Connect with us

Publicystyka filmowa

OSCAROWE POMYŁKI

Wpadki i przeoczenia Amerykańskiej Akademii Filmowej

Published

on

OSCAROWE POMYŁKI

Oscary to – mimo coraz bardziej problematycznej jakości nagradzanych filmów – nadal jedne z najgorętszych, a przez to także najważniejszych wyróżnień świata filmu. Nic zatem dziwnego, że choć ich oglądalność spada, one same wciąż wywołują sporo emocji u miłośników dziesiątej muzy. Rokrocznie daje się więc słyszeć jęk zawodu i narzekanie na to, że kogoś pominięto w nominacjach; że statuetka powinna w tym sezonie powędrować do kogoś innego, albo też, że ktoś został bezczelnie ze „swojego” Oscara „okradziony”. Zanim poznamy zwycięzców 89. gali wręczenia nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej za rok 2016, oto niesławne przykłady niezrozumiałych wyborów (lub ich braku) z bliższej i dalszej historii owych laurów. Przy czym zamiast na pojedynczych przypadkach/nazwiskach/tytułach, na tapecie raczej poszczególne kategorie i zjawiska wraz z przyległościami…

Advertisement
ŚWIĄTECZNY KSIĄŻĘ: KRÓLEWSKIE DZIECKO. Idealny żenujący film na Gwiazdkę

Rysunek autorstwa Larsa Leetaru

Miłość (nie zawsze) zwycięża wojnę

W prawdziwym życiu hasło „make love not war” z pewnością jest pożądane. W kontekście Oscarów jednak – które same w sobie są wszak wojną… o głosy – rzecz nie ma się tak różowo. Kiedy więc Zakochany Szekspir do spółki z Życie jest piękne pozbawiały militarne freski Spielberga i Malicka – Szeregowca Ryana i Cienką czerwoną linię – najważniejszych statuetek, ofiar niedowierzania było aż nadto. Zwłaszcza szekspirowska farsa budziła obiekcje. Oscary na rzecz podobnie kolorowej konkurencji traciły także Pianista (nie mylić z Pianistką) i Wróg numer 1. Z kolei legendarna Wielka ucieczka otrzymała zaledwie jedną nominację – za… montaż. A jeden z największych wojennych romansów wszech czasów, Doktor Żywago, pomimo wygrania w pięciu pośrednich kategoriach, można uznać za wyjątkowo pechowy (szczególnie w kontekście nieodżałowanego Omara Sharifa, który już wcześniej, także będąc częścią rewolucji, nie miał szczęścia do tej nagrody, a potem… nie miał już okazji do niej pretendować).

Z drugiej strony Kathryn Bigelow – reżyserka Wroga… – tryumfowała uprzednio dość kontrowersyjnie swoim The Hurt Locker, quasi-wojenny Tańczący z Wilkami dla wielu widzów niesłusznie wygrał z Chłopcami z ferajny, toczący się w trakcie wojny Angielski pacjent pozbawił laurów między innymi Fargo, a podczas pierwszej ceremonii w historii wygrały przecież Skrzydła, czyli historia lotników I wojny światowej.

O takich tytułach jak Pluton, które pojawiły się w międzyczasie, nie wspominając. Każdy kij ma zatem dwa końce, acz nie ulega wątpliwości, że z niektórych przegranych bitew do dziś trauma pozostała…

Advertisement

Resocjalizacja na cenzurowanym

Aktorskie kariery URATOWANE przez NETFLIKSAOczywiście nie od zawsze. Jak pokazują przykłady z dalszej przeszłości – Nieugięty Luke, Midnight Express czy Ptasznik z Alcatraz (który nic nie wygrał tylko przez wzgląd na naprawdę mocarną konkurencję) – Akademia potrafi przychylnym okiem patrzeć na przebywających po drugiej stronie krat (anty)bohaterów. Ta sympatia rozbija się jednak o ścianę, kiedy wspomnieć mistrzostwo Franka Darabonta.

Twórca dwukrotnie i z olbrzymim sukcesem przeniósł na duży ekran więzienną prozę Stephena Kinga. Jednak ani wspaniali Skazani na Shawshank, ani chwytająca za serce Zielona mila nie zamieniły żadnej ze swoich jedenastu nominacji na rycerskie złoto. Zwłaszcza ten pierwszy, niezmiennie okupujący od tamtej pory szczyty wielu prestiżowych list wszech czasów oraz prywatne „topy” widzów, wydaje się wręcz zaprzeczać trafności wyborów AMPAS-u (i nie pomaga nawet fakt, że wygrał wtedy Forrest Gump). Zresztą od tamtej pory tego znakomitego reżysera kino niespecjalnie rozpieszcza, o wyróżnieniach nie wspominając.

Mistrz czy amator?

Kategoria drugiego planu aktorskiego to prawdziwa sinusoida, zwłaszcza gdy przyjrzeć się jej bliżej. Wszak co jak co, ale tytuł do czegoś zobowiązuje i nominowany aktor/-ka powinien w swojej kreacji naprawdę błyszczeć, przykuwać uwagę, magnetyzować – nawet jeśli ma jedynie parę minut czasu ekranowego, niekiedy być może jedną tylko scenę. Jakie było więc zdziwienie, kiedy to nie Ralph Fiennes, nie Pete Postlethwaite i nie młody Leonardo DiCaprio, lecz Tommy Lee Jones za rolę w Ściganym cieszył się statuetką.

Advertisement

Rok wcześniej podobne wątpliwości towarzyszyły nagrodzeniu uroczej Marisy Tomei, która wcielając się w Monę Lisę Vito w czysto rozrywkowym Moim kuzynie Vinnym, ubiegła o wiele ambitniejsze występy Vanessy Redgrave i Mirandy Richardson (o sławnych bez Oscara, w ramach uzupełnienia listy, można dodatkowo przeczytać TU i TAM).

O ile jednak te dwie kreacje potrafią się obronić, gdyż bez względu na wartość artystyczną danych filmów faktycznie błyszczą na tle pierwszoplanowych kolegów, o tyle oglądając takie Spotlight, w którym Rachel McAdams praktycznie nie istnieje, wątpliwości względem choćby otrzymania przez nią nominacji mnożą się same. Podobne przykłady również. Lupita Nyong’o dostała niedawno swojego Oscara właściwie za kolor skóry i temat Zniewolonego, Christoph Waltz ograbił konkurencję, grając w Django po prostu… drugi raz to samo. Tryumfująca w tymże roku Anne Hathaway na tle swoich koleżanek wydaje się słabym żartem – tak samo jak Jennifer Connelly w 2001 roku – a nominacja dla Kathy Bates za Schmidta wynikała chyba tylko i wyłącznie z docenienia niezwykłej… odwagi aktorki (kto widział film, ten wie – kto nie widział, został właśnie uprzedzony).

Advertisement

Moda na sukces

Nie, Amerykańska Akademia Filmowa nie nagradza seriali… jeszcze (choć w latach sześćdziesiątych ozłociła radziecką Wojnę i pokój, która podzielona była na części i w USA wyświetlana właściwie jako miniseria). Łatwo ulega jednak wszelakim trendom i modom oraz niezwykle czuła bywa na uderzanie w nostalgiczne tony. Dowodem tego nie tylko tegoroczne czternaście nominacji (!!!) dla La La Land, ale i wcześniejsze, dla wielu niezrozumiałe pochody Artysty lub Slumdoga – być może nie jedynie błahych wydmuszek, jak sądzą ich przeciwnicy, ale z pewnością filmów zachwycających głównie formą, która odwołuje się do konkretnych epok, przebrzmiałych gatunków oraz egzotycznych stylistyk (polska Ida to także dobry przykład). Nie dziwne zatem, że Oscary dla analogicznych „patrzydeł” zawsze były, są i będą dyskusyjne.

Jeszcze większy spór wydaje się dotyczyć reagowania przez oscarowe gremium na społeczne problemy i drażliwy kontekst poprawności politycznej, co daje się odczuć zwłaszcza teraz, w dobie internetu. Kiedyś to działało, gdyż miało ręce i nogi, a takie filmy jak Wożąc panią Daisy czy Wszyscy ludzie prezydenta na stałe weszły do historii, stając się arcydziełami w swojej klasie. Niestety dziś przeważa raczej swoista pokuta za grzechy przeszłości, przynosząca z reguły wątpliwe laury między innymi wspomnianemu już Zniewolonemu czy zdecydowanie ciekawszemu, ale też niewychodzącemu powyżej prostej solidności Crash – Miasto gniewu. Żaden z nich ostatecznie nawet nie zbliżył się do miana współczesnej klasyki.

Advertisement

Nie ulega wątpliwości, że filmom tym oraz rozgłosowi wokół nich polityka oraz tak zwane dobre chęci jedynie szkodzą. A o wiele lepszym konkurentom, których przez lata narosło, bezmyślnie odbierają zasłużone laury – również i w pomniejszych kategoriach, które dla części z nominowanych są niekiedy jedyną szansą na spędzenie chwili w świetle reflektorów. To z kolei sprawia, że żarty o tym, iż aby otrzymać Oscara, należy wystąpić w biografii czarnoskórego, na wpół niewidomego kaleki i alkoholika z samobójczymi skłonnościami, który wraca z wojny tylko po to, aby dowiedzieć się, że jego dzieci zginęły w strasznym pożarze, a żona wyszła w międzyczasie za jego siostrę, która uprzednio zmieniła płeć, nigdy się nie zestarzeją.

Efekty specjalnie się nie składają

Wizualne triki to chyba najbardziej ekscytująca z tak zwanych technicznych kategorii (no bo serio, kogo interesuje montaż dźwięku?!). Co ciekawe, w takiej czy innej formie istnieje ona niemalże od samego początku – kiedyś były to „efekty inżynieryjne”, potem „specjalne” (nazwa oficjalnie wciąż używana w języku polskim), a od lat sześćdziesiątych „wizualne”. Żeby nie było, to również jedna z najbardziej sprawiedliwie przyznawanych w branży statuetek, które rokrocznie wędrują do ludzi potrafiących wykreować prawdziwe kamienie milowe w tej dziedzinie. Jeśli pomyślicie o jakimś przełomowym efekcie – nie tylko komputerowym – to przypuszczalnie otrzymał on Oscara, chociażby honorowego.

Advertisement

Ale i tu zdarzają się wpadki, z których tą największą pozostaje bez dwóch zdań seria o Autobotach. Jakkolwiek można gardzić fabularnie dzieckiem Michaela Baya, to chyba nikt nie jest w stanie zaprzeczyć, że efekty stoją w tych filmach zawsze na najwyższym możliwym poziomie (w przeciwieństwie do scenariuszy). Licząca sobie już pięć filmów saga Transformers nominowana była co prawda tylko dwukrotnie, ale za każdym razem przegrywała z wątpliwej jakości tworami do kina stricte familijnego – troskliwymi misiami ze Złotego kompasu (który własnych sequeli się ostatecznie nie doczekał) oraz nostalgicznymi widokami Paryża w Hugo. To nadal najbardziej radykalne przykłady „siary” w danym temacie. Dodatkowo wyolbrzymione niejako faktem, że kino science fiction w ogóle nie cieszy się przesadną popularnością wśród, ekhm, członków Akademii. W przeciwieństwie do…

Taniec z gwiazdami

Musicale to zdecydowanie ulubieńcy wśród ulubieńców. Jasne, gdyby zacząć bawić się w czyste statystyki, to z pewnością okazałoby się, że rasowe dramaty i komedie są i tak najczęstszymi bywalcami czerwonego dywanu. Ale wśród pozostałych gatunków to właśnie filmy muzyczne wiodą prym – szczególnie jeśli idzie o zwycięzców. Dowód? 1929, 1936, 1944, 1951, 1958, 1961, 1964, 1965, 1968, 2002 – to lata, w których filmem roku ogłaszano właśnie musical. A mowa tutaj jedynie o jednej, finalnej kategorii. Gdyby doliczyć do niej wszystkie pozostałe nagrody i nominacje do Złotych Rycerzy, trzeba by było sięgnąć zapewne po kalkulator, żeby się nie pogubić w matematyce.

Advertisement

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, czyli okresie Złotej Ery Hollywood, nawet tak zwane kino sandałowe (sławetny Ben-Hur i spółka) i dramaty sądowe nie miały takiego wzięcia u Akademików i Akademiczek. Dopiero w latach siedemdziesiątych Amerykanie poczuli przesyt gatunku, co, paradoksalnie, odbiło się negatywnie na jednym z najciekawszych jego reprezentantów – Całym tym zgiełku z rewelacyjnym Royem Scheiderem, któremu iście telenowelowa Sprawa Kramerów dosłownie pokazała środkowy palec.

Za prawdziwe kuriozum uznać należy jednak szał na francuskie Parasolki z Cherbourga – europejskie opus magnum gatunku w 1965 roku AMPAS nominował w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny, a rok później… w czterech kolejnych. Cytując klasyka: To jest Sparta!

Advertisement

Play it again, Sam

Odkąd pojawił się na ekranie dźwięk, Akademia ma nie lada zagwozdkę, jak ugryźć kategorię muzyczną, nie gubiąc się w swoich własnych regułkach. Dość napisać, że przez te wszystkie lata nagroda za najlepszą ścieżkę dźwiękową przechodziła najwięcej zmian. W zależności od dekady dzielono ją na:

  • komedie i musicale oraz dramaty;
  • musicale oraz komedie i dramaty;
  • musicale oraz wszystko inne;
  • muzykę jako taką oraz ilustrację oryginalną;
  • muzykę oraz tak zwany song score (czyli ilustrację składającą się głównie z piosenek bądź ich aranżacji);
  • muzykę oryginalną oraz adaptowaną (z już istniejącego materiału);
  • muzykę oryginalną oraz częściowo oryginalną.

    ..

Na dobrą sprawę zabrakło jedynie podziału na czerń i biel oraz kolor, jak to swego czasu kultywowano w wielu kategoriach technicznych. Mało tego! Do 1946 roku obowiązywały w tej kwestii aż… trzy odrębne kategorie, które pojedynczo potrafiły pomieścić nawet – bagatela! – dwadzieścia jeden nominacji. Istne Mission: Impossible, zważywszy na ciągle zmieniające się reguły gry, względem których co roku odpadają kolejne ścieżki dźwiękowe, niekiedy naprawdę niebanalne.

Wystarczy, że gdzieś na soundtracku zaplącze się piosenka bądź utwór innego kompozytora, albo że oryginalne nuty zostaną uzupełnione fragmentami źródłowymi lub muzyki tradycyjnej i pozamiatane – dyskwalifikacja! Jej ofiarą padł w tym roku chociażby Nowy początek, w końcówce którego pojawia się kompozycja Maxa Richtera. Na podobnej zasadzie Akademia powiedziała „sayonara!” Milczeniu Scorsesego (choć tam akurat muzyki było tyle, co kot napłakał). Szacowne gremium wycofało ze stawki także Ojca chrzestnego (rok później nagrodzono w zamian część drugą widowiska). Nie przeszkadzało mu już jednak nagrodzenie dwa lata z rzędu Gustavo Santaolalli, choć jego muzyka do Babel jawnie łamie dokładnie te same zasady.

Advertisement

Idziemy dalej. Biały kanion, Spartakus, El Cid, Kleopatra, Różowa Pantera, Patton, Papillon, Chinatown, Superman, Dni niebios, pierwszy kinowy Star Trek, Imperium kontratakuje, Człowiek słoń, Misja, Aliens, Rain Man, Nietykalni, Imperium słońca, którykolwiek Indiana Jones, Braveheart, Nagi instynkt, Apollo 13, Faceci w czerni, Książę Egiptu, Gladiator, Cienka czerwona linia… – to tylko część pamiętnych ilustracji muzycznych, których twórcy musieli obejść się smakiem, często ustępując wyjątkowo nijakim konkurentom.

Lista arcydzieł, które nawet nie zostały nominowane (Łowca androidów!), byłaby zapewne dwa razy dłuższa. I podczas gdy na swoją pierwszą – w dodatku honorową – statuetkę Ennio Morricone czekać musiał kilka dekad, wcześniej nie odmówiono jej na przykład… Prince’owi.

Advertisement

Dwukrotnie jednak Amerykańska Akademia sięgnęła przysłowiowego dna – raz w 1973 roku, kiedy to po dwudziestu latach od premiery nagrodziła Światła rampy Charliego Chaplina, bo akurat miało swoją premierę w Los Angeles (myk ten przebiły niedawno dopiero rodzime Orły, przyznane Czesławowi Niemenowi za dokument Sen o Warszawie… jedenaście po śmierci artysty, o którym dany film prawi). I drugi raz, kiedy w 2006 postanowiono nagrodzić trzech… gangsterów za ich rapowaną Odę do alfonsa (It’s Hard Out Here for a Pimp) z filmu Pod prąd (oryg. Hustle & Flow).

Hello, Bonjour, Aloha, Ciao, Olá, Ahoj!

Kategoria najlepszego filmu nieanglojęzycznego istnieje od 1956 roku (wygrała wtedy La Strada) i trzeba przyznać, że stanowi przyjemny ukłon Amerykanów dla reszty świata. Ale nic więcej. I tak powinno pozostać, wszak Oscary to nagrody jankeskiego przemysłu filmowego dla własnych twórców, których nie brakuje. Niestety bardzo szybko ten podział zaczął się rozmywać i filmy zagraniczne często mieszają w innych kategoriach, w których wydają się być zwykłymi zapchajdziurami, a ich obecność w głównej stawce to niejednokrotnie sztuczne rozszerzanie konkurencji oraz marnotrawstwo miejsca (zwłaszcza znając zamiłowanie Amerykanów do czytania napisów).

Advertisement

Jasne, Emmanuelle Riva była świetna w Miłości, ale od początku było wiadomo, że ktoś pomylił tutaj strony oceanu. Jeszcze bardziej dziwiła nominacja dla Fernandy Montenegro za Dworzec nadziei. Serca widowni podbił tańczący na krzesłach Roberto Benigni – notabene jeden z niewielu zwycięskich przykładów – ale i on przypominał wyjętego z innej bajki królewicza. Bukmacherów z kolei o zawał z pewnością przyprawił Przyczajony tygrys, ukryty smok, który wbił się w amerykańską wyobraźnię na początku XXI wieku tylko dlatego, że jednym z koproducentów filmu było studio Sony.

Fanny i Aleksander, Okręt, Wujaszek z Ameryki, Twarzą w twarz, Siedem piękności Pasqualino – to mniejsze lub większe (arcy)dzieła z lat wcześniejszych, które z kolejnych gali robiły groch z kapustą. Najbardziej boli w tym wszystkim jednak to, że Amerykanie byli w swojej miłości dla „obcych” strasznie monotematyczni.

Advertisement

Kurosawa, Fellini, Lelouch, Truffaut, De Sica, Rossellini, Rohmer i od czasu do czasu Costa-Gavras to główni twórcy, którzy niemal zawsze mogli liczyć na poklask AMPAS-u. Tak jakby nie liczyła się jakość nominowanych filmów, tylko sama obecność uznanych marek. Francja, Italia, Japonia, Szwecja i Niemcy to więc kraje, do których USA wyciągało rękę najczęściej, a nominacje dla nich były niekiedy mocno enigmatyczne. Polacy na tej liście bywali rzadko – poza fazą na Kieślowskiego (którego i tak mylono zapewne z twórcą francuskim), docenieniem roli Idy Kamińskiej w czechosłowackim Sklepie przy głównej ulicy i nominacją dla Agnieszki Holland za scenariusz do Europa, Europa pozostawaliśmy w bezpiecznej strefie „jedynej właściwej” kategorii.

Najlepszy film animowany: Disney

Wystarczy napisać, że sam Walt zdobył za życia dwadzieścia dwa Oscary, a nominowany był aż pięćdziesiąt dziewięć razy – rekord, którego nikt nie pobił do dzisiaj (inna sprawa, że większość z tych laurów spłynęła na mistrza za krótki metraż). Studio Disneya doliczyć sobie może drugie tyle nagród, które rozkładają się mniej więcej po równo na kategorie muzyczne (score i piosenka, gdzie prym wiodą odpowiednio Alan Menken i Randy Newman, którzy razem mają na koncie dziesięć statuetek, nie zawsze sprawiedliwych) oraz właśnie dla najlepszej animacji.

Advertisement

Już w 1939 roku, po premierze Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków, Akademia zmuszona była wykuć Disneyowi specjalną nagrodę (a konkretniej jeden duży i siedem małych Oscarków). Z kolei w latach dziewięćdziesiątych – czyli największej świetności studia, kiedy w parze z porywającą techniką szły nieprzeciętne fabuły – doszło nawet do tego, że Piękną i Bestię nominowano do filmu roku! Historyczny precedens, który dwie dekady później powtórzył Odlot stworzony wespół z Pixarem.

Od momentu, w którym dla animowanych cudów wyodrębniono jednak osobną kategorię – a był to rok 2001 – laureatami ogłaszany jest właściwie tylko Disney albo Pixar (który do Disneya i tak już należy, więc wszystko zostaje w rodzinie). Zaledwie parę razy udało się wyrwać Akademii z tej rutyny – i to pomimo faktu, że z roku na rok coraz więcej, coraz lepszych animacji z całego świata zostaje nominowanych do Oscara. Cóż jednak z tego, skoro ich twórcy własnego Oscara mogą sobie co najwyżej.

.. narysować. I o ile nie raziło to w momencie, gdy Disneyoxar faktycznie prezentował nową jakość, przekraczał bariery (choć przegrana Katedry z Czub-Czubami w kategorii krótkometrażowej boli do dziś), o tyle od ładnych paru lat laury zbierają strasznie przeciętne i, co gorsza, mocno infantylne baje tego studia. Zupełnie tak, jakby całą sprawę załatwiało wciśnięcie jednego, czerwonego guziczka…

Advertisement


10 na 10, czyli o 5 za dużo

Oscary kojarzą się głównie zawsze z piątką nominowanych – przynajmniej w głównych kategoriach, gdyż te pomniejsze potrafią niekiedy ograniczać się nawet i do zaledwie dwóch pozycji. W latach trzydziestych i czterdziestych poprzedniego stulecia pretendentów do nagrody głównej było jednak nawet i dziesięciu. Procederu tego zaprzestano – słusznie zresztą – tuż po wojnie i od tego czasu prestiż Złotych Rycerzy jedynie wzrósł. Niestety w 2010 roku postanowiono odkopać pomysł.

Advertisement

Skutkiem tego o Oscara dla najlepszego filmu roku biły się takie przeciętniaki jak Wielki Mike, Była sobie dziewczyna, Hej, skarbie, W chmurach, Wszystko w porządku, American Hustle, Tajemnica Filomeny, Selma, Boyhood, Most szpiegów, Spotlight, Marsjanin, tegoroczne Ukryte działania i Moonlight, czy nawet Avatar oraz ostatni Mad Max – filmy nawet jeśli dobre lub bardzo dobre, to z całą pewnością nie oscarowe.

Produkcje, które normalnie zwyczajnie nie miałyby szans się załapać do walki o złoto. Ktoś powie, że to chyba dobrze, jeśli okazję do wypłynięcia dostają również maluczcy. Sęk w tym, że bardziej niż w ilość (oraz długość, wszak gala do najkrótszych i tak już nie należy) powinno się celować w jakość. Pozostaje zatem liczyć, że szacowna Akademia znowu zrewiduje swój regulamin – im szybciej, tym lepiej.

Advertisement

Bonus: bezpieczeństwo statuetek

Sprawa wcale nie taka oczywista. Oscary „znikały” już bowiem kilkukrotnie w swej blisko dziewięćdziesięcioletniej historii. W 2002 roku tego „zaszczytu” dostąpił Złoty Rycerz należący do Whoopi Goldberg, która wysłała go na drobny retusz i wkrótce dowiedziała się, że wyparował on z zapieczętowanego transportu. Statuetka odnalazła się parę dni później w… koszu na śmieci.

W miejskich odpadach poniewierało się również większość z pięćdziesięciu pięciu Oscarów, które dwa lata wcześniej skradziono z załadunku dosłownie na moment przed ceremonią, co wywołało burzę w mediach, a wytwórcom statuetek zbiło sen z powiek (ponoć potrzeba aż trzech miesięcy, by wyprodukować pięćdziesiąt sztuk). Sprawców złapano i skazano (bynajmniej nie na oglądanie Shawshank), a odzyskane statuetki zniszczono, bo „nie wypadało rozdawać skradzionego dobra” (cytat jak najbardziej prawdziwy). Jeszcze jedną z brakujących odzyskano przypadkiem dopiero w 2003 roku, w trakcie. .. narkotykowego nalotu (uwzględni to remake Scarface?). Dwóch jednak nadal brakuje – obserwujcie zatem ebay!

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *