PASJA. Analiza chrześcijańska

‘Gdy codziennie bywałem u Was w świątyni, nie podnieśliście rąk na mnie, lecz to jest Wasza godzina i panowanie ciemności.” (Łk 22, 53)
Owo „panowanie ciemności” jest, jak się wydaje, jednym z kluczy do zrozumienia podejścia Gibsona do tworzenia Pasji. To „ciemność” właśnie ciąży nad obrazem od pierwszych minut trwania seansu. Sugestywne zbliżenia na księżyc w pełni, to skrywający się za chmurami, to wyłaniający się zza nich, długie cienie drzew zalegające na ziemi, złowieszcze odgłosy ptaków nocnych: Pasja, jakkolwiek osobliwie by to nie zabrzmiało, rozpoczyna się niemal niczym gotycki horror. To wrażenie potęguje jeszcze pojawienie się osobowej formy Zła, Gibsonowskiej wizji samego Szatana, wyjątkowo wszak frapującej. To osobliwa postać, blada, o lodowatym wzroku, jakby pozbawiona płci (choć zagrana przez kobietę, Rosalindę Celentano), niemal odhumanizowana. Słowa wypowiada głosem wręcz beznamiętnym, acz budzącym niepokój. Zjawia się właśnie wtedy, gdy Jezus modli się, błagając o to, by owe straszne cierpienie mogło go ominąć („Ojcze, jeśli to możliwe, zabierz ode mnie ten kielich”) i wystawia go na próbę – nie ideologiczną jednak, lecz emocjonalną. Czyni to, co czyni ze zwykłymi ludźmi – stara się zasiać zwątpienie w sercu, złamać ducha („Nikt nie zdoła unieść ciężaru wszystkich grzechów. Jest zbyt wielki. To niemożliwie. Nie. Nikt. Nigdy.”).
„Ciemność” nie rzednie ani odrobinę, również gdy noc przemienia się w dzień. Caleb Deschanel, znakomity amerykański operator filmu, nie tylko tworzy wizualne kompozycje wysublimowane i bogate niczym malarstwo (fenomenalnie sfilmowana sekwencja modlitwy Jezusa w Ogrójcu przychodzi na myśl jako pierwsza), ale i perfekcyjnie operuje intensywnym kolorem, od ciemnego, metalicznego granatu i czerni płynnie przechodząc do krwistej czerwieni i jadowitej żółci. Wizualnie więc film się „rozjaśnia”, jednak duchowy i klimatyczny mrok jeszcze gęstnieje; podczas procesu Jezusa przed Sanhedrynem i późniejszego przyprowadzenia Go przed oblicze rzymskiego namiestnika Judei, Poncjusza Piłata, nastroje wśród podburzanego przez faryzeuszy ludu stają się coraz gwałtowniejsze – tłum jest żądny krwi. Podczas długiej, detalicznie filmowanej sekwencji biczowania brutalność osiąga poziom niezwykle rzadko spotykany w mainstreamowym kinie (niektórzy krytycy niebezpodstawnie zestawiali wizję Gibsona z tym, co oferuje kino gore czy nawet snuff). Nie ogranicza się jednak ona „jedynie” do prezentowania hektolitrów krwi zalegającej na bruku czy fragmentów ciała wyszarpywanych poprzez uderzenia kańczugiem. Gibson szokuje widza również poprzez oddziaływanie zabiegami o naturze stricte emocjonalnej – zbliżenia na narzędzia tortur, twarze katów o opętańczym wyrazie, ich spazmatyczne śmiechy podczas nakładania Jezusowi korony cierniowej oddziałują na widza nie mniej niż kolejne razy zadawane ofierze, ukazywane w zwolnionym tempie.
Przeciwnicy takiego podejścia Gibsona zwracali uwagę na skłonności reżysera do detalicznego prezentowania okrucieństwa, obecne również w innych jego filmach, takich jak Braveheart czy późniejsze Apocalypto, na to, iż uniwersalne idee chrześcijańskie pozostają w cieniu wszechobecnej fizycznej brutalności czy groteskowej wręcz przemocy. Zwolennicy wskazywali na historiograficzny realizm tych zabiegów, wiarygodnie prezentujący obraz Męki Pańskiej. Nie ulega wątpliwości, iż koordynowanie i wykonywanie kar tak okrutnych jak biczowanie flagrum czy krzyżowanie wymagało wyjątkowych pokładów brutalności, sadyzmu, czy – z perspektywy współczesnych realiów kulturowych – skłonności wręcz psychopatycznych. Gibsona nie zajmuje jednak zdrowie psychiczne katów, lecz aspekt moralny i teologiczny ich działania. Znany ze swych ortodoksyjnie katolickich przekonań reżyser wydaje się nie mieć najmniejszych wątpliwości, iż do okrutnych cierpień, jakie stały się udziałem Chrystusa, doprowadziły nie tylko ziemskie siły. W oczach oprawców, w wypowiadanych przez nich słowach, w wyjątkowej gorliwości, z jaką wykonują oni wyrok, kryje się coś więcej, niż pospolita agresja i prymitywne okrucieństwo; owo „panowanie ciemności” właśnie. Gibson nie pozostawia nam wątpliwości co do natury rzeczonej przemocy: gdy Chrystus jest biczowany, wśród obserwującego masakrę tłumu dostrzega Szatana, najpierw przechadzającego się za plecami ludzi, potem zaś trzymającego w ramionach dziwaczne, odrażające w swym starczym wyglądzie „dziecko”. Wizja ta jest swoistą perwersyjną aluzją do tradycyjnych przedstawień Madonny z Dzieciątkiem. „To zło, które pragnie wypaczyć to, co dobre” –stwierdza sam Gibson, „Czy istnieje coś piękniejszego i czulszego niż matka przytulająca swoje dziecko? Zatem Szatan sięga po ten obraz i przedstawia go w wykoślawionej formie”. Ta niemal surrealistyczna scena uderza widza ze zdwojoną siłą, właśnie wtedy, gdy jest już wyczerpany widokiem okrutnej chłosty. Owa specyficzna Gibsonowska wersja Zła towarzyszy zresztą odbiorcy w trakcie trwania całego seansu – podczas Drogi Krzyżowej i tuż po jej zakończeniu, a także wtedy, gdy nieszczęsnego Judasza dręczą demoniczne zjawy, niczym upostaciowione wyrzuty sumienia, doprowadzając w końcu do jego samobójstwa. W przeciwieństwie do bardziej typowych przedstawień pasyjnych, film ani na chwilę nie pozwala nam zapomnieć o tym, iż pragnąc nas zbawić Chrystus musiał nie tylko przeżywać ogromne cierpienia fizyczne i nieść ciężar naszych grzechów, ale również mierzyć się z potęgą owej „ciemności” właśnie, dla której jego ofiara stanowiła wielką porażkę.
Podobne wpisy
Sam Jezus zresztą w jednej z siedmiu pamiętnych mów na krzyżu, „Przebacz im, Ojcze, bo nie wiedzą, co czynią”, zdaje się nie tylko przynosić przykład doskonałej miłości i przebaczenia, ale też po raz kolejny sugerować, iż straszliwy czyn jego oprawców zainspirowany był czymś o wiele potężniejszym, niż tylko ich własna brutalność. Pod tym względem wizji Gibsona nie da się przecenić: w świecie współczesnym, którego relatywistyczne podejście do wszystkiego zatarło granice pomiędzy Dobrem i Złem w ludzkim postrzeganiu, przypomina o tym, co jest podstawą nie tylko chrześcijaństwa, ale i niemal każdej z wiar. Nie pozostawia złudzeń, iż Zło w istocie istnieje, głęboko duchowe, nieoczywiste Zło, które pod różnymi fałszywymi postaciami ukrywa się, by bezwzględnie wykorzystywać nasze własne słabości.