twin Peaks (1990–1991), reż. David Lynch
Zastanawiam się, jakie ma znaczenie moment w życiu, gdy ogląda się dany serial, co w przypadku Twin Peaks może mieć niebagatelne znaczenie.
Serial wymaga od nas pewnego typu wrażliwości i otwartości wyobraźni, które u wielu ludzi niestety zanikają z biegiem życia. Zastępuje je skostniały osąd ni to racjonalny, ni to logiczny, który trzyma się zastałych kategorii i nie jest w stanie otworzyć się na coś więcej. Warto zatem Miasteczko Twin Peaks obejrzeć chociaż raz w życiu, ale jeszcze nim się ukończy te magicznie traktowane przez młodych, inicjacyjne wręcz 18 lat życia. David Lynch wraz z ekipą potraktowali temat bardzo onirycznie, nielogicznie i emocjonalnie. Wejście w ten ich świat oznacza akceptację tego, że po zakończeniu seansu nic się nie wyjaśni. Będzie wręcz gorzej niż na początku. Ot, taki chichot skłonnego do paradoksu reżysera.
Gra o tron (2011–2019), reż. m.in. David Benioff, D.B. Weiss
Wciąż nadrabiam zaległości. Co jakiś czas oglądam odcinek tego wspaniałego dzieła serialowego, owszem, z ogromnym opóźnieniem, ale lepiej późno niż wcale. W czasie, gdy pojawiały się kolejne sezony, wnikliwie analizowałem literackie ich pierwowzory.
A teraz przyszedł czas na weryfikację moich wyobrażeń. Zadziwiające jest, jak blisko obcy ludzie potrafili trafić w mój gust. Gra o tron jest spójną wizją uniwersalną pod względem archetypowym. Trzeba ją znać nie tylko ze względu na wizualny rozmach, ale i jedno z wspanialszych adaptacyjnych suplementów do literatury fantasy. Szczerze wątpię, czy komukolwiek w historii kina i gatunku udało się tak trafnie przetworzyć serię książek w obraz.
Latający Cyrk Monty Pythona (1969–1974), reż. m.in. John Howard Davies
Obowiązkiem każdego człowieka wobec samego siebie jest dbanie o samorozwój własnego krytycznego stosunku do świata. Pomaga to uniknąć życia w stanie uroczej, naiwnej niewiedzy co do autorytatywnie prezentowanej przez innych ludzi tzw.
prawdy, w którą należy wierzyć, bo inaczej… no właśnie. Na tym polega opresyjność prawd absolutnych, których wszelkiej maści przejawy zdecydowali się krytykować członkowie grupy Monty Python. Postępowali tak zarówno wobec tzw. lewej, jak i prawej strony, chociaż wyraźnie ta druga stała się prawdziwą oazą inspiracji. Ludzie o tak świetnie zaprojektowanym literacko poczuciu humoru scalonym z osobowościami, a nawet wyglądem zdarzają się raz na sto lat. Może kiedyś, pewnie już nie za mojego życia, doczekamy się powstania podobnie legendarnej grupy. Na razie tylko Monty Python gwarantuje odpowiedni wzrost świadomości potrzebnej do radzenia sobie w świecie, jeśli ktoś nie chce zostać intelektualnym frajerem.
M*A*S*H (1972–1983), reż. m.in. Alan Alda
Małych chłopców interesuje wojna w zupełnie innym sensie niż dorosłych – chciałbym żeby tak było, lecz to nieprawda. Żeby wojna przynajmniej na etapie dorosłości okazała się nie marzeniem, ale jakąś najgorszą zmorą. Rozumiem zabawę dzieci w kowbojów, żołnierzy itp. Nie rozumiem zabawy dorosłych mężczyzn w zabijanie. Edukacja powinna iść nie w stronę uwznioślania wojny, militarnych symboli narodowych oraz bazującego na ganianiu z karabinem w ręku patriotyzmu, ale uzmysławiania, że wojna jest zła, na wskroś destrukcyjna i nie prowadzi do niczego dobrego.
Serial M*A*S*H powinien stać się sztandarowym elementem pacyfistycznej edukacji każdego młodego człowieka, gdyż jak mało który serial bazujący fabularnie na stanie wojny pokazuje jej absurd poprzez wyśmiewanie składających się na nią elementów – politycznych, społecznych, etycznych, a nawet erotycznych.
Czarna Żmija (1982–1999), reż. Martin Sharldow
Czas i decyzje finansowe różnie wpływały na serial, lecz warto obejrzeć wszystkie serie, żeby uświadomić sobie, jak ewoluował sam Rowan Atkinson.
Ale nie tylko o niego chodzi. W produkcji pojawia się mnóstwo postaci związanych z historią granych przez znanych, brytyjskich aktorów. Scenariusze poszczególnych serii są po mistrzowsku skonstruowane, a telewizji przecież chodzi o rozrywkę sensownie połączoną z wartościami wychowawczymi. Czarna żmija jest jedną z lepszych brytyjskich produkcji obrazujących, jak zmieniał się imperializm brytyjski na przestrzeni wieków. Tak, wieków, gdyż ród „Czarnych żmij” można powiedzieć, że dopełznął lub przepełznął od średniowiecza aż do czasów I wojny światowej. Skorzystają więc fani Jasia Fasoli na równi z miłośnikami żartobliwego przedstawiania historii brytyjskiego imperium.
Na dodatek serial zapewni doskonałą odskocznię od problemów dnia codziennego, a to przecież kluczowa rola filmowej rozrywki. Chociaż raz w życiu powinno się doświadczyć czarnego humoru żmijowatego Atkinsona.
Nasze matki, nasi ojcowie (2013), reż. Philipp Kadelbach
W zależności od czasów ci, którzy nami rządzą, starają się nam wtłoczyć do głów określoną wizję patriotyzmu i narodowej ideologii, które zwykle do końca nie odpowiadają prawdzie. Warto zatem czasem wyjść z pudełka i po prostu sprawdzić, czy te nasze polskie mity są tak śnieżnobiałe, jak się próbuje to nam wpoić, a narodowi bohaterowie faktycznie zasługują na bałwochwalcze pomniki.
Serial Nasze matki, nasi ojcowie pod względem historycznym traktuje niezwykle szkicowo tę część wojny, która trwała w latach 1939–1941, ale twórcy mieli do tego prawo. Mogli skupić się na wydarzeniach ważnych z ich narodowego punktu widzenia, a więc wyniszczającej wojnie z ZSRR oraz powolnym upadku. Nie miejmy za to do nich pretensji, gdyż nasza polska wizja II wojny światowej nie jest jedyną uprawnioną do propagowania na całym świecie. Każdy Polak więc powinien raz jeden zapoznać się z niemieckim serialem, żeby uświadomić sobie, że inni patrzą na nas inaczej niż my, nasza walka wyzwoleńcza nie była pozbawiona czarnych charakterów, naród niemiecki został niesamowicie doświadczony przez nazizm oraz przede wszystkim antysemityzm tkwi w nas bardzo głęboko, czego nawet przed wojną mieliśmy wręcz systemowe przejawy w naszej ukochanej ojczyźnie.
Wychowane przez wilki (2020), reż. m.in. Ridley Scott
Daleki jestem od stwierdzenia, że Wychowane przez wilki są serialem idealnym, ale pośród kręconych w XXI wieku odcinkowych produkcji science fiction są wyjątkowe. Starałem się to udowodnić w trzech tekstach, które napisałem o najnowszym dziele Scotta i Guzikowskiego. Wyjątkowość Wychowanych przez wilki polega na mądrości płynącej z poruszanych przez nie wątków z zakresu ogólnie pojętej humanistyki.
Wiem, że czasami serial jest dość naiwnie łopatologiczny pod względem kreowania antyreligijnych tez, lecz od czegoś trzeba zacząć edukację. Odbiorcy dysponują różnym poziomem wiedzy, a na starcie trzeba do wszystkich mówić mniej więcej podobnie zrozumiałym językiem. Więc lepiej, żeby ci, co wiedzą lepiej, się nieco ponudzili, niż ci, którzy wiedzą mniej, zniechęcili zbyt wysoko postawioną poprzeczką abstrakcji. Wychowanych przez wilki trzeba zobaczyć chociaż raz przede wszystkim po to, żeby docenić gatunek fantastyki naukowej, który wcale nie musi być pustą rozrywką o kosmitach chcących za pomocą sztucznej inteligencji podbić ludzką cywilizację. Czekam więc z niecierpliwością na rozwikłanie tajemnicy jądra Kepplera 22b i wyjaśnienia, kim jest wężowe dziecko Matki.
Sensacje XX wieku (od 1983), reż. m.in. Bogusław Wołoszański
Bogusław Wołoszański potrafił zachęcić do zgłębiania historii nawet tych, którzy nie lubili tego przedmiotu w szkole, bo kojarzył im się z wykuwaniem na pamięć dziesiątek dat i niewiele znaczących opisów wydarzeń. To jednak jeden ze szczebli tej nauki, przez który trzeba być sprytnie przeprowadzonym, żeby móc zakochać się w arkanach głębszego wtajemniczenia.
Zrobić to może jedynie nauczyciel-mistrz. Niewielu się takich w życiu spotyka. Miałem to szczęście w liceum gdzieś na równi z Wołoszańskim oglądanym w telewizji i czytanym w postaci książek. Uzupełniali się z moim nauczycielem. Sensacje XX wieku od tak wielu lat pozwalają na poszerzanie horyzontów niezależnie od ograniczającej nas odgórnie narzucanej interpretacji historii. Chociaż raz w życiu wypada zobaczyć, jak pełna tajemnic może być to nauka i jak wielki jest w stanie mieć wpływ na nasze prozaiczne życie. Nawet charakterystyczna maniera Wołoszańskiego po kilku odcinkach stanie się jedynie tłem dla jego niesamowitych opowieści.
Janosik (1973), reż. Jerzy Passendorfer
Wszyscy zbóje Janosika już nie żyją. Byli to wspaniali aktorzy, jakich teraz ze świecą szukać wśród charakterystycznych osobowości naszej rodzimej kinematografii. Chociażby więc z tego względu, dla poszerzenia swojej wiedzy ogólnej o narodowym kinie, wypada znać Janosika.
Produkcja ta uczy, czym jest zaangażowanie emocjonalne w pisanie scenariusza, tworzenie autentycznych postaci, pisanie autorskiej muzyki, zamiast używania gotowych, zachodnich, często miałkich kompozycji, oraz jak wykorzystać proste motywy, złączyć je ze sobą, dopasować aktorów i wykreować niemal malarskie sceny pamiętane przez dosłownie całe życie. W dzisiejszych polskich serialach nie spotykamy już takiego zaangażowania.
Tuż za pierwszą dziesiątką znalazły się Czterdziestolatek, Zmiennicy, Policjanci z Miami oraz Kariera Nikodema Dyzmy.
