search
REKLAMA
Zestawienie

Oceniamy WSZYSTKIE filmy z serii JAMES BOND

James Bond powrócił w 25. odsłonie – oceniamy wszystkie z nich.

REDAKCJA

3 października 2021

REKLAMA
Dziś nasza misja to Bond, James Bond, i wszystkie oficjalne filmy z jego udziałem. Znaleźć, namierzyć, odpalić, ocenić i odpowiednio opisać w archiwach. Bo czasem szpiegowska robota to papierkowa robota, pozbawiona pięknych dziewczyn, zmyślnych gadżetów i szybkich samochodów. Ale czego to się nie robi dla Jamesa… Odliczanie czas zacząć.

Filmy oceniają:

Jacek Lubiński: Od dziecka fan brytyjskiego szpiona, preferuje go w szorstkiej wersji oryginału, nie oglądającego się na światopoglądy i tego typu pierdoły. Docenia niedocenionego Timothy’ego Daltona, lubi Pierce’a Brosnana, z którym dorastał do nowych warunków geopolitycznych i nie powie złego słowa o George’u Lazenbym. I ma nadzieję, że świat 007 nie będzie kolejnym bastionem, który upadnie pod naporem Instagrama i roszczeniowych pretensji wegan.

Filip Pęziński: Jako dziecko lat 90. zawsze Bonda w pierwszej kolejności kojarzyć będzie z Pierce’em Brosnanem i filmami z jego udziałem. Już jako nieco starszy chłopak nadrobił jednak wszystkie odcinki – dość chętnie i regularnie do nich wraca. W przygodach 007 najbardziej fascynuje go, że szybko stały się odbiciem popkulturowych trendów i społecznych nastrojów.

Doktor No (1962)

Jacek Lubiński: Na swój sposób wesoła, odrobinę chaotyczna ramotka, pokazująca, że chyba nawet sami twórcy nie spodziewali się aż tak dużego sukcesu. Stąd narodzinom światowego fenomenu towarzyszy kuriozalna czołówka, wyjątkowo słaby soundtrack, kiepskie, dziś już mocno archaiczne sceny akcji oraz ogólny brak rozmachu historii czy też iście komiksowy czarny charakter. Nie znajdziemy tu również wielu elementów charakterystycznych dla serii, dla której debiut 007 stanowi trochę takie poletko eksperymentalne, nie zawsze udane (ach, ten smok!). Ale trzeba oddać Jej Królewskiej Mości, co królewskie. Kryminalne zacięcie filmu i jego spokojny rytm wespół z plenerami Jamajki robią swoje. A kameralność intrygi, jej namacalna przyziemność oraz mnóstwo ikonicznych scen wciąż działa na zmysły, zgrabnie wprowadzając nas w ten szpiegowski świat. No i pierwsze pojawienie się na ekranie Connery’ego – po prostu klękajcie narody! Jeśli szukać gdzieś tego jednego, idealnego momentu Bonda, to właśnie tutaj.

Filip Pęziński: Pierwszy oficjalny odcinek przygód Jamesa Bonda jest przy okazji jednym z moich ulubionych. W zasadzie cieszy mnie każda sekunda seansu, na który składają się klimat retro szpiegowskiej intrygi, jamajska sceneria, piękne partnerki głównego bohatera, groteskowy antagonista i oczywiście charyzmatyczny, zjawiskowy wręcz Sean Connery w roli  agenta 007. Nie potrafię przy tym wykrztusić z siebie grama obiektywizmu i spojrzeć na Doktora No z dystansem – dla mnie jest to zjawisko i szalona podróż w czasie do wczesnych lat 60., bo jako filmowi z pewnością można mu zarzucić wiele (co zrobił mój redakcyjny kolega), a z perspektywy dzisiejszego widza również pełne rozsmakowanie się w seksizmie (który stanie się jednym z motywów przewodnich wszystkich niemal odsłon serii) i rasizmie.

Pozdrowienia z Rosji (1963)

Jacek Lubiński: Pod wieloma względami jest to ciekawsze i lepiej dopracowane (oraz, rzecz jasna, bardziej dochodowe) przedsięwzięcie, które nadało Bondowi typowy już rytm oraz konkretniejszy styl. Jednym z wydatnie budujących go elementów jest oczywiście piosenka przewodnia o tym samym tytule, która po raz pierwszy pojawiła się właśnie tutaj (acz nie w trakcie seksownej czołówki). Innym – muzyka Johna Barry’ego, dla którego była to również pierwsza samodzielna ilustracja do Bonda. Poza tym twórcy utrzymali zbliżony do poprzednika – którego jest to pełnoprawna kontynuacja – rytm oraz pewną kameralność opowieści, jednocześnie nadając jej większy rozmach oraz ogólną “światowość” wydarzeń. Dobrze prezentuje się także intryga, która pomimo kilku archaicznych rozwiązań nadal trzyma fason i jest zwyczajnie interesująca oraz świetnie poprowadzona. Do tego zaskakujący prolog, parę scen perełek (cygański pojedynek!), znakomita rola Roberta Shawa jako przeciwnika idealnego dla 007, ikoniczna postać Rosy Klebb i słodka Daniela Bianchi. Czego chcieć więcej?

Filip Pęziński: O ile pewne elementy (chociażby słynne “Bond, James Bond”) charakterystyczne dla całej serii znajdziemy już w pierwszym filmie, o tyle Pozdrowienia z Rosji w pełni ją ukształtowały. Dostaliśmy więcej podróży, więcej gadżetów (i Q z prawdziwego zdarzenia!), więcej złej organizacji i więcej cech charakterystycznych dla samej postaci (warto wspomnieć, że Bond odkrywa tu tożsamość rosyjskiego szpiega po tym, że źle dobrał wino do serwowanej potrawy). Ale też mam nieodparte wrażenie, że sam film stracił na płynności i spójności, którym pozytywnie zaskoczyć mógł poprzednik. Wypada za to zgodzić się z przedmówcą – Lotte Lenya i Robert Shaw wykreowali iście ikonicznych antagonistów, a Daniela Bianchi pozostaje jedną z najbardziej zjawiskowych dziewczyn agenta 007.

Goldfinger (1964)

Jacek Lubiński: W przeciwieństwie do późniejszej tradycji wypuszczania następnych części co drugą zimę w latach 60. nowy Bond wychodził niemal co roku. Pod tym względem Goldfinger do dziś pozostaje rekordzistą, debiutując na ekranie zaledwie 11 miesięcy po premierze poprzednika, bijąc wszelkie rekordy popularności i na stałe wpisując się do kanonu. Dziś ciągle uważany za jedną z najlepszych odsłon, jest chyba tą najbardziej ikoniczną, z której wydatnie korzystały wszystkie kolejne przygody 007 (i nie tylko). Wspaniała piosenka przewodnia (jak zresztą w ogóle muzyka); charakterny przeciwnik z szalonym, ale atrakcyjnym z perspektywy widza planem oraz budzącym grozę pomagierem; jego skąpana w złocie ofiara; Q i jego gadżety – w tym pamiętny Aston Martin; świetny, trzymający w napięciu finał; specyficzny humor; no i prawdziwa wisienka na torcie, czyli Pussy Galore – bodaj pierwsza kobieta, która nie tylko opiera się wdziękom Jamesa, ale nawet potrafi mu przyłożyć. Wszystko to, wespół z perfekcyjnym wręcz rytmem i czasem trwania intrygi, składa się na znakomitą, stuprocentowo bondowską rozrywkę – chyba moją ulubioną z tych klasycznych części, po latach oraz kolejnej powtórce nadal będącą iście przednią zabawą w brytyjskiego szpiega.

Filip Pęziński: Niestety w moim odczuciu trzeci odcinek serii podtrzymuje tendencję spadkową i cały Goldfinger pozostaje jednym wielkim pretekstem to prezentowania kolejnych lokacji (dużo mniej ciekawych niż w poprzednich odcinkach), wymyślnych gadżetów, pięknych kobiet (Connery klepiący partnerkę w pośladki, informujący przy tym, że musi go opuścić, bo mężczyźni będą rozmawiać, to już dla mnie zbyt archaiczny przykład podejścia do kobiet w tej serii), wspaniałych pojazdów (TEN kultowy Aston Martin!) i absurdalnych zagrań tytułowego antagonisty. Świetna piosenka przewodnia i kilka ikonicznych momentów to niestety za mało. Szkoda też, że twórcy odeszli od walki z organizacją WIDMO, która stanowiła przecież punkt wspólnych całej złotej ery przygód Jamesa Bonda.

Operacja Piorun (1965)

Jacek Lubiński: Po olbrzymim sukcesie poprzednich części producenci postanowili nieco bardziej zaszaleć i dosłownie… popłynęli. Rozbuchany budżet zagwarantował widowiskowość, w której niestety zabrakło umiaru – o czym świadczy już choćby prolog, gdzie Bond siłuje się z ukrytym na dachu (kiedy? jak?) olbrzymim plecakiem odrzutowym tylko po to, aby wylądować zaledwie kilkanaście metrów dalej. I takie jest mniej więcej całe Thunderball – bez sensu i konkretnego pomysłu na siebie. Scenom akcji brakuje energii i są na siłę przedłużane, a podwodne sekwencje, w zamierzeniu największa atrakcja, potrafią autentycznie zmęczyć swym natężeniem. Nawet bardzo szykowny soundtrack wydaje się przyciężki jak na prostą rozrywkę. Jest tu co prawda kilka jasnych punktów, jak piosenka Toma Jonesa czy charakterystyczny Adolfo Celi w roli jednookiego przeciwnika Bonda. Nie zawodzą też panie, a skromny wątek polski budzi uśmiech na twarzy. Ale jako całość ten film jest przesadzony, rozwleczony i miejscami po prostu… nudny.

Filip Pęziński: Nie lubię tego filmu. Produkcje z cyklu o Bondzie bywały kiepskie, bywały świetne, mierzyły się z licznymi problemami i jednocześnie dostarczały świetnej rozrywki, ale znalazło się wśród nich dosłownie kilka, których po prostu nie lubię. Operacja Piorun nie wnosi do serii dosłownie nic nowego, scenariusz jest rwany, pokraczny, a intryga nie trzyma się kupy – widziałem ten film kilkukrotnie, a jedyne, co z niego pamiętam, to ciągnącą się w nieskończoność finałową bitwę wodną.

Żyje się tylko dwa razy (1967)

Jacek Lubiński: Piąty film o 007 to przede wszystkim kolejna zmiana reżysera, wyprawa do Japonii oraz przyjęcie zdecydowanie luźniejszej, bardziej humorystycznej konwencji, z której Bond słynął przez następne dekady. Zresztą w międzyczasie agent MI-6 doczekał się swej pierwszej parodii pod postacią… Casino Royale z całą masą ówczesnych gwiazd (a w tym samym roku ukazało się też OK Connery z młodszym bratem Seana oraz aktorami z… planów 007). Osłabiło to nieco wpływy z kinowych kas, choć nie zahamowało wciąż rosnącej popularności Jamesa, który tutaj staje oko w oko ze swoim nemezis – Blofeldem. Dziś jest to film stawiany gdzieś pośrodku stawki, potrafiący zarówno zniesmaczyć pewnymi rozwiązaniami (Connery ucharakteryzowany na Japończyka, Blofeld nie potrafiący zabić Bonda), jak i porazić rozmachem (niesamowite scenografie Kena Adamsa). Ścieżka dźwiękowa również plasuje się pośród przeciętnych dokonań serii – muzyczny język już dawno zdołał się w niej wyklarować, więc soundtrack niczym nie zaskakuje. Ale bawi. Jak zresztą cały film, który po prostu dobrze się ogląda, mimo upływu lat i wielu głupotek bijących z ekranu.

Filip Pęziński: Kolejna odsłona przygód agenta 007 w moim mniemaniu radykalnie przełamuje złą passę serii i pozostaje najlepszym sequelem Doktora No z udziałem Seana Connery’ego. Zgodzę się z Jackiem, że wyraźnie widać tu nieco luźniejszy klimat całości, a od siebie dodam, że okazał się on prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Bardzo podoba mi się także dalekowschodni sznyt filmu (chociaż rzeczywiście ucharakteryzowany na Azjatę Connery to widok co najmniej kontrowersyjny), pełne skupienie uwagi na organizacji WIDMO (ten rozmach finałowej lokacji!) i świetna piosenka tytułowa, jedna z najlepszych tego okresu. Godne pożegnanie Seana Connery’ego z kultową rolą. W pewnym sensie. Ale o tym za chwilę.

W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości (1969)

Jacek Lubiński: Już sama pozbawiona piosenki czołówka pokazuje, że jest to część inna niż wszystkie. Podsumowująca poprzednie dokonania Bonda i poprzedzona spojrzeniem głównego bohatera wprost w kamerę, daje jasny sygnał na temat dużej umowności filmu, którą podkreśla także późniejsze spotkanie z Blofeldem – podobnie jak Bond mającym nagle inną twarz. To sprawia, że trudno brać go na serio, mimo iż twórcy dopisali do kuriozalnej, śmiesznej intrygi niezwykle uroczy wątek romantyczny, zakończony w wyjątkowo gorzki sposób i podkreślony śliczną balladą Louisa Armstronga (cały zresztą soundtrack jest jednym z lepszych w serii). Gorzej, że obie te rzeczy nie do końca się ze sobą kleją – zwłaszcza, gdy ukochana Tracy (zjawiskowa Diana Rigg) znika nagle na pół seansu, zostawiając 007 w ramionach całego tabunu innych kobiet. Poza tym twórcy powielają tu grzeszki Operacji Piorun, tym razem przeciągając do przesady sekwencje narciarskich pościgów, które niezbyt się od siebie różnią i niepotrzebnie czynią z całej fabuły blisko dwuipółgodzinną kobyłę. Zdecydowanie brakuje w niej atrakcji usprawiedliwiających tak długi metraż, a całości jakiegoś większego pazura i konsekwencji. Najbardziej szkoda w tym wszystkim George’a Lazenby’ego, który świetnie odnalazł się w zastępstwie Connery’ego i mógł spokojnie pociągnąć swój występ dalej. Jego Bond zasługiwał na lepszą przygodę.

Filip Pęziński: Historyczny moment wprowadzenia do serii nowego odtwórcy głównej roli, a przy tym okres hippisowskiej wolty i zawładnięcia światem nie przez złowrogie WIDMO, ale przyjaznych Beatlesów. W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości to film dwóch prędkości – z jednej strony otwiera go sekwencja, w której Bondowi ucieka wcześniej uratowana kobieta, co ten kwituje topornym metakomentarzem (“to nigdy nie przydarzyłoby się temu drugiemu”) i co kontynuowane będzie jako niezwykle, jak na standardy serii, romantyczny wątek miłosny; z drugiej jednak strony w pewnym momencie opowiadanej historii James dosłownie nie może opędzić się od powabnych pensjonariuszek, wędrując od jednego do drugiego pokoju kolejnych z nich. Dzisiaj produkcja bardziej śmieszy tą rozdzierającą ją pokracznością, niż smuci pozbawionym happy endu zakończeniem. George Lazenby na plus. Szkoda, że tak szybko skończył przygodę z postacią.

Diamenty są wieczne (1971)

Jacek Lubiński: Ostatnia oficjalna rola Seana Connery’ego jako agenta 007 to zdecydowanie jedna ze słabszych i wyjątkowo nierównych części szpiegowskiej serii. Obok wyrazistych, pamiętnych i zwyczajnie dobrych elementów, jak piosenka przewodnia, kryminalny wątek tytułowych kamieni czy liczne piękne panie (m.in. słodka Jill St. John i “obfita” Lana Wood), mamy do czynienia z wieloma kompletnie nietrafionymi pomysłami, które zbyt często wprawiają widza w zażenowanie, a film kierują na tory autoparodii (siermiężny humor, duo zabójców – pan Kidd i pan Wint). No i ten nieszczęsny Blofeld w kolejnym, przeskakującym rekina wydaniu, robiący bardziej za nadwornego klauna niż prawdziwe nemezis najlepszego agenta świata. Zresztą ten ostatni też już się nawet nie stara. Bo jest za stary.

Filip Pęziński: Niestety Sean Connery powraca z bondowskiej emerytury i ponownie – oficjalnie po raz ostatni – wciela się w kultową rolę. Niestety nie tylko on sam jest tu widocznie za stary, tworząc wizerunek tatusiowatego agenta, ale też sam film – jak zauważył Jacek – zmierza niebezpiecznie w stronę nieudanej autoparodii. Od kompletnej porażki ratują go całkiem udane sceny akcji, które wyraźnie zapowiadają dużo bardziej dynamiczne kino lat 70.

REKLAMA