Publicystyka filmowa
POLSKIE WIDOWISKA HISTORYCZNE. #100latniepodległości
POLSKIE WIDOWISKA HISTORYCZNE to fascynująca podróż przez kinematograficzne dzieła, które łączą historię z monumentalnością i narodową tożsamością.
Pisząc o polskich widowiskach historycznych, nie sposób nie dostrzec pewnej prawidłowości. Zdecydowana większość filmów reprezentujących ten podgatunek (za oceanem znany jako epic film) powstała w latach 60. i 70. Wówczas władza, chcąc promować idee jedności narodowej i szeroko pojętej polskości, patrzyła przychylnym okiem na próby stworzenia monumentalnych dzieł dotyczących jakiegoś okresu z dziejów Polski. Nie bez znaczenia był też fakt sporej popularności filmów tego typu w kinie zachodnim. Pomimo przyzwolenia władz komunistycznych na tworzenie widowisk historycznych, wiele z nich nie do końca odpowiadało wyobrażeniom członków partii co do kina narodowego.
Tak czy owak, w bliższej bądź dalszej historii rodzimej kinematografii pojawiło się kilka mniej lub bardziej ciekawych dzieł, często będących adaptacjami tzw. literatury narodowej, które wpisywały się w podgatunek historycznego widowiska. Ramy tej gatunkowej odmiany są jednak dość płynne, dlatego określając, czy dany film można do niego zaliczyć, w niniejszym zestawieniu przyjąłem dwa główne kryteria. Po pierwsze, dość mgliste skądinąd pojęcie widowiskowości, rozumiane jako rozmach inscenizacyjny, w który wliczają się takie elementy jak kostiumy i scenografia z epoki, duża liczba aktorów i statystów oraz swego rodzaju podniosły nastrój całego dzieła.
Po drugie, silne osadzenie w realiach historycznych, nawet jeśli są one nieco modyfikowane (z tego względu w tekście nie pojawia się przykładowo wybitny Rękopis znaleziony w Saragossie, bardzo luźno traktujący temat historii). Oto subiektywny wybór polskich widowisk historycznych.
Podhale w ogniu (1955) reż. J. Batory, H. Hechtkopf
Film praktycznie zapomniany, mimo że to jeden z pierwszych barwnych obrazów naszego kina, stanowiący bardzo ciekawe podejście do tematu kina historycznego. Powodem tej niepamięci jest zapewne wyraźna, momentami wręcz nachalna ideologia sącząca się z ekranu. Podhale w ogniu powstało na zlecenie ówczesnej propagandy i opowiada o powstaniu chłopskim z roku 1651 dowodzonym przez Aleksandra Kostkę-Napierskiego.
Temat to zatem poręczny w forsowaniu wizji walki klasowej, ucisku chłopstwa przez szlachtę i dziejowej konieczności buntu. Trudno tu o jakąkolwiek subtelność czy wieloznaczność. Zresztą sama postać Kostki-Napierskiego jest niezwykle wyidealizowana — to odważny, pewny siebie i nieugięty lokalny heros. Pomimo wszystkich tych elementów film Jana Batorego i Henryka Hechtkopfa wyróżnia się na tle polskiej kinematografii tamtego czasu. Reżyserzy posługują się klasycznymi regułami opowiadania, dzięki czemu Podhale… ma doskonałą dynamikę akcji i wyraziste postaci; do tego dochodzi solidna realizacja, zwłaszcza scen zbiorowych i zbrojnych starć. Gdyby nie jawne upolitycznienie, nadal nieco psujące odbiór całości, Podhale w ogniu mogłoby być pierwszym w pełni udanym widowiskiem historycznym w Polsce.
Krzyżacy (1960) reż. A. Ford
Dzieło przełomowe w historii naszego kina, bo to pierwsze rodzime widowisko historyczne i w momencie swojego powstania największe przedsięwzięcie filmowe. Do tego był to pierwszy polski film panoramiczny oraz pierwszy zrealizowany z użyciem taśmy EastmanColor Kodak. Patrząc na skalę produkcji, aż trudno uwierzyć, że Krzyżaków udało się nakręcić zaledwie w ciągu roku. Premiera odbyła się dokładnie w 550. rocznicę bitwy pod Grunwaldem, a piętnastominutowa sekwencja tegoż starcia, nietypowo jak na owe czasy zrealizowana z użyciem licznych krótkich ujęć, jest najbardziej zapadającą w pamięć z całego filmu.
Wyjątkowe zaangażowanie twórców w produkcję obrazu oraz mediów (i władz) w jego promocję zdecydowanie się opłaciło — do dziś Krzyżacy są najchętniej oglądanym polskim filmem w historii, mogąc poszczycić się liczbą 32 milionów widzów. Co ciekawe, recenzje krytyków były podzielone. Jedni chwalili Aleksandra Forda i jego dzieło za niespotykany dotąd rozmach i staranność realizacyjną oraz aktorstwo, inni krytykowali fabularną naiwność oraz czarno-białą wizję świata, który jednoznacznie miał stwierdzać, że „my, Polacy, jesteśmy dobrzy, a oni, Niemcy, są źli”. Z dzisiejszej perspektywy widać, że Krzyżaków trochę naruszył już ząb czasu, ale nie sposób nie docenić przełomowości dzieła Forda.
Popioły (1965) reż. A. Wajda
Widowiskowa adaptacja powieści Stefana Żeromskiego była jednym z dwóch polskich filmów pokazywanych na festiwalu w Cannes w 1966 roku i wywołała niemało kontrowersji. Wiązało się to przede wszystkim z wymową dzieła, które, niejako przedłużając poetykę polskiej szkoły filmowej, przedstawiało problem zawiedzionych nadziei Polaków (w tym wypadku związanych z wojnami napoleońskimi), którzy biorą udział w kolejnych walkach o lepsze jutro, by ponosić niepowetowane straty. Po ukończeniu Popiołów Wajda wyrzucał sobie, że ostatecznie nie zdecydował się na kolorowe zdjęcia i trudno nie przyznać mu racji — chociaż filmowi nie można zarzucić braku inscenizacyjnego rozmachu, to przy niemal czterogodzinnym czasie trwania i specyficznym tempie narracji potrafi się trochę dłużyć, a czerń i biel nie działają na korzyść odbiorczego zainteresowania.
Popioły były pierwszą dużą rolą Daniela Olbrychskiego, który dzięki temu występowi zyskał ogromną sławę; poza nim pochwały zebrała zresztą cała obsada. Wajda poświęca dużo czasu ekranowego cierpieniu i klęsce, a czasem, jak to on, zawiera czytelne, dla niektórych dość nachalne, symbole. Niemniej Popioły pozostają jednym z największych przedsięwzięć polskiej kinematografii, dziś już odrobinę zapominanym.
Faraon (1965) reż. J. Kawalerowicz
Popioły otwierały canneński festiwal A.D. 1966, natomiast Faraon go zamykał. Adaptacja powieści Bolesława Prusa nie spotkała się jednak z takim zainteresowaniem jak wspomniany film Wajdy. Opowieść o fikcyjnej postaci Ramzesa XIII wyrosła na popularności widowiskowych filmów osadzonych w starożytności (gatunek nazywany peplum) i odczytywana była jako symbol ówczesnego konfliktu między państwem a Kościołem.
Faraon jest jednak w swej wymowie bardziej uniwersalny i konfrontuje idealizm i pragnienie sprawiedliwego działania ze skutecznością podejmowanych decyzji. Na tle rodzimej kinematografii jest to niezwykłe osiągnięcie pod względem przedstawianych realiów. Kawalerowicz doskonale wykreował nastrój osadzony gdzieś na pograniczu politycznego realizmu i staroegipskiego mistycyzmu, a szaro-złote kadry wzmagają to wrażenie. W roli tytułowej wystąpił Jerzy Zelnik, na ekranie partnerują mu między innymi Barbara Brylska czy Ewa Krzyżewska, a zdjęcia realizowano na trzech kontynentach. Do dziś to jeden z najbardziej oryginalnych wizualnie i tematycznie filmów polskiego kina.
Pan Wołodyjowski (1969) reż. J. Hoffman
Jerzy Hoffman rozpoczął ekranizowanie Trylogii od końca, bo, jak sam przyznał, w takiej kolejności ją czytał. Panem Wołodyjowskim reżyser udowodnił swój wyjątkowy talent nie tylko do przenoszenia na ekran polskiej literatury narodowej, lecz także inscenizowania wielkich widowisk. Realizacja pochłonęła zawrotną jak na owe czasy sumę 40 milionów złotych; do tego wybudowano monumentalną scenografię i zatrudniono setki statystów. Apogeum rozmachu inscenizacyjnego Hoffman osiągnie co prawda w Potopie, ale już opowieść o przygodach Michała Wołodyjowskiego wzbudza podziw.
Dużą część zasług w niemałym sukcesie filmu należy przypisać doskonałej obsadzie, chwalonej od momentu premiery aż do dziś. Tadeusz Łomnicki, choć miał już na koncie wiele świetnych występów, rolą charyzmatycznego, odważnego, ale też uczciwego „małego rycerza” na trwałe zapisał się w pamięci widzów. Aktorsko nie ustępują mu również pozostali członkowie obsady, wśród których znaleźli się m.in. Magdalena Zawadzka, Mieczysław Pawlikowski, Daniel Olbrychski, Jan Nowicki, Barbara Brylska i Marek Perepeczko. Filmowy Pan Wołodyjowski, mimo że ma już prawie 50 lat, praktycznie się nie postarzał.
Potop (1974) reż. J. Hoffman
Film dzierżący przez długi czas tytuł najdroższego w historii polskiego kina (105 milionów złotych budżetu) kręcono przez pięć lat. Zaangażowano tysiące statystów, wybrano dziesiątki planów zdjęciowych w Polsce, Białorusi i Ukrainie, zaangażowano historyków oraz pisarza Wojciecha Żukrowskiego do sprawowania pieczy nad scenariuszem. Jerzy Hoffman, chociaż nakręcił ponad pięciogodzinną epopeję, okroił tekst pierwowzoru, ale nie zatracił istoty sienkiewiczowskiego dzieła, dzięki czemu Potop został uznany za wierną adaptację. Rozmach produkcji i umiejętności reżyserskie Hoffmana do dziś mogą budzić niemałe uznanie, a słynna już scena pojedynku między Kmicicem (Daniel Olbrychski) a pułkownikiem Michałem Wołodyjowskim (Tadeusz Łomnicki) to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy pojedynek na szable polskiego kina historycznego.
Angaż Olbrychskiego wzbudził sprzeciw ze względu na jego rolę antagonisty w Panu Wołodyjowskim, Azji Tuchajbejowicza, ale koniec końców występ aktora spotkał się z wielką aprobatą, podobnie jak cały film (warto dodać, że Olbrychski nie korzystał z usług kaskaderów). W 2014 roku do kin weszła okrojona wersja Potopu o podtytule Redivivus, co nie spodobało się wielu widzom i krytykom.
Gniazdo (1974) reż. J. Rybkowski
Film, który – gdyby poświęcono mu odpowiednio dużo warsztatowej uwagi – mógłby stać się klasykiem podobnym do Krzyżaków. Gniazdo opowiada historię Mieszka I, w przededniu bitwy pod Cedynią przypominającego sobie wydarzenia, które doprowadziły do starcia. Film Jana Rybkowskiego ze scenariuszem Aleksandra Ścibora-Rylskiego pokazuje Mieszka i jego pobratymców jako rozdartych pomiędzy starymi, pogańskimi tradycjami i przyzwyczajeniami a chrześcijaństwem — nowym, nie do końca poznanym i przyjętym do pewnego stopnia dla korzyści.
Gniazdo mogłoby być filmem wybitnym gdyby przeznaczyło więcej czasu na przedstawienie postaci, zarysowanie ich charakterów i relacji. Rybkowski co prawda nie nudzi fabularnie, ale bohaterowie pozostają zbyt jednowymiarowi, by wczuć się w tę, skądinąd świetnie wykreowaną, atmosferę. Film, choć całkiem niezły i dość nietypowy w polskiej kinematografii, miał znacznie większy potencjał również za sprawą świetnej roli głównej Wojciecha Pszoniaka.
Kazimierz Wielki (1975) reż. E. Petelska, C. Petelski
Jak w Gnieździe opowieść o Mieszku I była zwięzła, osnuta wokół konkretnego wydarzenia, tak film Ewy i Czesława Petelskich jest jego przeciwieństwem. Kazimierz Wielki, opowiadający o życiu jedynego polskiego króla o tak wyjątkowym przydomku, wzbudza mieszane uczucia. Dzieło zrealizowano z niewątpliwą starannością inscenizacyjną, a wiele scen (między innymi bitwa pod Płowcami czy pojawienie się biczowników) potrafi oczarować.
Bohater filmu Petelskich z założenia miał być postacią wieloznaczną, o pogłębionej psychologii, co w większości się sprawdza, choć pierwsza połowa filmu miewa w tej kwestii kłopoty. Nieco większy problem stanowi fabuła, która chcąc szczegółowo przedstawić całą biografię króla, pozbawiona jest wyrazistego wątku głównego, a sama obecność postaci Kazimierza Wielkiego tego nie naprawia. Do tego dodać można tło polityczne — Petelscy nie ukrywali bowiem nawiązań ideologicznych swojego filmu, który wielu odczytywało jako analogię do władzy sprawowanej przez Edwarda Gierka oraz samego tematu podporządkowania się jednostki decyzjom państwa.
Choć dziś te polityczne odniesienia w Kazimierzu Wielkim nie rzucają się już tak w oczy, a sam film pozostaje całkiem udaną biografią wybitnego polskiego władcy, to brakuje tu nieco bardziej spójnej fabuły.
Ogniem i mieczem (1999) reż. J. Hoffman
W latach siedemdziesiątych w polskim kinie historycznym dominowały adaptacje literatury narodowej, natomiast po odzyskaniu niepodległości podobne im filmy znamiennie nazywano ekranizacjami lektur. Widać to wyraźnie w Ogniem i mieczem, ostatniej (a tak naprawdę pierwszej) części sienkiewiczowskiej Trylogii, której przeniesienia na ekran podjął się, a jakże, Jerzy Hoffman. Po prawie ćwierćwieczu od Potopu w oczy rzuca się jednak chęć dostosowania poetyki filmu do panujących również na Zachodzie trendów. Opowieść, której głównym bohaterem jest Jan Skrzetuski (Michał Żebrowski), okazuje się bowiem znacznie szybciej poprowadzona i pobieżniej potraktowana niż fabuła w epopejach z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Poetyka charakterystyczna dla kina tamtego czasu — szybka, widowiskowa, podniosła — sprawiła jednak, że wielu widzów, zwłaszcza młodszych, zaakceptowało tę wersję Ogniem i mieczem.
Quo vadis (2001) reż. J. Kawalerowicz
I znów Henryk Sienkiewicz, lecz tym razem nie Polska, a starożytny Rzym i nie Hoffman, a Kawalerowicz. Produkcja tego widowiska pochłonęła ponad 76 milionów złotych i do dziś pozostaje najdroższym przedsięwzięciem filmowym w historii Polski. Ogromny budżet nie sprawił jednak, że Quo vadis jednogłośnie obwołano sukcesem artystycznym. Wręcz przeciwnie, wielu krytyków i widzów stwierdziło, że film Kawalerowicza jest dowodem na to, iż w Polsce nie ma miejsca na historyczne superprodukcje.
Twórcom zarzucano choćby jawną sztuczność scenografii, zbyt powolne, niemal statyczne tempo, mdły wątek miłosny czy nierówne aktorstwo. Quo vadis ma oczywiście swoje plusy, bo kilka ról wypada naprawdę solidnie, a problemy władzy i religii potrafią zaintrygować. Nie było to jednak widowisko, którego publika oczekiwała. Adaptacja powieści Sienkiewicza do dziś stanowi ostatnią próbę stworzenia polskiej superprodukcji historycznej. Być może pamięć o średnio udanym Quo vadis jest jednym z czynników powstrzymujących twórców od powrotu do gatunku.
