search
REKLAMA
Zestawienie

Oceniamy WSZYSTKIE filmy z serii JAMES BOND

James Bond powrócił w 25. odsłonie – oceniamy wszystkie z nich.

REDAKCJA

3 października 2021

REKLAMA

Żyj i pozwól umrzeć (1973)

Jacek Lubiński: Ósmy film i jednocześnie pierwszy Bond Rogera Moore’a to jedna z mocniej stąpających po ziemi odsłon 007, mimo oscylowania wokół tajemniczej religii voodoo (szkoda, że niewykorzystanej w pełni). Jak zwykle nie brakuje głupot lub przegiętych akcji, ale całość po latach trzyma tempo, fason i styl, a solidna obsada aktorska nie pozwala się nudzić. Świetny jest klimat, mocno osadzony w amerykańskich plenerach i pachnący ichnim kinem sensacyjnym à la Brudny Harry (Bond używa tu Magnum, a główną rolę proponowano zresztą m.in. Clintowi Eastwoodowi). Na wskroś wyjątkowa pozostaje również ścieżka dźwiękowa, której po raz pierwszy nie skomponował John Barry (w owej chwili niedostępny), lecz George Martin – legendarny producent i aranżer znany z długotrwałej współpracy z Beatlesami. Słynną „czwórkę z Liverpoolu” reprezentuje też Paul McCartney, który napisał i wykonał energiczny szlagier tytułowy. Wisienką na torcie pozostaje z kolei młodziutka Jane Seymour i zgrabne nawiązanie do korzeni Bonda (Jamajka, syn Quarrela). Szkoda jedynie idiotycznego finału, któremu daleko do satysfakcjonującego, oraz rujnującego często powagę sytuacji humoru, który odtąd będzie się jedynie nasilał.

Filip Pęziński: Od lat przymierzany do roli Roger Moore w końcu przejmuje status agenta 007 i będzie z tą kreacją kojarzony przez prawie całe lata 70. i 80. Chociaż Moore sam świadome wybrał drogę dużo bardziej zabawnego i lekkiego podejścia do postaci od tej, którą proponował Sean Connery, to rzeczywiście Żyj i pozwól umrzeć jest filmem dość mocno (chociaż oczywiście w ramach konwencji) stąpającym po ziemi, co wynikać może z wyraźnej inspiracji kinem blaxploitation. Właśnie afroamerykańskie i afrykańskie motywy czynią tę odsłonę przygód Bonda bardzo charakterystyczną, podobnie jak znakomity utwór tytułowy autorstwa Pala McCartneya i zjawiskowa Jane Seymour.

Człowiek ze złotym pistoletem (1974)

Jacek Lubiński: Nie ulega wątpliwości, że nie każda z 25 misji 007 jest w stanie obronić się w świadomości widza czymś więcej niźli pojedynczymi detalami. Do takich bez wątpienia należy zaliczyć Człowieka…, z którego na dobre zapisał się w annałach jedynie tytułowy bad guy i jego rekwizyt. Oczywiście fabuła proponuje nam także kilka innych smaczków, jak chociażby roztrzepaną pannę Dobranockę, karła pomagiera, trzeci sutek (!) oraz słynne salto autem przez rozwalony most. Te detale zadowolą jednak głównie największych fanów Bonda i nie są w stanie ukryć przeciętności całego filmu, który tym razem zatracił nawet swój muzyczny atut. Barry, dla którego była to tym samym 007. z kolei ilustracja serii (nie licząc problematycznego Dr. No), poczuł zmęczenie materiału i napisał muzykę wyjątkowo odtwórczą, miejscami wręcz nijaką. Ale czy można go winić za brak inspiracji tą wyjątkowo letnią przygodą? Niewykorzystany potencjał.

Filip Pęziński: Pierwotnie Roger Moore miał zagrać agenta 007 już w Doktorze No, a w rolę tytułową wcielić się miał Christopher Lee. Panowie ostatecznie jako przeciwnicy spotkali się ponad dekadę później, a żeby dopełnić tego metacastingu twórcy zdecydowali się nawet na to, by – podobnie jak miało to miejsce w Doktorze No – finałową lokacją uczynić wyspę antagonisty. Tutaj niestety zasadniczo kończą się warte uwagi elementy Człowieka ze złotym pistoletem, bo to film, który skwitować należy obojętnym wzruszeniem ramion.

Szpieg, który mnie kochał (1977)

Jacek Lubiński: Dziesiąta z kolei przygoda Bonda, to – parafrazując tytuł filmu – szpieg, którego się kocha. Produkcja ta wciąż cieszy się dużą estymą wśród widzów oraz krytyków i często wymieniania jest wśród najlepszych odsłon serii. Duża w tym zasługa doskonałej chemii między aktorami i niezwykle wyrazistych postaci – ponętna major Amasova o ciele Barbary Bach czy olbrzym Richard Kiel i jego Szczęki zapisali się złotymi literami w encyklopedii 007, stanowiąc zarazem o sile filmu (ponoć wiodącego prym w prywatnym rankingu Moore’a). Równie popularna jest piosenka przewodnia – po raz pierwszy w cyklu nosząca inny od filmu tytuł, choć fraza „the spy who loved me” występuje w tekście utworu. Nobody Does It Better napisała Carole Bayer Sager, a zaśpiewała Carly Simon, wspaniale dopasowując się do przebojowej czołówki. Nominacja do Oscara była tu jedynie formalnością, choć takiego wyróżnienia doczekała się także muzyka opromienionego sukcesem Żądła Marvina Hamlischa, który godnie zastąpił Barry’ego. Jest ona co prawda bardzo dyskotekowa, a cały film mocno umowny, niewykorzystujący swojego dramatycznego potencjału (ludzka twarz radzieckiego wywiadu, motyw zemsty) i przez to niezbyt trzymający w napięciu. Ale za to pełen nieodzownego uroku, jakże rozrywkowy. No i to pływające auto – cały 007 w pigułce!

Filip Pęziński: Trudno mi się po prostu nie zgodzić w całej rozciągłości z redakcyjnym kolegą (i – jak twierdzi –  z sir Rogerem Moore’em), bo rzeczywiście Szpieg, który mnie kochał to jeden z najbardziej kultowych i zwyczajnie najlepszych odcinków przygód agenta 007. Bardzo widać tu powrót do stylistyki i klimatu Bondów z Connerym (ta zła forteca!), z kolei piosenkę Nobody Does It Better traktować można jako prawdziwy hymn zwolenników Moore’a w tej roli.

Moonraker (1979)

Jacek Lubiński: James Bond w swej jedenastej z kolei przygodzie w końcu zrobił to, na co zapowiadało się od dawna – poleciał w kosmos. Rezultatem tego jedna z gorszych i najbardziej kiczowatych odsłon serii, po latach budząca raczej uśmiech politowania niż przyjemny dreszczyk emocji. Ale obok kilku pomniejszych elementów, które bronią się same w sobie – jak kolejne piękne panie i powrót Szczęk – film ma jedną niezaprzeczalną zaletę: muzykę. Powracającemu za batutę weteranowi sagi Johnowi Barry’emu krótki odpoczynek od Bonda dobrze zrobił, gdyż maestro napisał mu jedną z lepszych ilustracji: niezwykle liryczną, poetycką i wielce natchnioną – co wydać może się trochę dziwne na tle rozbuchanego, przeskakującego wszelkie granice umowności filmu, który nie ma praktycznie nic wspólnego z książką. Ogląda się go jednak w miarę sympatycznie – w końcu to Bond. Dodatkowy plusik wędruje za uwzględnienie w fabule… hrabiny Lubinski. Chapeau bas, monsieur Bond!

③+

Filip Pęziński: Bond, jak to Bond, zapatrzył się na towarzyszącą mu popkulturę i na fali popularności Gwiezdnych wojen George’a Lucasa dosłownie ruszył na podbój kosmosu. Czy efekt końcowy to film dobry? ZDECYDOWANIE nie. Moonraker to pokraczny, źle napisany i pełen absurdów produkt, przy którym aż trudno uwierzyć, że to, co widać na ekranie, dzieje się naprawdę. Nie zmienia to jednak faktu, że bawię się na nim jak prosię. Dobry zły film. Po prostu.

 

Tylko dla twoich oczu (1981)

Jacek Lubiński: W przypadku serii o 007 filmografia Rogera Moore’a stanowi istną sinusoidę – obok odsłon, które cieszą się niechlubną estymą tych najbardziej niedorzecznych, trafiają się także prawdziwe perełki, jak ten film, który polscy widzowie z pewnością kojarzą dzięki widzianemu  w jednej ze scen helikopterowi PZL Świdnik. Poza nim produkcja ta może pochwalić się wyjątkowo przyziemnym, greckim klimatem, ciekawym wątkiem zemsty i towarzyszącemu mu romansowi – również całkiem poważnemu jak na przygody agenta MI-6, tutaj zabijającego nawet z zimną krwią. Sporo zyskał on nie tylko dzięki świetnej roli uroczej Carole Bouquet, ale i zmysłowej piosence tytułowej w wykonaniu Sheeny Easton, która była nominowana do Oscara i Złotego Globu oraz nie miała większych problemów w podbiciu światowych list przebojów. Swoistą wisienką na torcie jest też obecność w obsadzie ówczesnej żony… Pierce’a Brosnana. Nie jest to być może największy czy najlepszy James Bond, lecz wciąż stawiam go w gronie ulubionych części.

Filip Pęziński: Po dosłownym odlocie w kosmos producenci serii wychodzą na prostą jedynym znanym sobie sposobem – powrotem do korzeni i spuścizny Iana Fleminga. Tylko dla twoich oczu to film jak na erę Rogera Moore’a niezwykle przyziemny, mocno oparty na intrydze, mogący się nawet pochwalić niezłym twistem i przynajmniej jedną sceną, w której Bond wykazuje się bezwzględnością charakterystyczną dla filmów z Danielem Craigiem. Wszystko to sprawia, że film rzeczywiście ogląda się świetnie, a towarzyszące głównemu bohaterowi postaci zostają w pamięci. Sceneria zimowego kurortu została niniejszym ostatecznie przypieczętowana jako „typowy setting Bonda”.

Ośmiorniczka (1983)

Jacek Lubiński: Pomimo intrygującego, acz kiczowatego tytułu zgodnie wymieniana przez fanów jako jedna z gorszych przygód Bonda. I rzeczywiście, oprócz kilku wybijających się scen oraz kuszących wdzięków Maud Adams (pojawiającej się powtórnie u boku agenta MI-6, lecz w innym wcieleniu) produkcja nie zachwyca i zbytnio nie emocjonuje. Choć na papierze ma wszystkie elementy składowe dobrej bondowskiej rozrywki, to całość jest do bólu przeciętna i, co gorsza, nudna. Nie przekonuje ani sklecona z dwóch różnych intryg fabuła, ani mocno zachowawcza akcja, ani tym bardziej kuriozalny, cyrkowy finał. Nawet muzyka wespół z piosenką przewodnią (wyjątkowo o innym niż film tytule) brzmią mocno bezjajecznie. Ostatecznie w głowie zostaje więc kilka okazjonalnych gadżetów 007, jak minisamolot czy zastępująca przydziałowe auto łódź-krokodyl (!), która niejako podsumowuje ambicje twórców.

Filip Pęziński: Trudno powiedzieć o tym filmie więcej niż to, że jest zwyczajnie nudną, pozbawioną charakteru odsłoną przygód lekko zmęczonego Rogera Moore’a. Poza absurdalnym tytułem i nie mniej trudnym do zapomnienia widokiem agenta 007 w charakteryzacji klauna nie ma tu o czym rozmawiać.

Zabójczy widok (1985)

Jacek Lubiński: Mam słabość do tego tytułu, który jest głupiutki i miejscami tak bardzo popowy, że aż boli, niemniej nie sposób odmówić mu pewnego uroku. Stanowi taką trochę grzeszną przyjemność. Podoba mi się obsada – Christopher Walken szaleje jak to on, a Grace Jones dodaje całości odrobiny egzotyki, mimo że ich postaci nie zostają w pełni wykorzystane, a intryga nie trzyma się kupy. Akcja jest całkiem niezła i dynamiczna, finał odpowiednio efektowny, a wiek Moore’a nawet nie przeszkadza, choć w jednej scenie aktor dostaje wyraźnej zadyszki. Kobiety są jak zawsze śliczne i ociekające seksem, acz tym razem cały drugi plan, z przyszłą „dziewczyną” Indiany Jonesa na czele, bije na głowę pierwszy. Ponownie dobrze prezentuje się także muzyka, w tym przepiękny motyw miłosny opartym na melodii z energicznej, wbijającej się w pamięć piosenki tytułowej – jedynego elementu filmu nominowanego do Złotego Globu. No i ten epizodzik Dolpha Lundgrena… Szkoda tylko, że fabuła kuleje jak te konie i brakuje w niej większych emocji.

Filip Pęziński: Pożegnalny film Rogera Moore’a z jednej strony pokazuje – ze względu na dość sędziwy już wizerunek aktora – że był to dobry moment na zejście ze sceny, a z drugiej, że aktor stworzył wizerunek postaci, który na zawsze zajmie specjalne miejsce w sercu fanów. Jeśli wydawało nam się, że przez ostatnie dziesięć lat Moore jako Bond pokazał nam już wszystko, to w tym odcinku piecze tartę. Co może być swoistym podsumowaniem Zabójczego widoku – filmu niezwykle absurdalnego, ale też urokliwego. W głowie najbardziej zostaje przerażający (jak zawsze!) Christopher Walken i fenomenalny, typowo ejtisowy kawałek w wykonaniu formacji Duran Duran.

REDAKCJA

REDAKCJA

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA